Marzec 2013

Chcesz mieć klienta? Nie próbuj prosić o zapłatę

Z badań opinii przeprowadzonych przez Deutsche Bank PBC wyłania się dość jednoznaczny obraz preferencji Polaków związanych z wyborem poszczególnych produktów bankowych, zarówno tych podstawowych jak konta osobiste, jak i tych bardziej „zaawansowanych” jak na przykład rachunek maklerski. Wniosek jest jeden – ponad wszelkie udogodnienia i dodatkowe korzyści przedkładamy niskie koszty obsługi. Produkty bankowe mają przede wszystkim być darmowe.

Deutsche Bank PBC zapytał ostatnio Polaków o ich opinie i preferencje związane z użytkowaniem najprostszego produktu finansowego – rachunku bankowego. Badani jednoznacznie wskazali, że wybierając konto zwracają uwagę przede wszystkim na koszt jego prowadzenia. Aż dwóch na trzech ankietowanych (63,5 proc.) wskazało brak opłat jako kluczowy czynnik decydujący o wyborze rachunku do codziennego użytku. Drugą najczęściej wskazywaną kluczową kwestią była możliwość bezprowizyjnych wypłat ze wszystkich bankomatów w Polsce (53 proc. ankietowanych wskazało na ten element), a dla kolejnych 19 proc. z bankomatów na całym świecie.

clip_image002

Zdaniem Moniki Szlosek, Dyrektor Zarządzającej Obszarem Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej Deutsche Bank PBC, Polacy w dużej mierze przyzwyczaili się już do faktu, że nie ponoszą żadnych kosztów z tytułu posiadania rachunku bankowego i dlatego takich ofert oczekują przede wszystkim. – Aktualnie, z uwagi na silną konkurencję na rynku usług bankowych dostępnych jest bardzo wiele tzw. „kont za zero” – zaznacza Monika Szlosek. – Część z tych rachunków jest zupełnie darmowa, a część jest bezpłatna w przypadku spełnienia pewnych dodatkowych warunków, najczęściej symbolicznych, jak np wykonanie przynajmniej raz w miesiącu płatności kartą dołączoną do konta.

Co ważne, brak opłat jest bardzo silną motywacją do założenia kolejnego konta. Na taki argument wskazała jedna czwarta ankietowanych, którzy zadeklarowali posiadanie więcej niż jednego rachunku w banku. Oczekiwanie braku opłat dotyczy zarówno samego prowadzenia konta przez bank,
jak i większości podstawowych operacji, takich jak przelewy, czy wypłaty gotówki z bankomatów nie tylko w Polsce, ale i na świecie.

clip_image004

Ten sam sondaż pokazuje, że jedna piąta badanych (20 proc.) posiadających już dwa lub więcej kont bankowych, korzysta przede wszystkim z tego, które oferuje bezpłatne przelewy w ramach bankowości elektronicznej, a 18 proc. z tego, do którego podpięta jest karta umożliwiająca bezprowizyjne wypłaty pieniędzy z bankomatów.

Jak się okazuje oszczędni jesteśmy nie tylko w przypadku tak prostego produktu codziennego użytku jak rachunek oszczędnościowo – rozliczeniowy. Również podejmując aktywność inwestycyjną na giełdzie Polacy bacznie zwracają uwagę na koszt obsługi rachunku maklerskiego. I tu bez niespodzianki – aktywność giełdowa powinna być zdaniem większości inwestorów obciążona jak najniższymi prowizjami po stronie obsługującego rachunek brokera. Niski koszt obsługi rachunku był kluczową jego cechą wskazywaną jako kryterium wyboru przez uczestników przeprowadzonego we współpracy z Deutsche Bank PBC Ogólnopolskiego Badania Inwestorów.

clip_image005

Najważniejszym wskaźnikiem, jak pokazało badanie, są niskie prowizje od transakcji – na ten czynnik wskazało 78 proc. badanych. Najbardziej akceptowalnym poziomem jest przedział poniżej 0,29 proc. (65 proc. wskazań), ewentualnie pomiędzy 0,29 proc. i 0,39 proc. wartości transakcji. Tylko co czwarty ankietowany byłby skłonny zapłacić cokolwiek za swój rachunek brokerski, ale i tak byłoby to nie więcej niż 50 zł w skali roku (23 proc.). Taki wynik nie zaskakuje Moniki Szlosek z Deutsche Bank PBC. – Koszty transakcyjne są niezwykle istotnym czynnikiem wyboru rachunku maklerskiego, ponieważ na równi z zachowaniem kursu akcji bezpośrednio wpływają na faktyczne wyniki osiągane przez inwestora – podkreśla.

Polskie banki już od wielu miesięcy konstruują swoje oferty, mając na uwadze oczekiwanie minimalnych opłat za podstawowe produkty. Należy się jednak spodziewać, że szukając dodatkowych przychodów, banki zaczną wprowadzać niewielkie opłaty za prowadzenie konta. W rezultacie, bezpłatne konta powoli odejdą do lamusa podobnie jak ma to miejsce w bankach za granicą, w których opłaty są standardem. Taryfy ulgowej mogą oczekiwać jedynie aktywni klienci, na których najbardziej zależy bankom. Ponadto należy też pamiętać, że już teraz wszelkie darmowe oferty są skierowane praktycznie wyłącznie do klienta internetowego, który aktywnie korzysta z bankowości elektronicznej. Jeśli taki klient będzie chciał dokonać przelewu w oddziale, lub telefonicznie w call center, za usługę taką prawdopodobnie naliczona zostanie każdorazowo opłata. Ten trend przenoszenia podstawowych produktów i operacji do kanałów samoobsługowych, które są bezpłatne, ale wymagają zaangażowania czasu i wysiłku klienta, który de facto „obsługuje się sam”, jest wyraźny dziś w bankach na całym świecie.

Jak zatem znaleźć to najlepsze „konto za zero”, skoro nikt nie chce od nas opłat za prowadzenie rachunku? Monika Szlosek zauważa, że banki muszą starać się przyciągnąć nowych klientów innymi elementami, takimi jak: łatwość i szybkość obsługi, możliwie intuicyjny i niezawodny system bankowości elektronicznej, czy dodatkowe usługi i produkty, jak np. wysoko oprocentowane konto oszczędnościowe. – Zaostrzająca się konkurencja między bankami powoduje, że oprócz cen niemałe znaczenie ma również jakość obsługi klienta, także tego, który korzysta ze zdalnych kanałów dostępu do usług bankowych – zaznacza.

Bartek CiszewskiChcesz mieć klienta? Nie próbuj prosić o zapłatę
read more

Polacy zaczynają troszczyć się o przyszłość, ale to wciąż za mało

Chociaż właśnie weszły w życie zasadnicze zmiany systemu emerytalnego, a od dwóch lat eksperci przestrzegają przed jego niewydolnością, wciąż jeszcze zbyt mało Polaków pod wpływem tych wydarzeń decyduje się samodzielnie oszczędzać na czas, kiedy nie będą już aktywni zawodowo – wynika z najnowszych badań Deutsche Bank PBC przeprowadzonych przez Instytut Homo Homini. Mimo, że tendencja jest wzrostowa, nadal zdecydowana większość z nas nie podejmuje żadnych działań. To może skończyć się finansową katastrofą.

W styczniu 2013 roku weszły w życie zmiany ustawy o emeryturach. To efekt burzliwej debaty społecznej, która trwała co najmniej od 2011 roku. W rezultacie wiek emerytalny kobiet i mężczyzn będzie stopniowo podwyższany aż do osiągnięcia jednakowego poziomu 67 lat (do tej pory wynosił on odpowiednio 60 i 65 lat). Podobne zmiany przeprowadzane są w wielu innych rozwiniętych krajach. Przyczyną są niepokojące prognozy demograficzne, które wskazują na szybkie starzenie się społeczeństw, a także kryzys finansów publicznych, który pogrążył w ostatnich latach finanse państw strefy euro w chaosie.

Według szacunków ZUS za około 50 lat liczba emerytów w Polsce może wzrosnąć nawet o 90 proc. a liczba pracujących spadnie o 40 proc. Zgodnie z wyliczeniami Komisji Europejskiej w całej Unii Europejskiej na jednego emeryta pracują obecnie blisko 4 osoby. Jeśli taki trend demograficzny się utrzyma, za 30-40 lat liczba ta spadnie do maksymalnie 2. Publiczne systemy ubezpieczeń społecznych będą wystawione na historyczną próbę. Pesymistyczne prognozy demograficzne będą dotkliwe dla naszych portfeli – tak przyszłych emerytów, jak i osób pracujących na ich świadczenia.

– Podniesienie wieku emerytalnego ma na celu ratowanie wypłacalności systemu ubezpieczeń społecznych, jednak nie zapewni stabilności finansowej przyszłym emerytom – tłumaczy Leszek Niemycki, Prezes Deutsche Bank PBC. – Współcześni 20, 30 czy 40-latkowie muszą się liczyć z tym, że w momencie zaprzestania pracy, ich przychody spadną nawet kilkakrotnie. Jedynym sposobem, by temu zaradzić są dodatkowe oszczędności – mówi.

