Trendy

Content Marketing w sektorze B2B jest już standardem

Przez branżę marketingową przewinęło się wiele sezonowych mód, które wydawały się rewolucyjną zmianą. Content marketing do nich nie należy. Obserwacja kilkunastu lat praktyk rynkowych i długofalowych trendów w mediach oraz usystematyzowane cykliczne badania utwierdzają mnie w tym przekonaniu. Promocja produktów i usług za pomocą użytecznej treści dystrybuowanej bezpośrednio wśród wybranej grupy odbiorców jest skuteczna. Upside w przypadku tej strategii jest ogromny.

Szczególnie w sektorze B2B. Biznes ceni praktyczną wiedzę dużo wyżej od krótkotrwałego szumu medialnego. Co więcej, relacje między profesjonalistami są bardziej podatnym gruntem dla content marketingu niż relacje firm z konsumentami.  Z jednej strony przedsiębiorstwa dysponują unikalną wiedzą o rozwiązaniach, które dostarczają klientom. To wiedza trudna do skopiowania, bo płynie z wieloletnich doświadczeń i jest rozproszona wśród pracowników poszczególnych działów: produktowych, sprzedażowych, finansowych czy obsługi klienta.

Z drugiej strony klienci biznesowi chętnie za tę wiedzę zapłacą. W przeciwieństwie do konsumentów, którzy przywykli, że treści, szczególnie w internecie, powinny być darmowe, profesjonaliści zdają sobie sprawę, że użyteczna informacja ma swoją cenę. Na rynku B2B dane kontaktowe zostawione w formularzu są powszechnie akceptowaną formą zapłaty za pobranie dokumentu pdf czy przyłączenie się do webinarium. Jest ona bardziej naturalna niż np. wyświetlenie na stronie internetowej agresywnej reklamy graficznej, co jest jedną z najniższych stawek za konsumpcję treści na rynku B2C.

Dynamiczny rozkwit usług SaaS w ostatnich latach jest ważnym katalizatorem rozwoju content marketingu B2B. Nowoczesne narzędzia pozwalają amatorom tworzyć atrakcyjne treści: teksty, grafiki, audio czy wideo. Laicy po krótkim szkoleniu mogą z powodzeniem konkurować z zawodowcami. Liczy się pomysłowość i wiedza. Drogę twórcom content marketingowym przetarli pod tym względem hobbyści. To oni zdominowali rynek wydawniczy najpierw blogowymi wpisami, a potem żartami fotograficznymi (tzw. memami), ruchomymi obrazkami (gifami), czy wreszcie świetnie zmontowanymi klipami wideo. Twórcy aplikacji SaaS dla biznesu zebrali te funkcjonalności i połączyli w  narzędzia dedykowane tworzeniu webinariów czy infografik na potrzeby content marketingu.

Dystrybucja treści przeszła jeszcze większą rewolucję. Publikacja w sieci nie kosztuje nic. Dzisiaj wydaje się to naturalne, ale jeszcze kilkanaście lat temu, aby dotrzeć z własnym przekazem, nie wykupując reklamy ani nie inspirując zawodowych dziennikarzy, trzeba było zainwestować znaczne środki w druk i kolportaż. Nadawanie przez firmy własnych treści radiowych czy telewizyjnych było praktycznie niemożliwe.

Dzisiaj firmowa strona internetowa, do której link wyświetla się na pierwszej stronie wyników Google np. na hasło “szkolenie motywacyjne”, jest najskuteczniejszą formą reklamy tej usługi. Żadna forma tradycyjnej reklamy prasowej, radiowej, telewizyjnej czy outdoorowej jej nie przebije. W świecie zdominowanym przez wyszukiwanie wartościowe treści są najlepszą formą promocji.

Na tym nie koniec. Nie zapominajmy o mediach społecznościowych. Wiele wskazuje na to, że nie znikną, a ich znaczenie powinno rosnąć z pokolenia na pokolenie. W mediach społecznościowych najcenniejsze są pozytywne opinie. Tworzenie użytecznych treści, rozwiązujących codzienne problemy czytelników, to jedna z najlepszych strategii, aby je generować. Wizerunek eksperta w swojej dziedzinie nie tylko pomoże firmie czy specjaliście znaleźć nowych klientów, ale też zwiększyć marżę.

