All posts tagged: Google

Niebezpieczne kopie treści, czyli jak zwiększyć widoczność oferty w Google–poradnik na przykładzie firm szkoleniowych

Firmy szkoleniowe i indywidualni trenerzy są naturalnym beneficjentem content marketingu. Po pierwsze, działają w sektorze B2B, a jak wyjaśniałem w poprzednim wpisie, profesjonalny czytelnik ceni wiedzę i chętnie udostępnia dane kontaktowe. Po drugie, ich produktem są wiedza i umiejętności, nie trudno na podstawie szkoleń tworzyć atrakcyjne treści. Po trzecie, jednostkowe ceny szkoleń są na tyle wysokie, że motywują firmy do intensywnej promocji w modelach efektywnościowych.

7883634326_90446a5235_o_thumb

We współczesnym marketingu internetowym kluczowa jest wysoka pozycja w Google i dedykowanych wyszukiwarkach, np. megaszkolenia.pl. Aby zwiększyć szanse ekspozycji, firmy szkoleniowe wypracowały już procedury publikacji swoich ofert w jak największej liczbie miejsc. Ta strategia była bardzo skutecznym sposobem na promocje oferty w wyszukiwarkach przez wiele lat. Jednak ostatnie zmiany algorytmu Google sprawiły, że jej efektywność spada. A nawet może przynieść odwrotne skutki.

Podczas gdy marketerzy starają się jak najlepiej wyeksponować swoją ofertę w wyszukiwarkach, pracownicy Google aktualizują algorytm ustalający kolejność wyświetlania stron internetowych po wpisaniu zapytania, aby serwowane wyniki były jak najbardziej przydatne dla użytkowników. Ogólna zasada jest prosta: na pierwszych pozycjach mają pojawiać się najbardziej wartościowe treści. Merytoryczne, nie reklamowe.

Przyczajona Panda, ukryty Pingwin

Kolejne wersje Androida, systemu operacyjnego na komórki firmy Google, noszą nazwy słodyczy: KitKat albo Lollipop (lizak). Z kolei aktualizacje algorytmu wyszukiwarki zgodnie z kolorową stylistyką Doliny Krzemowej reprezentowane są przez różne zwierzęta, np. Panda czy Pingwin. Mało kto zna te nazwy. Warto jednak wiedzieć, że sympatyczne zwierzęta są zmorą specjalistów pozycjonowania, bo wywracają do góry nogami efekty ich pracy. A zasady ich działania są kluczowe dla biznesu na całym świecie.

Wprowadzona w 2011 roku Panda zakłada, że w wynikach Google ignorowane będą kopie treści. W rezultacie duża część pracy doświadczonych marketerów idzie na marne. Problem w tym, że nie wiadomo, która część.

Omówmy to na przykładzie firm szkoleniowych. Jeśli wpiszemy do Google frazę będącą rzeczywistą nazwą szkolenia: “Sprawdzone strategie pracy dla efektywnej sekretarki i asystentki” stosując cudzysłów, czyli nakazując wyszukiwarce wyświetlenie stron z dokładnie takim zdaniem, pojawi się zaledwie sześć wyników oraz komunikat:

Aby pokazać najbardziej trafne wyniki, pominęliśmy kilka pozycji bardzo podobnych do 6 już wyświetlonych. Jeśli chcesz, możesz powtórzyć wyszukiwanie z uwzględnieniem pominiętych wyników.

image

Wyszukiwanie z uwzględnieniem duplikatów pokazuje aż 326 wyników. Oznacza to, że Panda z Pingwinem schowali przed odbiorcami treści firmy szkoleniowej aż 320 z 326 wyników! Ponad 98 procent!

Po wpisaniu frazy "Zarządzanie sobą w czasie i efektywność osobista", Google pokaże nam 24 wyniki spośród 3650 opublikowanych treści, czyli zaledwie 0,65 procenta.

Na tym nie koniec. Na swoich stronach Google wyjaśnia, dlaczego publikacja tej samej oferty w wielu miejscach może mieć odwrotne skutki od zamierzonych.

Google dokłada wszelkich starań, by indeksować i pokazywać jedynie strony zawierające wyróżniające się treści. […] W rzadkich przypadkach, gdy Google uzna, że powielanie treści może mieć na celu manipulowanie pozycją witryny w naszych rankingach i oszukiwanie użytkowników, możemy wprowadzić zmiany w sposobie indeksowania i ustalania pozycji tych witryn na listach wyników wyszukiwania. Może to niekorzystnie wpłynąć na pozycję witryny w rankingu. Witryna może też zostać całkowicie usunięta z indeksu Google i nie będzie się pojawiać w wynikach wyszukiwania.