Tymczasem, jak pokazuje najnowsze badanie Deutsche Bank PBC zdecydowana większość Polaków pozostaje bierna wobec podobnych przestróg. Co czwarty ankietowany mimo wchodzących w życie zmian systemu emerytalnego nie planuje oszczędzać dodatkowych pieniędzy. Tyle samo respondentów nadal ogranicza się do opłacania jedynie obowiązkowych składek ZUS i OFE. To niepokojące wyniki, jednak w tegorocznym badaniu można zaobserwować pozytywny trend.

Wśród osób, które w 2012 roku zdecydowały się na dodatkowe oszczędności bądź inwestycje najpopularniejszym produktem była lokata bankowa (prawie 9 proc. wskazań wszystkich badanych wobec 5 proc. w poprzednich latach). Wydaje się, że do łask wracają fundusze inwestycyjne (7 proc.) oraz Indywidualne Konta Emerytalne (na które zdecydowało się również 7 proc. respondentów). – Popularność lokat będzie malała w sytuacji, gdy wraz ze stopami procentowymi spada ich oprocentowanie. Fundusze inwestycyjne są alternatywą dla tych osób, które ze względu na awersję do ryzyka nie zdecydują się na inwestycje giełdowe. Z kolei IKE/IKZE okazały się zbyt skomplikowane i nie zyskały na popularności. Dlatego warto szukać prostszych, bardziej systemowych rozwiązań – mówi Leszek Niemycki. – Najprostszym z nich byłoby po prostu zniesienie podatku Belki dla długoterminowych produktów oszczędnościowych – dodaje.

Warto zaznaczyć, że aż 8 procent respondentów, którzy twierdzą, że wprowadzona reforma emerytalna nie wpłynęła na ich sposób zabezpieczenia się na czas emerytury, planuje mimo wszystko w najbliższym czasie założenie produktu oszczędnościowego.

clip_image002

To już trzecia edycja badań Deutsche Bank PBC, mierzących wpływ zmian i informacji dotyczących systemu emerytalnego na decyzje Polaków o długoterminowym oszczędzaniu. Ich wyniki nieprzerwanie potwierdzają rozdźwięk między realistyczną, wręcz nieufną oceną wiarygodności ZUS oraz wysokości przyszłych emerytur wypłacanych z I i II filara, a rzeczywistymi działaniami, które mogłyby zapobiec indywidualnej katastrofie finansowej. Chociaż zdajemy sobie sprawę, że państwowe świadczenia będą niskie, nadal robimy bardzo niewiele, by temu zaradzić.

Jednak najnowsze badanie emerytalne Deutsche Bank PBC wskazuje na pewien przełom w podejściu Polaków do myślenia o emeryturze. Wynika z niego, że w 2012 roku liczba osób deklarujących dodatkowe oszczędzanie wzrosła. Jeszcze w 2011 roku zaledwie 15 procent ankietowanych przyznało, że informacje dotyczące zmian w systemie emerytalnym wpłynęły na ich sposób finansowego zabezpieczenia przyszłości, w roku 2012 było to już 22 procent. W przeprowadzonym równo rok później badaniu ten odsetek jest zdecydowanie wyższy – prawie 40 proc. Polaków zdecydowało się indywidualnie odkładać dodatkowe środki na przyszłą emeryturę. – Wygląda więc na to, że szeroka debata publiczna prowadzona przez rząd, instytucje finansowe i niezależnych ekspertów zaczyna przynosić pewne efekty. Warto jednak zaznaczyć, że mimo pozytywnego trendu, nadal ponad połowa Polaków nie gromadzi dodatkowego kapitału na czas emerytury – komentuje Leszek Niemycki.

Warto zaznaczyć, że aż 8 procent respondentów, którzy twierdzą, że wprowadzona reforma emerytalna nie wpłynęła na ich sposób zabezpieczenia się na czas emerytury, planuje mimo wszystko w najbliższym czasie założenie produktu oszczędnościowego.

clip_image004

Nieco wolniej, ale też systematycznie spada odsetek osób ograniczających się jedynie do opłacania obowiązkowych składek ZUS i OFE. Jeszcze w 2011 roku skrajnie bierne w kwestii emerytalnej było aż ¾ Polaków, obecnie nieco ponad połowa.

clip_image006

Eksperci są zgodni, że to pozytywny trend, jednak osób oszczędzających na własną rękę powinno być zdecydowanie więcej, jeśli chcemy w przyszłości uniknąć indywidualnych i społecznym problemów związanych ze zmianami demograficznymi. – Najważniejsza jest sama zmiana myślenia, że emerytura nie jest wcale tak odległą perspektywą i decyzja, aby zacząć systematycznie odkładać dodatkowe środki jak najwcześniej, nawet jeśli nie będą to duże kwoty. Tylko systematycznie gromadzony kapitał może dać nam pewność bezpieczniejszej finansowo przyszłości – mówi Leszek Niemycki, Prezes Deutsche Bank PBC.

Bartek CiszewskiPolacy zaczynają troszczyć się o przyszłość, ale to wciąż za mało
read more

Analitycy DB PBC: Kryzys dociera do Polski, ale nie straszy

Zdaniem analityków biura maklerskiego Deutsche Bank PBC w tym roku na zachowanie rynków akcji największy wpływ będą miały trzy czynniki: klif fiskalny w USA, perspektywy rynków rozwijających się oraz sytuacja w strefie euro. Choć rynki wyceniają już spodziewane na koniec roku ożywienie gospodarcze, przez wiele miesięcy jeszcze przyjdzie nam walczyć ze zmiennością.

Ubiegły rok mimo licznych turbulencji tak w polityce, jak i w gospodarce był udany dla wielu klas aktywów i światowych giełd. Indeks DAX zakończył rok zwyżką o ponad 20 proc., a S&P500 wzrósł 13,4 proc. Pozytywny sentyment towarzyszył rynkom długu, głównie w krajach uznawanych za tzw. bezpieczne przystanie.

Rok_2012_udany_dla_wielu_klas_aktywow

Korzystne tendencje nie ominęły także sporej części surowców. Można więc uznać, że w ten sposób inwestorzy dyskontowali już spodziewaną w drugiej połowie bieżącego roku, poprawę w światowej gospodarce.

clip_image004

Jakkolwiek taka sytuacja daje potencjał poprawy w niektórych klasach aktywów, nie można zakładać, że najbliższe miesiące będą dla inwestorów łatwym okresem. – Czynników ryzyka nie brakuje, a więc nie ma co liczyć, że minie czas podwyższonej zmienności. Kluczową kwestią będzie to, czy zacznie się potwierdzać scenariusz wejścia globalnej gospodarki w fazę ożywienia, a w Europie nie nastąpi eskalacja kryzysu – mówi Jacek Buczyński, analityk Biura Maklerskiego Deutsche Bank PBC.

clip_image006

USA i Chiny nadal w centrum uwagi

W swojej prognozie dla rynku na rok 2013 analitycy Biura Maklerskiego Deutsche Bank PBC zwracają uwagę na trzy kluczowe czynniki, które będą wpływać na zachowanie rynków w tym roku. Po pierwsze – klif fiskalny w USA. Pod koniec roku udało się wprawdzie osiągnąć kompromis w tej kwestii, ale nie rozwiązuje on problemu amerykańskiej gospodarki do końca. O ile bowiem wypracowano porozumienie w kwestii podwyżek podatków, to wciąż pozostaje niepewność związana z cięciami budżetowymi. Osiągnięty konsensus daje dwa miesiące na rozwiązanie tej kwestii, gdyż automatyczne cięcia wydatków fiskalnych miałyby niekorzystne przełożenie na gospodarkę, w konsekwencji także na rynki finansowe. W podobnym okresie USA osiągną maksymalny pułap zadłużenia, a jego zwiększenie wymagać będzie zgody Kongresu. – Jeśli nie udałoby się tego planu zrealizować, Stanom grozi m.in. kolejne obniżenie ratingów – ostrzega Jacek Buczyński. W konsekwencji najbliższe miesiące mogą więc przynieść okresy większej zmienności na giełdach za oceanem. – W dłuższej perspektywie można jednak oczekiwać, że zrealizuje się umiarkowanie pozytywny scenariusz, zakładający ostateczne porozumienie w sprawie klifu i pułapu zadłużenia. Natomiast w gospodarce pojawiać się będą dalsze sygnały świadczące o spokojnym ożywieniu – mówi Buczyński.

Kolejnym czynnikiem, na jaki zwracają uwagę analitycy Biura Maklerskiego Deutsche Bank PBC, są perspektywy, które stoją przed rynkami rozwijającymi się. Wiele z tych krajów posiada spory potencjał dla wzrostu gospodarczego, biorąc chociażby pod uwagę relatywnie dobrą strukturę zadłużenia, czy zwiększające się znaczenie konsumpcji. – Niestety również te rynki będzie ograniczać słabe ożywienie w globalnej gospodarce – podkreśla Buczyński.