Firmy B2B  zazwyczaj nie spieszą się z wdrażaniem nowości marketingowych. Pozwalają sektorowi B2C ponosić koszty eksperymentów. Content marketing jest już na tyle dojrzałą strategią, że obserwujemy zrównoważony wzrost zaangażowania w nią także wśród przedsiębiorstw B2B.

Z badania “B2B Content Marketing Benchamarks, Budgets, and Trends – North America”,  wynika, że aż 70 proc. marketerów z branży tworzy więcej treści niż przed rokiem. Z kolei nieopublikowane jeszcze badanie Nowoczesnej Firmy dowodzi, że polskie firmy nie pozostają w tyle. Już 61 proc. z nich przyznaje, że stosuje content marketing. Co ciekawe jest on powszechny wśród przedsiębiorstw z sektora B2B, gdzie stosowanie go zadeklarowało aż 64 proc. respondentów. Jedna trzecia kieruje się w działaniach content marketingowych spisaną strategią, a 56 proc. kontroluje ROI tej formy promocji.

Twarde liczby wynikające z naszego badania pokazują, że content marketing sprawdza się. Polskie firmy dopracowują procedury produkcji treści, jej promocji oraz konwersji na leady sprzedażowe. Są też w stanie stworzyć, wdrożyć i zmierzyć efektywność strategii content marketingowych. Wygląda na to, że rewolucję mamy już za sobą. Przebiegła spokojnie dla firm nieuzależnionych od tradycyjnego outbound marketingu. Teraz czas na ewolucyjne zmiany i powielanie dobrych praktyk rynkowych.

Bartek CiszewskiContent Marketing w sektorze B2B jest już standardem
read more

Niebezpieczne kopie treści, czyli jak zwiększyć widoczność oferty w Google–poradnik na przykładzie firm szkoleniowych

Firmy szkoleniowe i indywidualni trenerzy są naturalnym beneficjentem content marketingu. Po pierwsze, działają w sektorze B2B, a jak wyjaśniałem w poprzednim wpisie, profesjonalny czytelnik ceni wiedzę i chętnie udostępnia dane kontaktowe. Po drugie, ich produktem są wiedza i umiejętności, nie trudno na podstawie szkoleń tworzyć atrakcyjne treści. Po trzecie, jednostkowe ceny szkoleń są na tyle wysokie, że motywują firmy do intensywnej promocji w modelach efektywnościowych.

7883634326_90446a5235_o_thumb

We współczesnym marketingu internetowym kluczowa jest wysoka pozycja w Google i dedykowanych wyszukiwarkach, np. megaszkolenia.pl. Aby zwiększyć szanse ekspozycji, firmy szkoleniowe wypracowały już procedury publikacji swoich ofert w jak największej liczbie miejsc. Ta strategia była bardzo skutecznym sposobem na promocje oferty w wyszukiwarkach przez wiele lat. Jednak ostatnie zmiany algorytmu Google sprawiły, że jej efektywność spada. A nawet może przynieść odwrotne skutki.

Podczas gdy marketerzy starają się jak najlepiej wyeksponować swoją ofertę w wyszukiwarkach, pracownicy Google aktualizują algorytm ustalający kolejność wyświetlania stron internetowych po wpisaniu zapytania, aby serwowane wyniki były jak najbardziej przydatne dla użytkowników. Ogólna zasada jest prosta: na pierwszych pozycjach mają pojawiać się najbardziej wartościowe treści. Merytoryczne, nie reklamowe.