Oznacza to, że publikacja ofert “hurtowo” we wszystkich dostępnych miejscach może negatywnie wpłynąć na pozycję witryny Twojej firmy w wyszukiwarkach.

Co zrobić z duplikatami?

Krótka odpowiedź brzmi: nie publikować ich. Twoje oferty powinny znaleźć się w oryginalnej formie na Twojej stronie internetowej. Pozostałe publikacje, np. w serwisach tematycznych takich jak megaszkolenia.pl, powinny być zmodyfikowane. Znaczenie opisu oferty, np. szkolenia, może być podobne albo takie samo, jednak forma powinna różnić się jak najbardziej. Oto kilka przydatnych wskazówek:

  • sparafrazuj tytuł oferty. Strona z ofertą nie musi mieć w tytule dokładnej nazwy szkolenia, np. “Profesjonalne Negocjacje – sprawdzone techniki negocjacji” można by przedstawić jako “Warsztaty skutecznych negocjacji. Sierpień 2015”. Nawet dodanie przybliżonej daty szkolenia wyróżnia je na tle innych podobnych tytułów.
  • zmień opis oferty. Oferta jest zwykle jednym z najlepiej dopracowanych dokumentów w firmie. Rozumiem, że parafrazowanie go nie jest łatwe. Warto w celach promocyjnych zamieścić tylko najważniejsze hasła oferty, a resztę opisu uzupełnić np. fragmentem jednej z części szkolenia albo rozbudowanym opisem sylwetek trenerów.
  • większość tekstu publikowanej oferty powinna być oryginalna. Możemy kopiować fragmenty oryginału, ale trzeba to robić ostrożnie i z umiarem.
  • uzupełniaj treści o oryginalne multimedia: zdjęcia, wideo, prezentacje.
  • ogranicz miejsca, w których publikujesz swoją ofertę do: własnej strony internetowej oraz wiodących serwisów tematycznych na rynku. Treści zamieszczane w mało prestiżowych miejscach wyrządzą więcej szkody niż będzie z nich pożytku.

Doświadczenia rynkowe pokazują, że wiele oryginalnych teści reklamujących ten sam produkt czy usługę mogą zwiększyć liczbę leadów sprzedażowych o kilkaset procent. Dlatego zachęcam wszystkich marketerów do rewizji dotychczasowej strategii content marketingowej i pozbycie się duplikatów. Ta metoda działała kilka lat temu. Obecnie szkodzi.

Formularze publikacji ofert na Platformie NF.pl są skonstruowane w sposób nakłaniający do modyfikacji treści. Niestety w przypadku firm szkoleniowych wciąż zdarza się wiele ofert skopiowanych bezpośrednio z jednego dokumentu i obecnych na niezliczonej liczbie witryn. Dlatego zachęcamy do przeredagowania najbardziej aktualnych opisów.

Logując się do Platformy NF.pl możesz za pośrednictwem czatu w prawej dolnej części ekranu poprosić naszych redaktorów oraz specjalistów SEO o pomoc w zwiększeniu efektywności publikowanych treści.

foto: Nick Royer / flickr.com (CC BY-SA 2.0)

Bartek CiszewskiNiebezpieczne kopie treści, czyli jak zwiększyć widoczność oferty w Google–poradnik na przykładzie firm szkoleniowych
read more

Andy Rubin, szef projektu Android w Google, rezygnuje

Ważna wiadomość. Chociaż może wydawać się insajderską plotką, zmiany w zespole zajmującym się rozwojem wiodącej platformy mobilnej powinny interesować nie tylko miłośników telefonów z Androidem.

Za decyzją stoi oczywiście dyrektor zarządzający Google Larry Page, który na stanowisko Andy’ego Rubina powołał swojego bliskiego współpracownika Sundara Pichai, dotychczasowego szefa projektu Google Chrome, najpierw przeglądarki, potem systemu operacyjnego dla laptopów, który podobnie jak Android oparty jest na Linuksie.

Według komentatorów, to kolejny krok w zmianach organizacyjnych Google, który sztywnieje i coraz bardziej typową korporacją. Ale co to oznacza dla rynku? Jedna osoba odpowiedzialna za oba systemy to prawdopodobnie znak, że Google Chrome i Android z czasem staną się jednym systemem.