Prognozy zakładają, że dla rynków rozwijających się bieżący rok będzie lepszy niż 2012. „Trzeba jednak liczyć się z tym, że będzie to poprawa zróżnicowana zarówno pod względem regionów, jak i dynamiki” – czytamy w prognozie Deutsche Bank PBC. Jedną z konsekwencji takiej sytuacji jest możliwe zmniejszenie napływu kapitałów do państw rozwijających się, tym bardziej że obecna jego skala odzwierciedla już stan fundamentów wielu z tych krajów. Niektóre z giełd emerging markets, zwłaszcza w ostatnich miesiącach, dyskontowały już pozytywny scenariusz, co też zmniejsza szanse na mocniejsze zwyżki na tych parkietach w rozpoczynającym się roku. – Nie znaczy to, że nie pojawią się atrakcyjne możliwości inwestycyjne. Jednak trzeba liczyć się z dużą selektywnością popytu – zastrzega Jacek Buczyński. Jego daniem inwestorzy mogą np. poszukiwać okazji na giełdach, które w ubiegłym roku zachowywały się słabiej.

Spośród emerging markets w centrum uwagi nadal pozostaną zdaniem analityków Biura Maklerskiego Deutsche Bank PBC Chiny, dla których ostatni rok nie był udany zarówno pod względem koniunktury gospodarczej, jak i sytuacji na giełdach. W tym kontekście pozytywnie należy więc oceniać przekazanie władzy nowemu rządowi Państwa Środka. Daje to dobrą podstawę dla przyspieszenia reform gospodarczych-.

Euroland wciąż w kryzysie i recesji

Istotne znaczenie dla rynków akcji w tym roku będzie miała sytuacja w strefie euro. Działania podjęte przez ECB czy wprowadzenie innych programów pomocowych, np. mechanizmu ESM, ustabilizowało wprawdzie sytuację na rynkach finansowych, ale na razie nie widać wielu efektów w realnej gospodarce. Prognozy zakładają, że w bieżącym roku Euroland pozostanie w recesji.

„Trudno spodziewać się wyraźniejszego strumienia kapitału w postaci akcji kredytowej, czy wzrostu konsumpcji w sytuacji kiedy gospodarki niektórych krajów strefy euro pogrążone są w recesji, bądź oscylują na jej krawędzi” – piszą analitycy Biura Maklerskiego Deutsche Bank PBC w raporcie. Niekorzystny wpływ będą też ich zdaniem nadal wywierać programy oszczędności fiskalnych wprowadzane przez wiele państw borykających się z problemami zadłużenia. – Tak silna konsolidacja budżetowa ogranicza szanse na rychły powrót gospodarek na ścieżkę wzrostową i nie poprawia wskaźników fiskalnych. Spełnienie wymogów prowadzi do dalszych cięć, a tym samym stagnacji w gospodarce. Należy liczyć się z tym, że w najbliższych miesiącach taki trend będzie kontynuowany – komentuje Jacek Buczyński.

Widoczniejszej poprawy koniunktury w strefie euro można więc spodziewać się dopiero w 2014 roku. Oczekiwania na ożywienie w gospodarce europejskiej powinny jednak przybierać na sile już w bieżącym roku, zwłaszcza jeśli w innych regionach świata zacznie się realizować scenariusz zakładający przyspieszenie tempa rozwoju. To z kolei może skłonić inwestorów, głównie o dłuższym horyzoncie, do aktywniejszego zaangażowania na naszym kontynencie i to nie tylko w defensywne branże. Po zwyżkach z ubiegłego roku wyceny wielu europejskich akcji trudno uznać za niedoszacowane, niemniej perspektywa poprawy koniunktury daje jeszcze potencjał dla umiarkowanych wzrostów.

clip_image008

Polska gospodarka też spowalnia…

Spowolnienia nie uniknęła także polska gospodarka. Z jednej strony jest to pochodna słabszej koniunktury, głównie w Europie, a z drugiej niekorzystnych czynników wewnętrznych. – W tej ostatniej grupie wspomnieć należy m.in. znaczne pogorszenie kondycji niektórych branż (spektakularnym przykładem jest sektor budowlany), słabnącą konsumpcję, a także trudną sytuacją na rynku pracy – wylicza Jacek Buczyński. Nie należy oczekiwać, aby taka sytuacja zmieniła się w najbliższych miesiącach i pierwsza połowa może przynieść pogłębienie niekorzystnych tendencji w polskiej gospodarce. W dalszej części roku powinny pojawić się pierwsze efekty obniżek stóp procentowych i lepszej sytuacji w strefie euro. Cały rok zapowiada się jednak słabiej niż poprzedni, a wątpliwości co do tego nie pozostawiają prognozy PKB. Należy spodziewać się, że będzie to mieć także przełożenie na wyniki finansowe firm. Szacunki zakładają, że w bieżącym roku zyski polskich spółek giełdowych zmniejszą się o ok. 10 proc. i będzie to jeden z gorszych rezultatów w krajach naszego regionu. Jest to czynnik ryzyka, choć niekoniecznie musi przełożyć się na większe spadki na naszym parkiecie.

Istnieją bowiem kontrargumenty dla niekorzystnego scenariusza. Inwestorzy nie postrzegają bowiem negatywnie perspektyw polskiej gospodarki i rynku finansowego o czym świadczy nie tylko brak wyraźniejszego odpływu kapitału z naszego kraju, ale też zwiększające się zainteresowanie naszym rynkiem ze strony inwestorów zagranicznych. Szacunki wskazują, że po III kwartałach 2012 roku inwestycje z zagranicy na polskiej giełdzie były wyższe niż w całym 2011 roku. Pewien potencjał popytu dostrzec można także ze strony OFE, których zaangażowanie w akcje jest obecnie niższe od maksymalnego limitu, który w styczniu wzrósł do 47,5 proc. Akcje wydają się także atrakcyjną alternatywą w relacji do obligacji skarbowych.

…ale potencjał dla wzrostów istnieje

Przy stopie dywidendy szacowanej na ok. 5-6 proc. i pozostających na rekordowo niskich poziomach rentowności instrumentach dłużnych, rynek akcji daje w dalszym ciągu relatywnie atrakcyjną premię za ryzyko. Uwzględniając spodziewaną poprawę sytuacji fundamentalnej w drugiej połowie roku oraz powyższe czynniki okołorynkowe, można oczekiwać, że nasz parkiet posiada potencjał dla wzrostów w bieżącym roku. Rezultaty z 2012 r. trudno będzie jednak powtórzyć. – Poprawa będzie umiarkowana, a wynik bez uwzględniania dochodów z dywidend będzie prawdopodobnie jednocyfrowy – prognozuje Jacek Buczyński z Biura Maklerskiego Deutsche Bank PBC. Należy też liczyć się z okresami podwyższonej zmienności, a większe szanse na wyklarowanie wyraźniejszego trendu pojawią się raczej nie wcześniej niż w drugim kwartale.

Bartek CiszewskiAnalitycy DB PBC: Kryzys dociera do Polski, ale nie straszy
read more

Nowy magazyn “micromarketing” w wersji mobilnej, czyli rewolucyjna aktualizacja Flipboarda

Content Curation, czyli “opiekowanie się treścią”, “bycie kuratorem treści”, to jedna z podstawowych czynności, jaką wykonują współcześni menedżerowie social media, np. prowadząc fan page na Facebooku. To sztuka, którą promujemy od początku naszej działalności, bo to właśnie dobór ciekawych dla naszych odbiorców linków, zdjęć i filmów jest kluczem do ich zaangażowania. Mogą to być screeny z programów telewizyjnych, zabawne nagłówki albo filmy z mklubowych imprez. Takie tematy już teraz świetnie działają na polskim Facebooku. Jednak kurator treści niekoniecznie musi dostarczać tylko rozrywki. Może przesiewać zasoby elektronicznych mediów w poszukiwaniu wartościowych informacji. Także dotyczących zagadnień profesjonalnych.

Taka jest właśnie misja Flipboarda,  jednej z naszych ulubionych aplikacji mobilnych (pierwotnie na iPada, ale już dostępnej na iPhone’ach oraz Androidach), która wbrew naszym prognozom wciąż nie stała się popularna w Polsce. Może najnowsza aktualizacja to zmieni?

Flipboard to magazyn przeznaczony na tablety. Jednak sam nie tworzy żadnej treści. Podstawą usługą jest algorytm automatycznie składający źródło treści (np. RSS) w estetyczny magazyn ze zdjęciami i tekstowymi wyimkami, który możemy przeglądać muskając ekran palcem. Najładniej wygląda w wersji zarezerwowanej dla partnerów – producentów treści. Są wśród nich już prawie wszystkie znane globalne anglojęzyczne tytuły, m.in. “Fast Company”, ESPN, BBC, Guardian, Techcrunch itd. Udostępniają treści Flipboardowi, który robi z nich prawdziwy magazyn przerywany prawdziwymi soczystymi reklamami na “trzeciej stronie”.