Przyczajona Panda, ukryty Pingwin

Kolejne wersje Androida, systemu operacyjnego na komórki firmy Google, noszą nazwy słodyczy: KitKat albo Lollipop (lizak). Z kolei aktualizacje algorytmu wyszukiwarki zgodnie z kolorową stylistyką Doliny Krzemowej reprezentowane są przez różne zwierzęta, np. Panda czy Pingwin. Mało kto zna te nazwy. Warto jednak wiedzieć, że sympatyczne zwierzęta są zmorą specjalistów pozycjonowania, bo wywracają do góry nogami efekty ich pracy. A zasady ich działania są kluczowe dla biznesu na całym świecie.

Wprowadzona w 2011 roku Panda zakłada, że w wynikach Google ignorowane będą kopie treści. W rezultacie duża część pracy doświadczonych marketerów idzie na marne. Problem w tym, że nie wiadomo, która część.

Omówmy to na przykładzie firm szkoleniowych. Jeśli wpiszemy do Google frazę będącą rzeczywistą nazwą szkolenia: “Sprawdzone strategie pracy dla efektywnej sekretarki i asystentki” stosując cudzysłów, czyli nakazując wyszukiwarce wyświetlenie stron z dokładnie takim zdaniem, pojawi się zaledwie sześć wyników oraz komunikat:

Aby pokazać najbardziej trafne wyniki, pominęliśmy kilka pozycji bardzo podobnych do 6 już wyświetlonych. Jeśli chcesz, możesz powtórzyć wyszukiwanie z uwzględnieniem pominiętych wyników.

image

Wyszukiwanie z uwzględnieniem duplikatów pokazuje aż 326 wyników. Oznacza to, że Panda z Pingwinem schowali przed odbiorcami treści firmy szkoleniowej aż 320 z 326 wyników! Ponad 98 procent!

Po wpisaniu frazy "Zarządzanie sobą w czasie i efektywność osobista", Google pokaże nam 24 wyniki spośród 3650 opublikowanych treści, czyli zaledwie 0,65 procenta.

Na tym nie koniec. Na swoich stronach Google wyjaśnia, dlaczego publikacja tej samej oferty w wielu miejscach może mieć odwrotne skutki od zamierzonych.

Google dokłada wszelkich starań, by indeksować i pokazywać jedynie strony zawierające wyróżniające się treści. […] W rzadkich przypadkach, gdy Google uzna, że powielanie treści może mieć na celu manipulowanie pozycją witryny w naszych rankingach i oszukiwanie użytkowników, możemy wprowadzić zmiany w sposobie indeksowania i ustalania pozycji tych witryn na listach wyników wyszukiwania. Może to niekorzystnie wpłynąć na pozycję witryny w rankingu. Witryna może też zostać całkowicie usunięta z indeksu Google i nie będzie się pojawiać w wynikach wyszukiwania.

Oznacza to, że publikacja ofert “hurtowo” we wszystkich dostępnych miejscach może negatywnie wpłynąć na pozycję witryny Twojej firmy w wyszukiwarkach.

Co zrobić z duplikatami?

Krótka odpowiedź brzmi: nie publikować ich. Twoje oferty powinny znaleźć się w oryginalnej formie na Twojej stronie internetowej. Pozostałe publikacje, np. w serwisach tematycznych takich jak megaszkolenia.pl, powinny być zmodyfikowane. Znaczenie opisu oferty, np. szkolenia, może być podobne albo takie samo, jednak forma powinna różnić się jak najbardziej. Oto kilka przydatnych wskazówek:

  • sparafrazuj tytuł oferty. Strona z ofertą nie musi mieć w tytule dokładnej nazwy szkolenia, np. “Profesjonalne Negocjacje – sprawdzone techniki negocjacji” można by przedstawić jako “Warsztaty skutecznych negocjacji. Sierpień 2015”. Nawet dodanie przybliżonej daty szkolenia wyróżnia je na tle innych podobnych tytułów.
  • zmień opis oferty. Oferta jest zwykle jednym z najlepiej dopracowanych dokumentów w firmie. Rozumiem, że parafrazowanie go nie jest łatwe. Warto w celach promocyjnych zamieścić tylko najważniejsze hasła oferty, a resztę opisu uzupełnić np. fragmentem jednej z części szkolenia albo rozbudowanym opisem sylwetek trenerów.
  • większość tekstu publikowanej oferty powinna być oryginalna. Możemy kopiować fragmenty oryginału, ale trzeba to robić ostrożnie i z umiarem.
  • uzupełniaj treści o oryginalne multimedia: zdjęcia, wideo, prezentacje.
  • ogranicz miejsca, w których publikujesz swoją ofertę do: własnej strony internetowej oraz wiodących serwisów tematycznych na rynku. Treści zamieszczane w mało prestiżowych miejscach wyrządzą więcej szkody niż będzie z nich pożytku.