Bartek CiszewskiAndy Rubin, szef projektu Android w Google, rezygnuje
read more

Facebook conversion tracking–wreszcie będzie można zmierzyć skuteczność działań

Conversion Measurement: A Win for Direct Response Marketers

W zeszłym tygodniu Facebook zdecydował się na ważną dla reklamodawców (a co za tym idzie i udziałowców) zmianę w serwisie. Co ciekawe nie było o niej wcale głośno. Co takiego się stało?

Największą wadą modelu biznesowego Facebooka, w porównaniu z AdWords Google, jest to, że jest bardzo trudno zmierzyć konwersję inwestycji w reklamę na FB. Owszem, kupując płatne komunikaty w sieci społecznościowej dowiemy się, ile osób w nie kliknęło, w jakim są wieku, czym się interesują, ale nie zmierzymy, ile z nich kupiło nasze towary bądź usługi. Inaczej w starodawnej reklamie w wyszukiwarkach. Sklep internetowy przy użyciu darmowego narzędzia Google Analytics bez problemu zmierzy, jaki odsetek użytkowników którzy odwiedzają jego witrynę za pośrednictwem reklam, dokonuj zakupu. Potem wystarczy już tylko przemnożyć tę liczbę przez jednostkowy koszt kliknięcia, wynika porównać z przychodem ze sprzedaży, by wiedzieć, czy reklama jest opłacalna czy nie.

Pomysł Facebooka jest następujący. Reklamodawca może wygenerować w panelu reklamowym FB specjalny kod i umieścić go na swoich stronach. W ten sposób będą mogli sprawdzić zależność między wydatkami reklamowymi na serwisie społecznościowym a rzeczywistą sprzedażą. Chociaż usługa ma być dostępna globalnie, wciąż w naszym panelu jej nie widzimy. Poniżej screen z insidefacebook.com:

 

conversion-tracking-tool

System podobno od roku testują najwięksi klienci FB. Teraz ma być dostępny także dla mniejszych. Możliwość mierzenia konwersji jest podstawową funkcjonalnością. Jeśli Facebook ją wprowadzi nie tylko nadgoni Google, ale też wyeksponuje swoją przewagę. O ile reklama AdWords jest skuteczna w przypadku zdecydowanych osób, które chcą już w tym momencie dokonać zakupu, to serwis społecznościowy może uczestniczyć w dłuższym procesie sprzedaży. Fan danej marki może zdecydować się na zakup po kilku miesiącach. Jeśli konwersje reklam na FB będą zadowalające, akcje spółki mogą poszybować a my możemy mieć do czynienia z drugą falą fascynacji reklamą w social media. FB może też być zmuszony dostosować do wyników soje cenniki. Zapowiada się ciekawy rok.

Bartek CiszewskiFacebook conversion tracking–wreszcie będzie można zmierzyć skuteczność działań
read more

Facebook comments–twoje komentki są już widoczne w Googlu

facebook

Facebook comments to prosta wtyczka zaprojektowana przez naszych kumpli z Palo Alto, która pozwala na komentowanie wpisów i artykułów na różnych stronach za pomocą naszego fejsowego profilu. Używa jej kilka znanych serwisów – m.in. TechCrunch i micromarketing.

Jeśli ktoś skomentuje wpis przez tę wtyczkę, jego uwaga, razem z linkiem do materiału, którego dotyczy pojawia się na jego tablicy (i timelinie i tickerze) i w ten sposób wzbudza zainteresowanie jego znajomych. Fajna rzecz dla właścicieli serwisu, bo zapewnia większy zasięg dla ich postów bez dodatkowego wysiłku z ich strony.

Do niedawna komentarze zostawione na zewnętrznych serwisach były, podobnie jak cała nasza działalność na samym facebooku, zupełnie niewidoczne dla wyszukiwarek. I właśnie się to zmieniło – Google zaczęło przeszukiwać i indeksować komentarze wrzucane przez wtyczkę facebook comments.

Czyli mój własny komentarz do wpisu, który na naszej stronie wygląda tak:

 

facebook comments

 

w Googlu pojawia się tak:

 

facebook comments w google

 

Ma to kilka konsekwencji:

– nasze słowa są teraz naprawdę łatwe do znalezienia i widoczne – umiarkowanie i takt w wygłaszaniu opinii w sieci będą chyba jeszcze ważniejsze niż do tej pory, jeśli chcemy uniknąć kłopotów

– biorąc pod uwagę fakt, że każdy wydawca może być według polskiego prawa odpowiedzialny za treści, jakie są publikowane także w komentarzach do jego postów – moderacja tych komentarzy będzie jeszcze bardziej istotna w przypadku serwisów, które facebook comments do tej pory chronił przez występowaniem w wyszukiwarkach

– za to dobrą wiadomością jest, że wybór komentarzy facebookowych już nie będzie wpływać negatywnie na pozycjonowanie twojej strony, jak to było do tej pory.