Poniżej przykład reklamy serwisu brokerskiego Ameritrade w magazynie “Fast Company”. Stukając w jedne z dwóch obszarów na dole strony zostaniemy przeniesieni do kolejnego magazynu tym razem przygotowanego przez Ameritrade, bądź na stronę sprzedażową.

zdjęcie 3

Na rynku rozwiązań dla kuratorów treści jest ostatnio gorąco. Przyczyną jest rezygnacja Google z utrzymywania ulubionego narzędzia internetowych dziennikarzy  Czytnika RSS, który w latem zniknie z sieci. Wśród potencjalnych zamienników Google Readera wymieniane są serwisy www takie jak Feedly.com oraz aplikacje mobilne jak Zite czy właśnie Flipboard.

Flipboarda używa już ponad 50 milionów osób. W najnowszej aktualizacji udostępniono usługę tworzenia własnego magazynu każdemu. Od razu z niej skorzystaliśmy. Magazyn micromarketing jest uzupełnieniem tego bloga oraz profilu na Facebooku. Mamy nadzieję, że będziecie chętnie z niego korzystać.

image

Jaki będzie następny krok Flipboarda? Dyrektor zarządzający firmy Mike McCue w rozmowie z “FC” zastrzega, że nie chcą być siecią społeczną. Nie chcą się stać też katalogiem wszystkich treści:

Nie indeksujemy całego Internetu, jak Google; indeksujemy tylko to, co jest udostępniane na Flipboardzie, więc jest to katalog bardzo wysokiej jakości. […] Jesteśmy w mniejszym stopniu siecią społeczną, raczej siecią treści. […] Motywem przewodnim Facebooka będą znajomi, Twittera śledzenie wpływowych osób, LinkedIna kariera. Chociaż we Flipboardzie możemy robić podobne rzeczy, to jednak będziemy koncentrować się na świetnej treści.

Jest jednak obszar działalności, który interesuje wszystkie te firmy. To domena takich firm jak Amazon czy Allegro, czyli e-commerce. Flipboard ogłosił wczoraj partnerstwo z Etsy, platformą sprzedaży rękodzieła. – Zakupy na Flipboardzie to będzie naprawdę fajna sprawa – przekonuje McCue.

Bartek CiszewskiNowy magazyn “micromarketing” w wersji mobilnej, czyli rewolucyjna aktualizacja Flipboarda
read more

DB Research: Płatności mobilne wyzwaniem dla banków?

Przez ostatnich kilka lat sektor finansowy znajdował się pod stałą, silną presją i nie chodzi tu o przedłużający się kryzys finansowy w Europie. Szybki rozwój technologii mobilnych i powszechny dostęp do Internetu sprawiają, że tradycyjna bankowość musi mierzyć się z nowymi wyzwaniami. Rosną także wymagania prawne oraz nacisk na ograniczanie kosztów, co nie sprzyja innowacjom. Jak banki zareagują na nadchodzącą rewolucję – zastanawiają się analitycy Deutsche Bank Research.

– Rynek płatności mobilnych znajduje się jeszcze w bardzo wczesnej fazie rozwoju. Nawet w Stanach Zjednoczonych, które obok Japonii wydają się być przodownikiem innowacji, modele biznesowe z ich użyciem funkcjonują zaledwie rok, góra dwa lata. Dlatego ich przyszłość jest bardzo trudna do przewidzenia – mówi Emil Witan, Dyrektor Centrum Rozwoju Bankowości Elektronicznej Deutsche Bank PBC. – Uwagę przyciągają strategie firm takich jak Google, Apple czy PayPal – dodaje. Firmy te, chociaż wywodzą się z branży internetowej, a sukces odniosły wśród użytkowników komputerów osobistych, obecnie koncentrują się na technologiach mobilnych.

„Stratedzy sektora finansowego powinni bacznie przyglądać się działaniom dużych firm internetowych oraz operatorów kart”, radzą analitycy Deutsche Bank Research. W najnowszym raporcie „The future of (mobile) payments” przedstawili cztery możliwe scenariusze, w których prognozują rozwój rynku płatności mobilnych w ciągu najbliższych pięciu lat. Według analizy Deutsche Bank Research, segment ten jest obecnie w krytycznym momencie i równie prawdopodobne jest, że w krótkim terminie gwałtownie się rozwinie, jak i to, że rozwiązania płatności mobilnych jeszcze przez co najmniej kilka lat się nie przyjmą. W obu sytuacjach banki mogą albo zyskać na nadchodzących zmianach, albo stracić udziały w rynku na rzecz firm technologicznych.

Zmiany nastąpią niezależnie od spowolnienia

Zdaniem ekspertów Deutsche Bank Research nadchodzący rok może okazać się przełomowy. Rosnąca popularność smartfonów, tabletów i czytników książek już spowodowała znaczne zmiany nie tylko w handlu detalicznym, ale też w usługach finansowych. Szczególnie interesujący jest rozwój płatności mobilnych. Wyzwanie dotyczy także nowatorskich usług związanych z depozytami i kredytami. Platformy pożyczkowe peer-to-peer oraz społecznościowe inicjatywy pozyskiwania finansowania na różnego rodzaju przedsięwzięcia (jak np. kickstarter.com) mogą stanowić w przyszłości potencjalnie znaczną konkurencję dla banków.

„Możliwe, że w kolejnych latach pojawi się „Google Bank” albo „Apple Bank”. Nie wiadomo również jak w nowej sytuacji zachowają się operatorzy kart kredytowych. Rynek płatności zmienił się w ciągu ostatniej dekady, ale wydaje się, że jeszcze głębsza transformacja dopiero przed nami”, czytamy
w raporcie DB Research.

Na świecie można zaobserwować dynamiczny wzrost ogólnej liczby płatności o 6,7 proc. rocznie w ciągu ostatnich pięciu lat. Widać również silny zwrot w stronę transakcji bezgotówkowych, których liczba w latach 2001-2008 rosła w tempie ponad 7 proc. rocznie. I chociaż stają się one coraz popularniejsze na rynkach wschodzących, to Stany Zjednoczone oraz Europa są odpowiedzialne za 70 proc. globalnych płatności bez użycia gotówki. Nawet tam potencjał wzrostu jest nadal ogromny, bo w USA i UE cztery na pięć transakcji dokonywanych jest przy pomocy fizycznego pieniądza.

Innym ważnym trendem jest wzrost popularności kart płatniczych. W USA i Kanadzie ruch kartowy odpowiada za 61 i 72 proc. wszystkich transakcji bezgotówkowych. W Europie ten odsetek wzrósł w ciągu dekady z 28 do 40 proc. W krajach BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny) podobny skok (z 14 do 38 proc.) nastąpił w ciągu jednego roku.

W 2013 roku liczba transakcji elektronicznych na świecie może przekroczyć 30 miliardów, szacuje firma doradcza Capgemini. Jak widać na poniższym wykresie, zdecydowana większość z nich będzie nadal obsługiwana przez banki, jednak wzrosną też udziały w rynku alternatywnych operatorów płatności, którzy według prognoz obsłużą od 3 do 4 miliardów transakcji.

clip_image002

Strukturalne zmiany spowodowane rewolucją cyfrową

Internet zapewnia wszystkim użytkownikom dostęp do narzędzi komunikacji, interaktywnej współpracy oraz możliwość szybkiej oceny produktów i usług. „Interaktywny udział konsumentów w innowacyjnych procesach staje się coraz bardziej istotny dla tradycyjnych instytucji finansowych, pozwala ustanowić bliską, opartą na zaufaniu relację z klientem”, czytamy w raporcie Deutsche Bank Research.

Powszechna dostępność internetu oznacza coraz większą popularność zakupów online. Trend ten przyspiesza znacząco rozwój mobilnych usług finansowych. „Zapotrzebowanie na wygodne, szybkie i bezpieczne płatności za pomocą telefonu już widać w grupie klientów najbardziej skłonnych do innowacji. Wydaje się, że podobnie jak zakupy w sieci, niedługo płatności komórką również staną się powszechne” uważają eksperci Deutsche Bank Research.

clip_image004

Strategie firm technologicznych

„Model biznesowy tradycyjnych instytucji finansowych może być zagrożony konkurencją ze strony tych graczy spoza branży, którzy pierwsi zaproponują zintegrowane rozwiązanie dla płatności online, mobilnych oraz offline”, zauważają analitycy Deutsche Bank Research.

W Europie oraz USA firmy internetowe, takie jak Paypal, uzyskały znaczące udziały w systemach płatności P2P (elektroniczne transakcje bezpośrednie). Firma cały czas rozszerza zakres działalności
o nowe obszary, takie jak płatności mobilne oraz aktywności w POS (points of sale). Z drugiej strony na tych kanałach koncentrują się także operatorzy kart. Wreszcie światowi liderzy technologiczni, jak Google czy Amazon, współpracują z operatorami kart oraz operatorami sieci komórkowych eksperymentując z inicjatywami takimi jak np. NFC (nearfield communication), technologią stosowaną w transakcjach zbliżeniowych.