Doświadczenia rynkowe pokazują, że wiele oryginalnych teści reklamujących ten sam produkt czy usługę mogą zwiększyć liczbę leadów sprzedażowych o kilkaset procent. Dlatego zachęcam wszystkich marketerów do rewizji dotychczasowej strategii content marketingowej i pozbycie się duplikatów. Ta metoda działała kilka lat temu. Obecnie szkodzi.

Formularze publikacji ofert na Platformie NF.pl są skonstruowane w sposób nakłaniający do modyfikacji treści. Niestety w przypadku firm szkoleniowych wciąż zdarza się wiele ofert skopiowanych bezpośrednio z jednego dokumentu i obecnych na niezliczonej liczbie witryn. Dlatego zachęcamy do przeredagowania najbardziej aktualnych opisów.

Logując się do Platformy NF.pl możesz za pośrednictwem czatu w prawej dolnej części ekranu poprosić naszych redaktorów oraz specjalistów SEO o pomoc w zwiększeniu efektywności publikowanych treści.

foto: Nick Royer / flickr.com (CC BY-SA 2.0)

Bartek CiszewskiNiebezpieczne kopie treści, czyli jak zwiększyć widoczność oferty w Google–poradnik na przykładzie firm szkoleniowych
read more

Start jest łatwy, ale jak przełamywać bariery w rozwoju content marketingu?

Wbrew pozorom bariera wejścia w przypadku działań content marketingowych jest niska. Strategia ta sprowadza się do “promocji produktów i usług za pośrednictwem własnych treści”. Wiele firm, np. szkoleniowych, ma już do dyspozycji atrakcyjne treści. Inne mają wiedzę pozwalającą im takie treści stworzyć. Dostępne jest darmowe oprogramowanie (np. WordPress), które pozwala Ci wpiąć moduł wydawniczy do Twojej strony firmowej i rozpocząć dystrybucję tych treści.

Bartek CiszewskiStart jest łatwy, ale jak przełamywać bariery w rozwoju content marketingu?
read more

Na czym polega content marketing i dlaczego może zdominować wydatki marketingowe sektora B2B

Aby dobrze zrozumieć koncepcję content marketingu, o której tak głośno w ostatnich latach, dobrze jest przypomnieć sobie istotę tradycyjnego marketingu. Ten termin nie jest tożsamy z promocją produktów. Ta była powszechnie stosowana od niepamiętnych czasów. Praktycznie od momentu, w którym powstał handel i konkurencja wśród sprzedawców. Kto miał na sprzedaż pożądany towar musiał poinformować o tym jak największą liczbę zainteresowanych. Szyldy, plakaty, nawet płatne ogłoszenia w paśmie wiadomości były obecne od tysiącleci.

Bartek CiszewskiNa czym polega content marketing i dlaczego może zdominować wydatki marketingowe sektora B2B
read more

Wolny zawód ułatwia otrzymanie kredytu

Profesjonaliści wykonujący tzw. wolne zawody, np. prawnicy, weterynarze, dentyści etc., na pewnym etapie swojej kariery stają zazwyczaj przed trudnym dylematem – praca dla kogoś, czy na własny rachunek? Wielu decyduje się na otwarcie własnej praktyki, kancelarii czy gabinetu. Niestety, jak pokazało badanie zrealizowane przez Deutsche Bank, często barierą, obok dużej konkurencji rynkowej, czy kwestii prawnych, jest problem ze sfinansowaniem takiego przedsięwzięcia. Wyposażenie np. gabinetu dentystycznego wymaga relatywnie dużych nakładów. Część banków zaczęła dostrzegać ten problem, kierując swoją ofertę bezpośrednio do reprezentantów tej grupy.