Podsumowując – uważajcie na słowa, Gugiel naprawdę widzi już prawie wszystko…

klu

fot. owenbrown, Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0)

,

Ola KluzekFacebook comments–twoje komentki są już widoczne w Googlu
read more

MC Hammer kontra Google

MC Hammer

MC Hammer rzucił w zeszły czwartek Web 2.0 Summit wyzwanie Googlowi i jego wyszukiwarkowej potędze. Nowe przedsięwzięcie Stanleya Kirka Burrella, nad którym pracuje od 2009 roku będzie się nazywać WIREDoo i ma być wyszukiwarką, która pozwoli nam wyjść poza słowa kluczowe.

 

MC Hammer wyzywa Google na pojedynek

 

Rapper,  tancerz, kaznodzieja i biznesmen w swojej prezentacji tłumaczy, że nie chce odkrywać Ameryki na nowo, chce tylko poprawić jakość przeszukiwania sieci. Podaje przykład osoby szukającej nowego domu, która przy okazji może być zainteresowana np. lokalnym poziomem szkół, poziomem przestępczości w okolicy albo sposobami finansowania zakupu nieruchomości. Nazywa to “wyszukiwaniem powiązań” albo “głębokim wyszukiwaniem”.

Jeśli chcecie wypróbować, jak działa WIREDoo, możecie się zapisać na ich beta testy, które powinny się niedługo zacząć.

Trudno mi sobie wyobrazić, że plan się powiedzie i będziemy mieli nowego lidera w tej kategorii, ale nie mogę się powstrzymać, żeby przy tej okazji nie zakrzyknąć: Hammertime!

 

kanciasty!

klu

Ola KluzekMC Hammer kontra Google
read more

Jak tworzyć treści, które doceni Google i inne wyszukiwarki [infografika]

Wyszukiwarki to ogromne projekty, zarabiające krocie (Google, Baidu) albo sponsorowane przez potentatów (Bing), które konkurują ze sobą mając jeden cel: dostarczyć użytkownikowi najlepszej odpowiedzi na jego zapytanie. Starają się eksponować na najwyższych pozycjach treści oryginalne i wysokiej jakości.

Lider rynku światowego i zdecydowany hegemon w Polsce – Goolge – uruchomił w sierpniu nowy algorytm o nazwie Panda, który ma za zadanie odsiać z promowanych wysoką pozycją wyników spam i artykuły niskiej jakości tworzone na “farmach kontentu” (omówienia, skróty na wielką skalę tworzone w wydawnictwach internetowych, gdzie często jeden redaktor odpowiada za kilka serwisów). Dlatego, jeśli chcesz dotrzeć bezpośrednio do swoich potencjalnych klientów za pośrednictwem wyszukiwarek, musisz tworzyć treści najwyższej jakości.

Poniższa infografika przygotowana przez bostońską firmę Bafton powinna pomóc w zrozumieniu całego procesu.

dlaczego treści są ważne

Bartek CiszewskiJak tworzyć treści, które doceni Google i inne wyszukiwarki [infografika]
read more

Nowy Gmail wygląda tak [wideo]

image

 

Z poczty Google korzysta ponad 260 milionów osób na całym świecie. W tym i my. Nic dziwnego, że gruntowny redesign usługi jest wielkim wydarzeniem. Gmail jest darmowym programem, który sprawia, że niewielkie firmy i organizacje (jak my) dysponują lepszym rozwiązaniem pocztowym (jednym z kluczowych narzędzi w biznesie) niż niejedna korporacja (oczywiście pomijając drobny szczegół, że G wie o naszej działalności wszystko;). I to się nam bardzo podoba.

Na tym nie koniec. Na blogu Google opublikowano prezentację nowego Gmaila. Wygląda na to, że był to niekontrolowany przeciek, ale Google  w takich przypadkach nie zamiata spraw pod dywan.

Oto nowy interfejs. Jakie wrażenia?