Jeśli chodzi o strategiczny rozwój systemów płatności mobilnych, najgłośniej mówi się ostatnio właśnie o kompleksowych rozwiązaniach promowanych przez Google, Amazon i Apple. Dla żadnego
z tych graczy systemy płatności nie są podstawą działalności. Pierwszy zarabia na reklamach w sieci, drugi na handlu online, a trzeci na sprzedaży sprzętu. Jednak każdy z nich chce maksymalnie wykorzystać ogromną bazę zadowolonych i wiernych klientów, nieustannie rozbudowując oferowane usługi.

W Wielkiej Brytanii Google wprowadził własną kartę kredytową skierowaną dla użytkowników swojej sieci reklamowej AdWords. To strategia stosowana też z powodzeniem przez Amazon. Innym przykładem tego typu działań może być wprowadzony we wrześniu 2011 r. w Stanach Zjednoczonych „Google Wallet”. Ten oparty na technologii NFC projekt powstał dzięki współpracy właściciela wyszukiwarki z całym szeregiem partnerów (od Citi, przez MasterCard i operatora płatności internetowych First Data, po operatora sieci komórkowej Sprint). Rozwiązanie umożliwia wykonywanie bezdotykowych płatności za pomocą wirtualnego portfela powiązanego z kartami debetowymi albo kredytowymi.

Apple nie zdecydował się na uwzględnienie technologii NFC w najnowszym iPhone 5. Koncern uruchomił za to w czerwcu 2012 usługę Apple Passbook, pozwalającą klientom trzymać w jednym miejscu kupony czy karty lojalnościowe. System jest oparty na kodach QR (odczytywanych za pomocą aparatu fotograficznego telefonu). Chociaż rozwiązanie nie wprowadza bezpośrednio płatności mobilnych, to jednak przyzwyczaja użytkowników urządzeń z iOS do funkcji elektronicznego portfela.

Mniej uwagi mediów przyciągnęła najnowsza inicjatywa „PayPal here”. Pozwala ona drobnym handlowcom i usługodawcom na płatności kartą kredytową za pomocą urządzenia mobilnego ze specjalnym modułem. Do projektu udało się już pozyskać dużego partnera – sieć sklepów
z materiałami biurowymi Home Depot.

Długoterminowy cel tych eksperymentów jest wszędzie ten sam: zapewnić detalistom rozwiązanie łączące płatności online, offline oraz mobilne.

Strategie operatorów kart

Operatorzy kart kredytowych stosują kilka strategii wobec wyzwania, jakim jest nieuchronny rozwój płatności mobilnych. Po pierwsze, wprowadzają własne rozwiązania, jak PayPass MasterCard, oparty na technologii NFC. Podobnie jak w przypadku innych usług, powstają one we współpracy z lokalnymi bankami oraz firmami takimi jak Payback czy Lufthansa. Z drugiej strony operatorzy kart starają się uczestniczyć w systemach budowanych przez firmy technologiczne, a także zyskiwać udziały w rynku płatności online. Np. firma MasterCard udostępnia funkcję Maestro, powiązaną z kartami debetowymi, która pozwala płacić w sieci bez konieczności korzystania z karty kredytowej.

Operatorzy kart kredytowych mają tę przewagę nad konkurentami, że mogą posiłkować się globalną siecią już obsługiwanych płatności. Jest więc im relatywnie łatwo poszerzyć obecnie funkcjonujący model o dodatkowe usługi. Dlatego mogą oferować swoje rozwiązania na zasadzie „white label”,
za pomocą ogólnodostępnego interfejsu programowania aplikacji (API), jak to robi MasterCard
w przypadku PayPassa.

Strategie operatorów komórkowych i startupy

Operatorzy komórkowi mają własne przewagi konkurencyjne. Są najbliżej użytkowników telefonów,
a co za tym idzie posiadają już infrastrukturę gotową do komunikacji oraz płatności. Co więcej, mogą też potencjalnie korzystać ze współpracy z producentami aparatów, integrując je z technologią NFC. Szczególnie aktywni na tym polu są amerykańscy operatorzy. W październiku ubiegłego roku usługę mobilnego portfela ISIS udostępnił Verizon. Vodafone ma uruchomić rozwiązanie we współpracy z Visą w drugim kwartale tego roku. Zakłada ono zastosowanie technologii NFC bezpośrednio w karcie SIM.

Oprócz dużych graczy, o rynek płatności mobilnych walczą też mniejsze firmy wyspecjalizowane
w płatnościach mobilnych, takie jak Klarna (obecna w siedmiu krajach europejskich), Skrill (działający globalnie) czy Dwolla (rynek amerykański).

Jeśli chodzi o płatności mobilne, europejskie banki zazwyczaj korzystają z zewnętrznych rozwiązań. Nawet w innowacyjnych Stanach Zjednoczonych czy Japonii banki eksperymentują z technologicznym partnerem (np. Citi i Google Wallet).

– Niezależnie od tego, który z naszkicowanych przez Deutsche Bank Research scenariuszy dla rynku płatności mobilnych się sprawdzi, instytucje finansowe mają kilka sposobów na to, by poradzić sobie z wyzwaniem, jakim niewątpliwie są zmiany technologiczne – mówi Emil Witan z Deutsche Bank PBC. – Trzeba pamiętać, że banki mają nieporównywalnie większe doświadczenie w obsłudze płatności niż firmy z innych sektorów, co może stanowić ich przewagę w tej cyfrowej rewolucji – dodaje.

Płatności mobilne: cztery scenariusze na przyszłość według Deutsche Bank Research

Na podstawie danych zaprezentowanych w raporcie, analitycy DB Research nakreślili cztery scenariusze rozwoju sytuacji w warunkach przesilenia. Ponieważ kierunek rozwoju płatności mobilnych jest ich zdaniem bardzo trudny do przewidzenia, starali się w nich uwzględnić skrajne rezultaty.

clip_image006

IV. Biznes jak zwykle. W tym scenariuszu zakładają, że sektor bankowy nie uwzględnia intensywnych prac nad płatnościami mobilnymi w swojej strategii. Banki decydują się biernie przyglądać sytuacji. Chcą być po bezpiecznej stronie, jeśli chodzi o ryzyko inwestycyjne. W 2013 roku rynek nie rozwija się więc w istotny sposób. Klienci bądź handlowcy nie dostrzegają wciąż w płatnościach mobilnych decydujących korzyści i przewag nad płatnościami kartą. Rozwiązania te są wciąż zbyt drogie a ich bezpieczeństwo niewystarczające. To scenariusz, w którym zachowane jest obecne status quo.

III. Spalone pieniądze. Podobnie jak w poprzednim scenariuszu rynek płatności mobilnych nie nabrał rozpędu. Jednak banki starały się być innowatorami i zająć wiodącą pozycję na rynku. Współpracowały z firmami technologicznymi oraz operatorami komórkowymi, tworząc dedykowane rozwiązania. Jednocześnie rozbudowywały działy transakcyjne, by sprostać nadchodzącej fali obrotów. W rezultacie banki tracą pieniądze na przedwczesnej bądź zupełnie nietrafionej inwestycji, lecz poza tym niewiele się zmienia.

II. Szybka reakcja i umiarkowanie szkodliwa konkurencja. W tym scenariuszu duża liczba handlowców zdecydowała się uwzględnić płatności mobilne, które spotkały się z przychylnym przyjęciem ze strony konsumentów. Na rynku pojawiło się wiele modeli biznesowych je obsługujących. Z czasem jednak startupy, które zaoferowały najlepsze rozwiązania, zostały wykupione przez dużych graczy, a koalicje, które wyszły z gorszymi rozwiązaniami zniknęły z rynku. W rezultacie powstały duże partnerstwa składające się z systemów zbudowanych przez firmy technologiczne, operatorów kart kredytowych albo przedstawicieli branży telekomunikacyjnej.

W takim scenariuszu renomowane instytucje finansowe w porę podjęły działania dostosowujące do strukturalnej zmiany, jaką niesie ze sobą „cyfrowa fala”. Udało im się nie tylko zająć odpowiednie miejsce w ramach partnerstwa, ale oferują też własne usługi związane z płatnościami mobilnymi. Pojawienie się technologii mobilnych przyspieszyło rozwój płatności bezgotówkowych, co powoduje umiarkowany spadek przychodów z opłat (jako że banki w porę wprowadziły płatności mobilne, udział klientów, którzy rozliczają się bezpośrednio – peer-to-peer – nie jest tak duży). Problemem może być utrzymanie klientów, gdyż usługi mobilne świadczone są przez ekosystemy firm technologicznych.