Osoby wykonujące tzw. wolny zawód to specyficzna grupa przedsiębiorców. Wyróżnia ich posiadanie oficjalnych uprawnień do świadczenia określonych usług, a także specjalistyczne wykształcenie. Znaczna część z nich zobowiązana jest również, na mocy ustawy, do przynależności do odpowiedniego samorządu zawodowego. Kogo obejmuje ten wymóg? Liczba takich profesji jest całkiem spora. To m.in. adwokaci, niektórzy aptekarze, architekci, biegli rewidenci, doradcy podatkowi, lekarze różnych specjalizacji, w tym dentyści, lekarze weterynarii, notariusze czy radcy prawni. Rozpoczęcie działalności na własną rękę, w wielu z wymienionych zawodów wymaga dużych nakładów inwestycyjnych.

Lekarz, który otwiera własną praktykę, nie tylko musi wynająć i nierzadko wyremontować gabinet, ale także zakupić lub wyleasingować sprzęt diagnostyczny i niezbędne materiały medyczne. Podobnie w przypadku prawników, którzy oprócz urządzenia kancelarii, muszą ponieść opłaty związane np. z licencjami do programów prawniczych czy kosztowną bazę aktów prawnych i komentarzy. Skąd wziąć na to pieniądze?

Kto bierze kredyt na rozwój?

Jak wygląda kwestia kredytowania osób wykonujących wolne zawody sprawdził Deutsche Bank w swoim najnowszym badaniu opinii. Wynika z niego, że z kredytu na rozwój działalności skorzystało dotychczas 41 proc. reprezentantów tej grupy.

Przedstawiciele wolnych zawodów a kredyty

Sondaż pokazał również, które zawody najczęściej posiłkują się zewnętrznym finansowaniem z banku. Więcej niż połowa weterynarzy (54 proc.) i w identycznym stopniu przedstawiciele branży consultingowej i doradczej dla biznesu, korzystało z kredytu. Wśród lekarzy odsetek ten wyniósł 46 proc., a wśród architektów i urbanistów 43 proc. Najrzadziej z kredytów na rozwój działalności korzystają osoby pracujące w branży IT oraz prawnicy (odpowiednio 33 i 15 proc.).

Główne bariery

Respondenci odpowiedzieli również na pytanie o główne bariery dla rozwoju ich działalności. Główną przeszkodą okazała się być duża konkurencja rynkowa. Wskazało na nią 47 proc. badanych (w tym aż 63 proc. prawników). Na drugim miejscu znalazły się bariery prawne, którą wybrało 36 proc. respondentów (jest to główna przeszkoda dla 64 proc. architektów i urbanistów). Na trzecim miejscu z 34,5 proc. wskazań, znalazło się wyzwanie, jakim jest dotarcie i pozyskanie nowych klientów. Natomiast dla jednej czwartej ankietowanych (24 proc.) taką barierą jest brak wystarczającego kapitału. Problem ten odczuwają w szczególności przedstawiciele branży medycznej i weterynaryjnej (odpowiednio 29 proc. i 41 proc.).

Bariery w prowadzeniu działalności wykonując wolny zawód

Fakt, że akurat w branży medycznej problemy z finansowaniem własnej działalności są największe, nie powinien być zaskoczeniem. Zarówno wyposażenie specjalistycznych gabinetów lekarskich, stomatologicznych, czy np. coraz bardziej popularnych placówek zajmujących się chirurgią estetyczną, wymaga znacznych nakładów pieniężnych. Nie bez znaczenie jest też fakt, że sprzęt medyczny, nawet ten wysokiej jakości dość szybko się zużywa. A to właśnie m.in. dzięki dostępności różnorodnych i zaawansowanych technik diagnostycznych niepubliczne jednostki opieki zdrowotnej zdobywają przewagę konkurencyjną.