Bartek CiszewskiNowy Gmail wygląda tak [wideo]
read more

Jak dostać pracę w Google? Zobacz, z czym trzeba się zmierzyć [infografika]

Legenda olbrzymiej korporacji, która wciąż dynamicznie rośnie i robi sensowne projekty, mające szansę zrewolucjonizować świat robi wrażenie na szukających pracy. Pewnie niejedno z Was zastanawiało się, czy by przypadkiem nie spróbować swoich sił w Google. Dlatego dzisiaj opowiemy o tym, jak zdobyć pracę w Google. Ponieważ do Mountain View mamy daleko, podsyłamy infografikę przygotowaną przez serwis JobVine.

Ostrzegamy – nie jest łatwo: O pracę w Google stara się milion kandydatów rocznie! Ale dowiecie się też, kto najwięcej zarabia i ile…

Bartek CiszewskiJak dostać pracę w Google? Zobacz, z czym trzeba się zmierzyć [infografika]
read more

Amerykanie i Chińczycy wolą tablety z Windowsem od tych z Androidem, nawet od iPadów

Najnowsze badania przeprowadzone przez Boston Consulting Group wskazują na dość ciekawą tendencję. Według nich tablety z Windowsem są bardziej pożądane od tych z iOS (czyli od iPadów ) czy modeli z Androidem. Ankietowani byli zarówno Chińczycy, jak i Amerykanie – co ciekawe, dla obu grup wyniki są bardzo zbliżone.

Wszyscy doskonale wiedzą, że Microsoft zbyt długo myślał nad tym czy do tabletów internetowych należy przyszłość i wstrzymywał się ze stworzeniem swojej wersji systemu na tego typu sprzęt. Okazuje się jednak, że prezentacja i udostępnienie deweloperskiej wersji Windows 8 sprawiła, że potencjalni klienci z wielką niecierpliwością zaczęli śledzić jego losy – losy systemu, którego premiera będzie miała miejsce najprawdopodobniej dopiero pod koniec 2012 roku.

Wracając do wyników badania, 42% Amerykanów wskazała Windowsa jako najodpowiedniejszy system dla swojego tabletu (wśród Chińczyków 44%). Drugie miejsce zajmuje iOS (odpowiednio: 27% i 34%), natomiast trzecie: Android (20% i 18%).

Interesujący jest fakt, że to właśnie iPad – mimo wszystko – sprzedaje się najlepiej. Wpływ na wzrost pożądania tabletów z Windows mogła mieć (i na pewno miała) wspomniana wersja pre-peta Windows 8 , wyglądająca bardzo obiecująco. Czy to oznacza, że tablety z Windows 8 – już na wejściu – skazane są na rynkowy sukces? Bardzo prawdopodobne.

Ciekawe jak wyniki przedstawiałyby się, gdyby takie badanie było przeprowadzone w Polsce.

[źródło: tabletowo.pl, 365pr.pl ]

Bartek CiszewskiAmerykanie i Chińczycy wolą tablety z Windowsem od tych z Androidem, nawet od iPadów
read more

Wyszukujesz informacje w internecie? Potrzebujesz odpowiedniego kursu – przekonują brytyjscy badacze

image

“Google to przerażająca strona internetowa” – mówi przed kamerami BBC uczennica. Dlaczego boi się wyszukiwarki? Bo właśnie uczestniczy w programie edukacyjnym, który ma ją nauczyć, jak właściwie oceniać informacje znalezione w sieci. Dziewczyna ma odpowiedzieć, za pomocą którego z przedstawionych serwisów wyszukiwałaby informacji na dany temat. Ze wstydem wyznaje, że zaczęła by od pierwszej informacji na liście wyników Google. Ja zrobiłbym tak samo. Źle. To punkt wyjścia do zajęć, które mają pomóc młodzieży.

Brytyjski rząd, stojący przed największym gospodarczym, a co za tym idzie i politycznym, wyzwaniem od czasu drugiej wojny światowej powinien zabrać się za inny problem: TEORIE SPISKOWE. Przynajmniej tak wynika z najnowszego badania lewicowego think-tanku Demos, który przeprowadził ankietę wśród 500 nauczycieli w Anglii i Walii.

image

Nauczyciele zauważają, że uczniowie przynoszą do szkoły coraz więcej kłamliwych informacji, teorii spiskowych i propagandy, które znajdują w internecie – mówi zatroskany pracownik Demos Jamie Bartlett (na zdjęciu obok).