I. Wyniszczająca konkurencja. Klienci i handlowcy w większości przyjęli nowoczesne systemy płatności, jednak banki przespały okres zmiany albo z powodu braku strategii, albo poprzez zbyt późną reakcję. Firmy technologiczne wraz z operatorami kart bądź telekomami przejęły znaczny udział w rynku płatności online i offline. Klienci uznali, że nowoczesne systemy transakcyjne to naturalne rozszerzenie usług telekomunikacyjnych bądź technologicznych. Tradycyjne banki straciły klientów, którzy przenieśli się do nowych instytucji. Do Google Banku, Apple Banku i innych nowopowstałych instytucji. Spóźnione uczestnictwo w zmianach spowodowało znaczące spadki przychodów banków.

„W każdym ze scenariuszy tradycyjne instytucje finansowe mają wiele możliwości, by sprostać wyzwaniu […]. Jednak decyzje o strategicznych priorytetach muszą zostać podjęte w odpowiednim czasie, bo każda z nich niesie ze sobą poważne wyzwania związane ze zmianą organizacji, infrastruktury i kultury korporacyjnej, których nie można wdrożyć z dnia na dzień”, podsumowują autorzy raportu „The future of (mobile) payments” Deutsche Bank Research.

Bartek CiszewskiDB Research: Płatności mobilne wyzwaniem dla banków?
read more

Czyszczenie Facebooka po “byłym” lub “byłej”? Pomysł na biznes…

Jeszcze nie tak dawno, gdy dziewczyna złapała chłopca na zdradzie, wystarczyło wyrzucić jego płyty przez okno, spalić listy i zadbać, by wszyscy znajomi dowiedzieli się o jego występku i zdecydowali: ona albo on. W tych paru krokach można było zakończyć znajomość i skutecznie odizolować się od niegdyś kochanego, dziś znienawidzonego.

W dobie serwisów społecznościowych sytuacja jest dużo trudniejsza. Jak rozplątać złożoną sieć powiązań? Jak sprawić, żeby jego zdjęcia w jej objęciach nie nachodziły zranionej duszy? Oczywiście można zrezygnować z Facebooka, ale dlaczego skazywać się na towarzyską śmierć? Z pomocą przychodzą przedsiębiorcy, którzy pomyśleli i o tym problemie.

Powstało już parę amerykańskich serwisów ułatwiających defriending, czyli usuwanie znajomych. Jednym z Nich jest KillSwitch App, mobilne narzędzie, które ma ułatwić gorycz rozstania (“making breakups suck less”).

image

Aplikacja usunie wszystkie posty i zdjęcia związane z daną osobą z twoich archiwów Facebooka. To wydaje się całkiem przydatną usługą nie tylko w przypadku miłości, ale też innych relacji, których nie chcemy już kontynuować.

Druga aplikacja zapewnia bardziej zwariowane funkcjonalności. Ex-Lover blocker nie tylko zablokuje możliwość kontaktu z “byłym” bądź “byłą” (chociaż wydaje się, że produkt skierowany jest do młodych dziewcząt), ale pozwoli też wyznaczyć 5 przyjaciółek-strażniczek, które będą pilnować, czy konsekwentnie w chwili słabości nie próbujesz kontaktować się z ex-partnerem. Jeśli tak się wydarzy, aplikacja wyśle alarm przyjaciółkom, które będą miały dwie minuty na ratunek. Jeśli nie zainterweniują, aplikacja poinformuje o tym wszystkich na Facebooku. automatycznie wyśle wiadomość do wszystkich znajomych.

iPhone Screenshot 1

Ciekawe, czy rozwiązania staną się na tyle użyteczne, że doczekają się polskich klonów…

Bartek CiszewskiCzyszczenie Facebooka po “byłym” lub “byłej”? Pomysł na biznes…
read more

Niedoceniona cena, jak dobrze prowadzona polityka cenowa może pomóc zwiększyć zyski firmy

Photography & Production:
Bernard Bialorucki
tel. +49.609.458.521
bernard@artmediafactory.pl
http://bialorucki.com/

Ustalenie odpowiedniej ceny często spędza handlowcom sen z powiek. Sprzedaż musi zapewnić pokrycie kosztów, a także dostarczyć firmie zysk. Gdy cena będzie za wysoka klient zwróci się do konkurencji, gdy zaś za niska przychód będzie niezadowalający. Wiele firm ma z tym duży problem, mając jednocześnie przekonanie, że dostarczają swoim odbiorcom towary i usługi wysokiej jakości. Najczęstszą przyczyną tej nieporadności są stereotypy i błędne założenia, którymi kierują się sprzedawcy przy ustalaniu swojej polityki cenowej. Deloitte podpowiada jak sobie z nimi radzić.

Błąd nr 1: „Mamy ważniejsze sprawy na głowie niż ceny”

Nie wszyscy menedżerowie mają świadomość, że cena jest najsilniejszą dźwignią zysku. Brak zrozumienia jej znaczącego wpływu na rentowność powoduje odsunięcie wprowadzenia odpowiednich stawek cenowych na dalszy plan. Tymczasem optymalizacja polityki cenowej to jeden z najszybszych i najefektywniejszych sposobów zwiększenia zysków przedsiębiorstwa i to niezależnie od aktualnej koniunktury i trendów rynkowych. Badania pokazują, że zwrot z inwestycji zakładającej zarządzanie cenami i poprawę rentowności jest średnio trzy razy wyższy niż z jakiejkolwiek innej inicjatywy mającej na celu poprawę wyniku finansowego. Co więcej, ponad 90 procent spółek, które zrewidowały politykę cenową jest zadowolonych lub nawet bardzo zadowolonych z wyników swoich działań.

Błąd nr 2: „Nie możemy pozwolić sobie na spadek przychodów”

Częstym powodem braku elastyczności cenowej jest obawa przed spadającymi przychodami, a przecież wielkość sprzedaży lub udziały w rynku są nadal najpopularniejszym miernikiem sukcesu przedsiębiorstwa. Przeświadczenie menedżerów, że zmiany w polityce cenowej doprowadzą do spadku przychodów, powstrzymuje ich przed podjęciem jakichkolwiek działań. Nie wiedzą jednak z czym w rzeczywistości wiąże się poprawa efektywności cenowej.

Aby efektywnie zarządzać cenami trzeba precyzyjnie określić sytuacje, w których można żądać wyższej ceny, określić wielkość premii możliwej do uzyskania, a także wdrożyć wypracowane rozwiązanie. Praktyka dowodzi, że wielu firmom udało się osiągnąć istotny wzrost rentowności bez spadku sprzedaży, a w niektórych przypadkach nawet ją zwiększyć w wyniku poprawy przejrzystości i transparentności cen.

Ponadto usprawnienia cenowe są podporządkowane realizacji celów strategicznych przedsiębiorstwa oraz celów rynkowych dla poszczególnych grup produktowych, kanałów dystrybucji i klientów. Gdy cele te zakładają utrzymanie lub zwiększenie

udziałów w rynku, a polityka cenowa jest profesjonalnie zbudowana, wówczas spadek

wolumenu nie nastąpi.

Błąd nr 3: „To rynek ustala ceny”

Przekonanie, że to rynek ustala ceny jest dowodem, że w firmie istnieje niewykorzystany potencjał do zwiększenia rentowności. W praktyce takie myślenie oznacza, że przedsiębiorca wyzbywa się wszelkiej odpowiedzialności za podejmowane decyzje cenowe oraz szuka wygodnego usprawiedliwienia niskiej rentowności i dalszych obniżek cen.

Tymczasem nawet w przypadku oferowania produktów praktycznie nieodróżniających się od konkurencji istnieje wiele innych czynników determinujących to czy klient wybierze tę czy inną ofertę. Wpływ na tę decyzję ma m.in. relacja z klientem, oferowanie unikalnych usług oraz czynniki związane z realizacją konkretnej transakcji lub zamówienia. Ponadto siły rynkowe nie oddziałują na jedną konkretną cenę, ale jedynie na przedział cenowy. Prawa rynku mają zastosowanie w skali makro, jednak utrata marży dotyczy poziomu mikro, czyli uderza w pojedynczego przedsiębiorcę. Innymi słowy, obszar boiska do gry może być zdefiniowany przez rynek, jednak tylko od nas zależy, w której części boiska będzie toczyć się gra.

Błąd nr 4: „Musimy dostosowywać nasze ceny do konkurencji”

Na wysoce konkurencyjnych rynkach przedsiębiorcy ustalając ceny kierują się działaniami konkurentów. Jednym słowem nie sprzedają ani dużo drożej ani dużo taniej niż rywalizujące z nimi firmy. Tymczasem nie jest to podejście optymalne, a często bywa realizowane bez spełnienia podstawowych przesłanek. Przy tym założeniu musimy bowiem wierzyć, że nasi konkurenci mądrze ustalają ceny, co niestety nie jest powszechne. Badania pokazują, że zaledwie kilka procent przedsiębiorstw profesjonalnie zarządza swoją polityką cenową. Poza tym musimy posiadać wiarygodne informacje o rzeczywistych cenach konkurentów. Tymczasem wiele firm bazuje na mało wiarygodnych pogłoskach pochodzących bezpośrednio od klientów lub przekazywanych przez przedstawicieli handlowych, którzy z reguły uważają, że oferowane przez nich ceny są zbyt wysokie. Poza wszystkim pozycjonowanie cenowe do konkurencji musi być trafnie określone – dla poszczególnych segmentów klientów i grup produktowych.