Teraz łatwiej o pieniądze

– O ile faktycznie jeszcze do niedawna dostęp do finansowania dla osób wykonujących wolne zawody był dosyć mocno utrudniony, to obecnie część banków zaczęła kierować swoje oferty kredytowe bezpośrednio do tej właśnie grupy – mówi Waldemar Jarek, Dyrektor w Deutsche Bank odpowiedzialny za rozwój oferty kredytowej dla klientów indywidualnych i mikro-przedsiębiorców. – Są to zazwyczaj osoby osiągające ponadprzeciętne dochody, a zatem ich zdolność kredytowa jest stosunkowo wysoka.

Na jakie oferty mogą liczyć? – W Deutsche Bank znajdą oni dwa produkty kredytowe, przeznaczone wyłącznie dla nich. Jeden to kredyt inwestycyjny do 400 tys. zł, który można przeznaczyć na rozwój działalności lub na refinansowanie zobowiązań zaciągniętych w innych bankach – mówi Waldemar Jarek. – Drugim jest produkt o nazwie Biznes Hipoteka dla Profesjonalistów, przeznaczony dla osób wykonujących wolny zawód, a jednocześnie posiadający jednoosobową działalność gospodarczą. Z takiego kredytu mogą również skorzystać spółki osobowe – zaznacza. – W tym drugim przypadku finansowanie może wynieść nawet 2 mln zł, z kolei w przypadku kwoty poniżej 1 mln, bank stosuje uproszczoną procedurę w zakresie dokumentacji, jak i procesu weryfikacji zdolności kredytowej – firma nie musi przedstawiać zaświadczeń o niezaleganiu wobec ZUS i Urzędu Skarbowego.

Przewaga konkurencyjna kluczem do sukcesu

Większość wymienionych w badaniu bolączek, które utrudniają lub wręcz uniemożliwiają reprezentantom wolnych zawodów rozwój działalności na własny rachunek, mogą zostać w dużej mierze zminimalizowane przez odpowiednie dofinansowanie. –  Dobrze wyposażony gabinet lekarski ma szansę na uzyskanie dużej przewagi konkurencyjnej, co z kolei może pomóc w dotarciu do większej liczby klientów – tłumaczy Waldemar Jarek. – Tym bardziej, że obecnie pozyskanie takiego finansowania jest o wiele łatwiejsze, niż było to jeszcze kilka lat temu – zapewnia.

Warto też pamiętać o uwarunkowaniach rynkowych, które w chwili obecnej mocno sprzyjają kredytobiorcom. Kredyty są stosunkowo tanie, głównie dzięki rekordowo niskim stopom procentowym. – Nie  bez powodu od dłuższego czasu możemy obserwować wzrost akcji kredytowej – mówi Waldemar Jarek. – Dzieje się tak ponieważ kredyty są nie tylko tańsze ale i dostępne dla większej liczby klientów  – dodaje.

 

Bartek CiszewskiWolny zawód ułatwia otrzymanie kredytu
read more

Sondaż DB: W co warto inwestować

Królują nieruchomości. Za nimi długo nic, a na czele peletonu: złoto, giełda i… lokata. Potem dzieła sztuki, fundusze i… obligacje. Zestawienie najbardziej zyskownych inwestycji według Polaków wydaje się zaskakujące, ale jest w tym szaleństwie metoda. Niestety wciąż jesteśmy głusi na najbardziej oczywistą odpowiedź, dzięki której nasze pieniądze mogą zacząć na nas pracować, przynosząc oczekiwany zysk.