Jego zdaniem problem polega na tym, że młodzież nie potrafi prawidłowo ocenić informacji z sieci. Dlatego Demos proponuje zajęć z “cyfrowego osądu” (“digital judgment”) jako obowiązkowych w szkole. Uczyłyby krytycznego podejścia do informacji w internecie.

Zdaniem badaczy teorie spiskowe są wyjątkowo niebezpieczne ze względu na swoją wyjątkową atrakcyjność w mediach społecznościowych. Młodzi z natury podążają za alternatywnymi postawami.

Dobry kurs podstawowych procedur weryfikacji informacji znalezionych w sieci przydałby się na pewno nie tylko młodzieży, ale chyba przede wszystkim dorosłym. Przykładu nie trzeba szukać daleko. To właśnie dziennikarze BBC byli autorami skandalu spowodowanego wyjątkową niedbałością w weryfikacji osób wyszukanych w sieci.

image

Kilka dni temu “niezależny trader” Alessio Rastani  na wielkim ekranie przestrzegł widzów przed katastrofą finansową i oznajmił, że nad światem sprawuje władzę nie rządy a Goldman Sachs. Jego szokujące (jak na telewizję, bo w internecie dosyć powszechne) wyznanie szybko zrobiło się głośne. Wkrótce okazało się, że Rastani, chociaż wyglądał jak 100-proc. rekin z londyńskiego City, to w rzeczywistości handlarz-amator, który na drobnych inwestycjach więcej traci niż zyskuje. Cyfrowy osąd dziennikarzy okazał się mizerny.

Bardzo chętnie widziałbym zajęcia z “digital judgement” w polskich szkołach pod jednym warunkiem: równolegle odbywałyby się lekcje z krytycznego podejścia do informacji podanych w telewizji, radiu, gazetach i na portalach. Bo umiejętność ich kwestionowania i zadawania pytań wydaje się mi dużo ważniejsza.

Materiał w lepszej jakości…

…możecie obejrzeć na stronach BBC.

Usłyszane w świetnym podcascie No Agenda, do którego słuchania zachęcamy.

Bartek CiszewskiWyszukujesz informacje w internecie? Potrzebujesz odpowiedniego kursu – przekonują brytyjscy badacze
read more

Jaki masz wpływ w mediach społecznościowych?

image

Jeśli korzystasz z facebooka, twittera, google+, foursquare czy linkedin, wchodzisz w interakcję z innymi użytkownikami tych serwisów. Zaczepiasz ich, zagadujesz, rozbawiasz i inspirujesz. Nie interesuje cię, jak dalece jesteś wpływowy?

Pojawiło się ostatnio w sieci kilka serwisów, które zajmują się dokładnie tym – badaniem twoich postów, twittów, komentek i lików. Dzięki nim możesz dowiedzieć się po pierwsze czy jesteś efektywnym społecznikiem, jak skutecznie potrafisz rozprowadzić swój przekaz, do ilu odbiorców docierasz i jak twój wpływ wygląda na tle innych. Jeśli zajmujesz się sieciami – jest to ważne również ze względu na możliwość uwiarygodnienia się w oczach klientów i branżowców. Firmy zaczynają coraz dokładniej badać wpływ swoich działań w społecznościach – czy nie wydaje się prawdopodobne,że za niedługo zaczną badać wpływ osób, które te działania prowadzą?

image

Ja zaczęłam używać serwisu klout.com, który mierzy zasięg dotarcia mojego przekazu, siłę mojego wpływu oraz siłę mojej sieci relacji (czyli wpływ moich znajomych na ich rozmówców) w kilku serwisach, w których się udzielam. Kluczem do sukcesu są oczywiście treści, które publikujemy – czy są interesujące, czy potrafimy je dobrze wypromować, czy budzą kontrowersje i zachęcają do rozmowy.

 

Z czym się je Klout?

 

Każdy, kto zapisuje się do Klout dostaje wynik między 1 a 100 (i podobno jest się naprawdę cool dopiero powyżej 40 punktów). Serwis podpowiada nam również, w jakich tematach i dziedzinach stajemy się ekspertami (aczkolwiek na razie działa to w angielskim, trzymam kciuki za rozwój usługi dla innych języków albo jakiś dobry lokalny polski start-up). Poza tym można dostać trochę realnych bonusów, np. kupony zniżkowe, zaproszenia na imprezy, zaproszenia do testowania nowych serwisów etc.