Aby je odpowiednio ustalić należy w ustrukturyzowany sposób zbadać wartość, jaką firma oferuje swoim klientom w porównaniu z konkurentami. Samodzielnie dokonywana ocena ekspercka jest łatwym i szybkim rozwiązaniem, jednak jest zazwyczaj obarczona sporym błędem.

Błąd nr 5: „Nasi konkurenci są agresywni cenowo”

Prawie co drugie przedsiębiorstwo deklaruje, że jest w stanie wojny cenowej. Aż 95 proc. z nich twierdzi, że wojnę tę rozpoczęła konkurencja. Może to wynikać z błędnej percepcji i faktu, że wszyscy gracze rynkowi chcą sprzedawać najtaniej na rynku. Konkurenci zazwyczaj podążają za swoimi ruchami cenowymi, co prowadzi do spirali obniżek i wojny cenowej. Po jakimś czasie już nikt nie pamięta, która firma pierwsza obniżyła ceny. Mechanizm ten działa również w odwrotnym kierunku:

np. podwyżka cen przeprowadzona przez istotnego gracza na rynku może wywołać wzrost cen w całej branży, bez zmiany układu sił i wielkości udziałów w danym segmencie.

Błąd nr 6: „Nasz doświadczony zespół sprzedażowy wie jak ustalać ceny”

Zarządzający sprzedażą mają często przeświadczenie, że ich odpowiednio zmotywowany zespół z wieloletnim doświadczeniem potrafi odpowiednio ustalać

i wdrażać ceny. To prawda, że handlowcy są najbliżej klienta i dobrze znają rynek, jednak to nie oznacza, że są nieomylni. Nie zawsze bowiem rozumieją zależność między ceną, wolumenem i zyskiem. Zawierzają też często swojej intuicji zamiast skrupulatnie badać i analizować rynek.

Powszechnym błędem jest przecenianie wrażliwości klientów na cenę, a także rutynowe ustalanie cen na podobnym poziomie. Wiele firm zrozumiało, że wynagradzanie zespołu sprzedażowego za wygenerowany wolumen lub obrót jest nieefektywne. Wynagradzanie za wygenerowaną marżę nie rozwiązuje jednak wszystkich problemów i nie zapewnia optymalnej polityki cenowej. Wielu sprzedawców nadal będzie wolało dokonać transakcji po bardzo niskiej cenie niż stanąć przed ryzykiem utraty zamówienia lub klienta.

Błąd nr 7: „Dla nas liczy się klient, a nie jakieś statystyki”

Przekonanie, że zarządzanie cenami i rentownością sprowadza się do ustalania cen jest błędne. Odpowiednia konfiguracja oferty dla poszczególnych segmentów klientów oraz zbudowanie efektywnego modelu cenowego również tworzą wartość dodaną. Wiele branż zostało zrewolucjonizowanych przez innowacyjne modele cenowe, takie jak np. model pre-paid wprowadzony przez operatorów komórkowych, oferowanie zestawów

w gastronomii, dodatkowe opcje finansowania dóbr trwałego użytku, leasing / wynajem maszyn, zwiększanie liczby dostępnych opcji produktu w różnych cenach (np. bilety

w różnych sektorach stadionu), nieograniczony dostęp za stałą opłatą (np. wejścia

do obiektów sportowych, nielimitowane rozmowy przez telefon), ceny względne (np. bilety na Olimpiadę w Londynie – im więcej zapłacisz tym będziesz mieć lepsze miejsce, mimo iż pule poszczególnych rodzajów biletów nie są określone) i wiele innych.

Błąd nr 8: „Dobrze zarządzamy cenami, gdyż skrupulatnie alokujemy koszty

i monitorujemy rentowność sprzedaży”

Wiele firm posiada zaawansowane modele alokacji kosztów stałych i regularnie analizuje rentowność swoich produktów i klientów. Podstawowym błędem jest jednak spojrzenie na to zagadnienie jedynie przez pryzmat rachunkowości. Co prawda pozwala ona na określenie kosztów produkcji, średniego poziomu udzielanych rabatów czy poziomu zysku w ujęciu księgowym, jednak nie informuje o ich przyczynie. Dopiero analiza pojedynczych transakcji pozwala zidentyfikować źródło niskiej rentowności –

czy była to specjalna promocja lub wyprzedaż, dodatkowy rabat za duże zamówienie, sprzedaż po niższej marży łączona ze sprzedażą innych produktów, sprzedaż do klienta strategicznego posiadającego duży rabat czy może nieuzasadniona obniżka ceny udzielona przez przedstawiciela handlowego.

Zarządzanie ceną jest jednym z trudniejszych wyzwań, które napotyka każde przedsiębiorstwo. Ale wdrożenie skutecznej polityki cenowej się opłaca. Nie tylko poprawi wynik finansowy, ale również uporządkuje zasady sprzedaży, które powinny skutkować jeszcze wyższym zyskiem w dłuższym okresie czasu.

Magdalena Jończak, Dyrektor w dziale Konsultingu Deloitte.

Bartek CiszewskiNiedoceniona cena, jak dobrze prowadzona polityka cenowa może pomóc zwiększyć zyski firmy
read more

Andy Rubin, szef projektu Android w Google, rezygnuje

Ważna wiadomość. Chociaż może wydawać się insajderską plotką, zmiany w zespole zajmującym się rozwojem wiodącej platformy mobilnej powinny interesować nie tylko miłośników telefonów z Androidem.

Za decyzją stoi oczywiście dyrektor zarządzający Google Larry Page, który na stanowisko Andy’ego Rubina powołał swojego bliskiego współpracownika Sundara Pichai, dotychczasowego szefa projektu Google Chrome, najpierw przeglądarki, potem systemu operacyjnego dla laptopów, który podobnie jak Android oparty jest na Linuksie.

Według komentatorów, to kolejny krok w zmianach organizacyjnych Google, który sztywnieje i coraz bardziej typową korporacją. Ale co to oznacza dla rynku? Jedna osoba odpowiedzialna za oba systemy to prawdopodobnie znak, że Google Chrome i Android z czasem staną się jednym systemem.

Bartek CiszewskiAndy Rubin, szef projektu Android w Google, rezygnuje
read more

Facebook: Nadchodzą kolejne zmiany w wyglądzie osi czasu (Timeline)

Serwis społecznościowy eksperymentuje z nowym wyglądem. Jak donoszą anglojęzyczne serwisy, poligonem doświadczalnym dla Facebooka jest Nowa Zelandia. Na początku marca na profilach tamtejszych użytkowników pojawiły się zmiany osi czasu. Zamieniono m.in. miejscami chronologiczną nawigację z miejscem na reklamy (które także stało się nieco szersze). Nowości te już są dostępne na polskich kontach.

Dzisiaj Nowozelandczycy mogą korzystać z jeszcze nowszego wyglądu Timeline. Oto przykładowy screen:

Podstawowa pozioma nawigacja została zwężona, strumień statusów przerzucony na prawo, a widgety z informacjami czy zdjęciami znajomych na lewo. Dodatkowo przygotowano też nowy wygląd strony “informacje” (about), którą będzie można w większym stopniu personalizować dodając przeczytane książki czy obejrzane filmy.

Prawdopodobnie nowa wersja będzie dostępna w innych krajach w najbliższych tygodniach. W sieci już roi się od komentarzy i porównań do MySpace czy Google Plus.

W zeszłym tygodniu Facebook zapowiadał te zmiany, które mają kłaść większy nacisk na zdjęcia i sprawić, że przeglądarkowy wygląd będzie bardziej spójny z interfejsami dla urządzeń mobilnych.

[źródło: Mashable]

Bartek CiszewskiFacebook: Nadchodzą kolejne zmiany w wyglądzie osi czasu (Timeline)
read more

Fundusze inwestycyjne wracają do gry

Z badania przeprowadzonego niedawno przez Deutsche Bank PBC wynika, że jednostki funduszy inwestycyjnych planowało w tym roku kupić zaledwie 2,3 proc. Polaków. Tymczasem sytuacja na rynkach finansowych zapowiada ożywienie. Czy klienci skorzystają z nadchodzącej okazji? Zdaniem ekspertów może ich do tego skłonić spadające oprocentowanie depozytów bankowych i coraz niższe prowizje przy zakupie jednostek funduszy.

– Funduszom inwestycyjnym daleko do szczytu popularności sprzed kilku lat, ale żeby trafić na inwestycyjną okazję czasem trzeba wyprzedzić trend – mówi Piotr Tukendorf, analityk i zarządzający funduszami z Biura Maklerskiego Deutsche Bank PBC. Rzeczywiście badania pokazują, że ta niegdyś powszechna forma bardziej agresywnego lokowania oszczędności, straciła w ostatnich latach na popularności. Jak wynika z raportu Deutsche Bank PBC „Portret finansowy Polaków 2012. Plany na 2013 rok” jednostki funduszy inwestycyjnych planowało kupić zaledwie 2,3 proc. Polaków. To ponad dwukrotnie mniej niż 12 miesięcy wcześniej.