Polecam bardzo ciekawy wywiad z założycielem Klout, Joe Fernandezem. Podoba mi się fragment, w którym Joe opowiada o tym, że ponieważ sieć coraz mocniej obraca się wokół użytkownika i jego działalności, dość naturalnym krokiem było danie ludziom narzędzi analitycznych do mierzenia ich obecności, porozrzucanej po różnych serwisach. Portale mają gemiusy i analiticsy, my mamy Klout.

Jeżeli ten serwis się wam nie spodoba (aczkolwiek wydaje mi się, że powoli staje się on standardem rynkowym, więc nie radzę go ignorować), mogę polecić jeszcze inne.

image

PeerIndex.com –  bada kapitał towarzyski poprzez mierzenie twojej aktywności, publiczności i autorytetu. Różnica między nim a Klout to ilość badanych platform – indeks skupia się na Facebooku i Twitterze.

image

TweetGrader.com – mierzy twoją moc na twitterze – pozwala na porównanie się z innymi. A do tego pokazuje ci twoje dokładne miejsce w rankingu wszystkich twittowców na świecie.

Życzę wielu wyników ponad 40 pkt. Niech moc będzie z wami!

klu

Ola KluzekJaki masz wpływ w mediach społecznościowych?
read more

“Google Propeller” – tak ma się nazywać nowy konkurent Flipboarda. Dlaczego to takie ważne?

Słyszałem od kogoś pracującego z Google, że Google pracuje nad konkurencyjną usługą dla Flipbarda zarówno dla Androida, jak i iPada

Zmiana statusu znanego insidera Doliny Krzemowej Roberta Scoble wywołała poruszenie. Dlaczego taka wiadomość robi takie wrażenie na marketerach i fanach nowych technologii w USA? Jeśli tego nie wiesz, musimy wyjaśnić po krótce, czym jest Flipboard.

To aplikacja, która z najpopularniejszych strumieni wiadomości (kanałów RSS, profili na Facebooku i wreszcie kont na Twitterze) potrafi automatycznie złożyć cyfrową gazetę, która wygląda tak:

zdjęcie 1 (2)

Flipboard automatycznie codziennie generuje niezliczoną liczbę podobnych okładek:

zdjęcie 3

Flipboard pozwala nam oferować klientom wydawanie własnego czasopisma dla użytkowników aplikacji, bo do tego sprowadza prowadzenie ciekawego profilu na Facebooku czy Twitterze, który potem wygląda tak:

zdjęcie 3 (1)

Flipboard jest fenomenalny i oboje jesteśmy w nim zakochani. Daje nam dostęp do tysięcy spersonalizowanych gazet i czasopism. Sprawia, że nudny już interfejs i posty znajomych na Facebooku chce się przeglądać, bo na Flipboardzie wyglądają tak poważnie, jakby udzielali wywiadów do błyszczącego miesięcznika. Problem w tym, że aplikacja działa tylko na iPada. To jeden z głównych powodów, dla których mamy dwa.

Teraz już wiecie, dlaczego podobny produkt firmy Google może i naszym zdaniem okazać się rewolucyjny.

PS. Jeszcze jedno. Google oprócz tego, że zaoferuje czytnik nie tylko na drogiego iPada, to jeszcze chce się zmierzyć z główną bolączką konkurenta. Otóż o ile same artykuły oficjalnych partnerów Flipboarda wyglądają jak te z drukowanego magazynu:

zdjęcie 2

To już zwyczajne linki prezentowane są w mniej imponujący sposób. Aplikacja oferuje nam początek artykułu, zdjęcie, ale już cała treść dostępna jest bezpośrednio na stronie, którą oglądamy w formie tradycyjnej przeglądarki. W tym przypadku trafiamy na naszą stronę, co nas cieszy jako wydawców, ale irytuje jako czytelników:

zdjęcie 1 (1)

Według plotek z Doliny Krzemowej, Google chce to zmienić i “zassać” całe treści z naszego bloga. Nie powinien mieć z tym problemu, bo już teraz udostępniamy je wszystkim w pełnych RSS-ach, które tworzymy za pomocą FeedBurnera (należącego do Google), a potem na PC-etach przeglądamy w czytniku Google Reader. Ciekawe, czy i kiedy śruba/śmigło Google zastąpi w naszej konsumpcji mediów niezależnego Flipboarda.

Bartek Ciszewski“Google Propeller” – tak ma się nazywać nowy konkurent Flipboarda. Dlaczego to takie ważne?
read more

Cenzura robotów: myślisz, że masz dostęp do wszystkich ważnych informacji?

ScreenShot207

Kiedy pracowałem w newsroomie gospodarczym gazeta.pl, nie miałem wątpliwości, że papierowe wydanie “Gazety Wyborczej”, “Rzeczpospolitej” czy “Pulsu Biznesu” jest potrzebne. Chociaż wszystkie potrzebne informacje mogłem znaleźć w internecie (bez opóźnia i z poprawionymi błędami), rozpoczynając pracę chętnie przeglądałem dzienniki. Po co?

Potrzebowałem informacji, której nie znajdę w strumieniu RSS. Które wczorajsze wydarzenie było najważniejsze według “GW”, które wg “Rz”? Jaka informacja nadawała się na drugą stronę, otwarcie działu krajowego, zagranicznego, politycznego?

To jest często największa wartość dodana, wypracowywana przez kolegia redaktorskie w tradycyjnych mediach. Odpowiednie filtrowanie i eksponowanie wiadomości ważnych, ciekawych, odpowiadających misji, często też interesom wydawcy – to elementy, które budują nie tylko linię programową danego medium, ale i jego jakość. Jest jeszcze jeden ważny czynnik – bieżący wynik.

image

Im nowocześniejsze medium, im szybciej można zmierzyć popularność prezentowanych wiadomości, tym większy nacisk wydawcy na krótkoterminowe wyniki. Przede wszystkim dotyczy to wydawców internetowych (osoby, które serwują nam linki na stronach głównych onet.pl, wp.pl czy gazeta.pl), którzy dobierają wiadomości i tytuły sprawdzając na bieżąco ich “klikalność”.

Jeszcze dalej idą najnowocześniejsi wydawcy, którzy automatycznie personalizują strumień wiadomości. Google serwując nam wyniki wyszukiwania bierze pod uwagę kilkadziesiąt czynników (od historii poprzednich zapytań po miejsce, z którego pytamy). Facebook w strumieniu “najważniejszych wiadomości” pokazuje tylko tych znajomych i te profile, które nam odpowiadają (klikamy w ich linki, “lajkujemy”, komentujemy).

Eli Parisner, aktywista polityczny, zwolennik amerykańskiej Partii Demokratycznej a przede wszystkim autor książki “The Filter Bubble”, zauważył, że z jego Facebooka z czasem zniknęli znajomi o konserwatywnych poglądach (za mało ich lajkował). Jak to się stało? Robot zaprojektowany przez FB tak bardzo stara się dogodzić czytelnikowi, że przestaje mu serwować treści, które nie wzbudzają w nim emocji, wobec których pozostaje bierny.

Podobnie swoje wyniki personalizuje Google. Jak pokazuje Pariser w swojej prezentacji na konferencji Ted, osoby niezainteresowane polityką, wpisując w USA frazę “Egypt”, nie dostaną na pierwszej stronie informacji dotyczących niedawnej rewolucji. Zamiast tego obejrzą oferty i porady turystyczne.

 

Eli Pariser na konferencji TED opowiada o swojej obserwacji: oddaliśmy się w ręce automatycznych cenzorów, którzy serwują nam tylko najprzyjemniejszą papkę informacyjną

 

W rezultacie automatyczni redaktorzy Facebooka czy Google obsługują nas tak skutecznie, że w coraz mniejszym większym stopniu dociera do nas tylko przyjemny przekaz, z którym się zgadzamy.

Pariser apeluje do przedstawicieli Google, Facebooka i innych współczesnych wydawców, by w obywatelskim obowiązku oddali czytelnikom kontrolę nad swoimi strumieniami informacji. Oczywiście już mamy taką możliwość. W Google możemy wyłączyć personalizację, na Facebooku możemy kliknąć w zakładkę “najnowsze” i przedzierać się przez spam wszystkich firmowych profili, w które kliknęliśmy w ostatnich miesiącach. Dlatego chyba wiemy, o co chodzi w apelu Parisera.

Rewolucja internetowa stawia przed nami wiele wyzwań. Jednym z nich jest to, że ludzie z którymi się zgadzamy i nie chcemy mieć nic wspólnego, czy wiadomości, których nie chcemy usłyszeć, nie wdzierają się już siłą przez telewizor czy radio do naszych domów.

Żeby się o nich dowiedzieć, musimy sami zaprosić je do siebie.

A że duchowy konformizm jest zgubny, to święta prawda.

Bartek Ciszewski

Bartek CiszewskiCenzura robotów: myślisz, że masz dostęp do wszystkich ważnych informacji?
read more