Skąd taki spadek zainteresowania? – Przeciętni inwestorzy reagują zwykle z opóźnieniem na wydarzenia rynkowe, a w wyborze kierują się najczęściej najnowszymi wynikami historycznymi. Dlatego w 2007 roku tak chętnie kupowaliśmy fundusze szczycące się w poprzednich latach kilkudziesięcioprocentowymi zwrotami, co jak się okazało nie było odpowiednią strategią – mówi Paweł Majtkowski, niezależny analityk rynku finansowego. –Paradoksalnie teraz, kiedy kupno dobrze dobranych jednostek TFI wydaje się rozsądną decyzją, a wręcz okazją cenową, zainteresowanie nimi jest nikłe – dodaje.

Sytuacja ta może się jednak szybko zmienić. Po serii obniżek stóp przez RPP, oprocentowanie depozytów bankowych spada, dlatego Polacy powinni szukać innych form pomnażania swoich oszczędności. W tej sytuacji można spodziewać się, że nieco zapomniane w ostatnim czasie fundusze inwestycyjne wrócą do łask.

Plany finansowe polakow na 2013

Dla kogo ta inwestycja?

Fundusze inwestycyjne to rozwiązanie dla osób, które szukają wyższych zysków niż te oferowane na lokatach bankowych i gotowe są podjąć pewne ryzyko inwestycyjne. W długim terminie, z dużym prawdopodobieństwem nawet bardziej ryzykowne fundusze akcji są w stanie wypracować zyski znacznie przewyższające oprocentowanie depozytów czy obligacji skarbowych.

Zaletą funduszy jest to, że są stosunkowo tanie, a wiele funduszy nie ma ustanowionych wpłat minimalnych. Co więcej, niewielki w ostatnim czasie ruch na rynku sprawił, że instytucje finansowe oferujące fundusze inwestycyjne wprowadziły promocje. Bez prowizji fundusze można już kupić nie tylko poprzez wyspecjalizowane platformy internetowe, ale też bezpośrednio w oddziałach banków.
– Dzięki temu możemy dywersyfikować inwestycję, nawet w przypadku wpłaty niewielkich kwot
– zauważa Piotr Tukendorf z Deutsche Bank PBC, w którego oddziałach do końca kwietnia trwa promocja na zakup jednostek ponad 20 funduszy różnych TFI.

Dużą przewagą funduszy inwestycyjnych nad lokatami terminowymi jest ich płynność, ponieważ możemy je w każdej chwili spieniężyć. To bardzo ważna i pożądana cecha inwestycji finansowej.
–Lokując oszczędności w funduszach inwestycyjnych, nie tracimy dostępu do środków w razie niespodziewanego wydatku, podczas gdy aby zarobić na lokacie, musimy poczekać kilka miesięcy,
a czasem nawet lat – mówi Paweł Majtkowski.

Jakie są rodzaje funduszy?

Z punktu widzenia indywidualnego inwestora najważniejszą różnicą między poszczególnymi funduszami inwestycyjnymi jest bezpieczeństwo i potencjalna stopa zwrotu. Te najmniej ryzykowne inwestują głównie w obligacje i dają pewny, choć niezbyt wysoki zysk. Dwucyfrową stopę zwrotu mogą zapewnić bardziej agresywne fundusze akcji.

Na polskim rynku większość z nich inwestuje w spółki GPW, ale od kilku lat popularność zyskują fundusze oferujące dostęp do zagranicznych rynków. Dotyczy to także dynamicznie rozwijających się, ale często egzotycznych regionów, jak Bliski Wschód, Ameryka Południowa czy Azja. Pozwala to na dostęp do aktywów, których przeciętny klient biura maklerskiego nie mógłby kupić. Do dyspozycji są też hybrydy akcji i obligacji, które oferują mniejsze ryzyko niż te inwestujące tylko w akcje oraz potencjalnie większy zwrot niż w przypadku funduszy obligacji.

Jak wybrać najlepsze?

W przeciwieństwie do lokat bankowych, których oprocentowanie różni się najwyżej kilkoma punktami procentowymi, nieodpowiedni wybór funduszu akcji może sprawić, że stracimy część oszczędności, natomiast dobry wybór w odpowiednim czasie może dać nawet kilkudziesięcioprocentowe zyski w skali roku. Jak wybrać ten najbardziej opłacalny wariant?

Z badań Deutsche Bank PBC wynika, że aż 40 proc. Polaków uważa, że najlepszy fundusz to ten zarekomendowany przez doradcę finansowego. Jedna trzecia ankietowanych w wyborze funduszu kierowałaby się historycznymi wynikami, a 20 proc. bezpieczeństwem.

Jakie fundusze preferują Polacy

Odpowiedni dobór aktywów jest procesem skomplikowanym. – Podstawowym błędem przy wyborze jest koncentrowanie się wyłącznie na historycznej stopie zwrotu. Tymczasem, nawet 20-procentowy zysk rocznie wcale nie musi być dobrym wynikiem – tłumaczy Piotr Tukendorf z Deutsche Bank PBC. – Aby to sprawdzić, trzeba wziąć pod uwagę średnie wyniki rynków czy indeksów i porównać je
z wynikami funduszu. Dopiero wtedy okaże się, czy zarządzający byli rzeczywiście skuteczni– dodaje.

Zaleca się jednoczesne inwestowanie w co najmniej kilka funduszy. Taka dywersyfikacja pozwoli zredukować ryzyko nietrafnego wyboru. Trzeba pamiętać, że nawet kilkuletnia historia nieprzerwanych zysków danego produktu nie gwarantuje przyszłych wyników. Z tego samego powodu warto zakupy rozłożyć w czasie. Co prawda inwestując systematycznie, nie nabędziemy aktywów w najlepszym możliwym momencie, ale za to zabezpieczamy się przed kupnem „na górce”. – Poszukiwania optymalnych transakcji najlepiej zostawić specjalistom. Jeśli ktoś traktuje inwestycje jako sposób na lokowanie oszczędności, w pierwszej kolejności powinien skoncentrować się na ochronie kapitału przed ryzykiem straty – mówi Paweł Majtkowski.

Nadchodzi ożywienie?

– Rok 2012 był udany dla inwestujących w fundusze dłużne. Najlepsze z nich przyniosły stopy zwrotu przekraczające 15 proc. Biorąc jednak pod uwagę bieżące otoczenie makroekonomiczne, a przede wszystkim aktualny poziom stóp procentowych i rentowności obligacji, trudno zakładać, by rok 2013 stał również pod znakiem funduszy obligacyjnych – mówi Piotr Tukendorf, analityk i zarządzający funduszami z Biura Maklerskiego Deutsche Bank PBC.

Rok 2012 przyniósł potężne, przekraczające 13 mld zł napływy do funduszy dłużnych i rynku pieniężnego. W tym samym czasie z funduszy akcyjnych wycofano ponad 1 mld zł. W tym roku ten scenariusz może się jednak z wielu powodów radykalnie odwrócić. – Przewidywane spowolnienie gospodarcze w pierwszej połowie 2013 roku i ujemne odczyty PKB przemawiają za kontynuacją tradycyjnego, wyprzedzającego wobec realnej gospodarki scenariusza rynku akcji – zauważa Piotr Tukendorf. – Powinno to pozwolić na osiągnięcie wysokich, kilkunastoprocentowych stóp zwrotu. Niskie stopy procentowe będą z jednej strony wspierać wyniki wielu spółek, z drugiej zaś sprawią,
że kapitał poszukujący wyższych stóp zwrotu niż te możliwe do osiągnięcia na rynku długu, będzie strukturalnie przesuwał się w stronę bardziej ryzykownych aktywów – wyjaśnia.

Zdaniem eksperta z Deutsche Bank PBC argumenty w postaci oczekiwanego trwałego rozwiązania problemu klifu fiskalnego w USA, zapowiedź utrzymywania w najbliższych kwartałach niskich stóp procentowych przez amerykański bank centralny oraz ECB (Europejski Bank Centralny), determinacja chińskich władz, by wspierać wzrost gospodarczy w Państwie Środka, a także niskie poziomy wycen spółek i relatywnie wysokie oczekiwane stopy dywidendy z wielu przedsiębiorstw pozwalają przypuszczać, że TFI nie powinny być w tym roku szczególnie zachowawcze, jeśli chodzi
o inwestowanie w akcje polskich spółek. – Wszystkie te argumenty, przy uwzględnieniu tradycyjnie wyższego ryzyka inwestycyjnego na tle np. funduszy pieniężnych, przemawiają za wyborem funduszy akcyjnych – zauważa Piotr Tukendorf z Deutsche Bank PBC.

Bartek CiszewskiFundusze inwestycyjne wracają do gry
read more