Prawie połowa Polaków wciąż uznaje inwestycję w nieruchomości za najbardziej zyskowną. Taką odpowiedź wskazało aż 45 proc. ankietowanych w najnowszym badaniu Deutsche Bank. Odsetek ten nie zmienia się od czterech lat. Prawdziwe historie z czasów boomu sprzed 2007 roku, kiedy to wartość wielu domów i mieszkań wzrosła kilkukrotnie, są na tyle inspirujące, że legenda jest wciąż żywa. Nawet pomimo tego, że nieruchomości w ostatnich latach potaniały.

najbardziej zyskowna forma inwestycji

Siłę przyzwyczajenia widać też w ocenie zyskowności kolejnych inwestycji. Złoto jest uznawane za korzystną inwestycję przez ponad 7 proc. osób, chociaż w ostatnich trzech latach uległo znacznej przecenie. Podobnie lokata bankowa, której wysokie oprocentowanie sprzed kilku lat, sięgające dwucyfrowych liczb, było ewenementem spowodowanym m.in. reakcją rynków na gigantyczny kryzys finansowy. Warto zatem rozważyć, jakie są alternatywy, dzięki którym nasze pieniądze, zamiast wyłącznie leżeć na niskooprocentowanych lokatach, zaczną efektywnie pracować.

Zyskowne nieruchomości?

– Jednym z największych błędów w ocenie potencjalnego zysku z nieruchomości jest przywiązywanie zbyt dużej wagi do danych historycznych. A to często prowadzi do błędnych decyzji – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej Deutsche Bank.

W tę pułapkę wpadło wielu inwestorów. W latach 2004-2006 ceny mieszkań w największych polskich miastach podwoiły się, a w niektórych nawet potroiły. Pamiętajmy jednak, że tego typu dane dotyczą cen średnich, tymczasem rynek nieruchomości jest bardzo zróżnicowany. Nietrafione zakupy nie zyskały na wartości, natomiast największe okazje, perspektywicznie położone i dobrze skomunikowane, przyniosły inwestorom w krótkim czasie ogromny zysk.

– W głowach Polaków zrodził się mit o inwestycji w nieruchomości, na której można zarobić wielkie pieniądze. Osoby, które na tej fali kupiły nieruchomość po 2006 roku mocno się rozczarowały – mówi Monika Szlosek. – Nie oznacza to, że były to nietrafione inwestycje. Trzeba jednak pamiętać, że atut nieruchomości widać dopiero z perspektywy czasu, często kilkunastu czy kilkudziesięciu lat. Kupowanie mieszkań z myślą o sprzedaży za kilka lat jest ryzykowny, a dodatkowo wymaga znacznego kapitału – mówi.

Przekonały się o tym osoby, które przyjęły takie założenia siedem lat temu. Indeks średnich cen nieruchomości w Polsce mierzony co miesiąc przez firmę Home Broker spadł w tym czasie z 1000 punktów w grudniu 2007 r., do zaledwie nieco ponad 800 punktów obecnie.

Nie wszystko złoto…

O ile nieruchomości mają swoje wyjątkowe zalety w porównaniu z innymi inwestycjami: są funkcjonalne, kupujący mają szansę na własną rękę znaleźć wyjątkowe okazje, w długim terminie powinny zyskać na wartości, to druga pozycja na liście „najbardziej zyskownych” według Polaków form pomnażania pieniędzy jest dużo bardziej kontrowersyjna.

Jeszcze w 2011 r. aż 13,4 proc. ankietowanych przez Deutsche Bank wskazywało złoto, jako najbardziej zyskowną inwestycję. Obecnie już tylko 7,2 proc. Przyczyną są oczywiście okresowe wahania ceny złota. Akurat tak się składa, że w 2011 r. jego cena sięgnęła historycznych rekordów i wynosiła 1800 dol. za uncję. Wspięła się na ten poziom z nieco ponad 400 dol. za uncję w 2005 r. Szczęśliwcy, którzy nabyli złoto 10 lat temu zarobili 450 proc. w ciągu 6 lat. Wygląda na najlepszą inwestycję świata? Nie dla tych, którzy zaopatrzyli się sztabki w latach 2011-2012. Od tego czasu cena złota spadła już do około 1100 dolarów za uncję.

– Złoto jest bardzo specyficznym aktywem. Zastosowanie praktyczne metalu jest bardzo ograniczone, a jego wysoka wartość jest spowodowana tym, że wciąż funkcjonuje jako rezerwa w wielu bankach centralnych i postrzegane jest jako alternatywa dla współczesnego pieniądza – tłumaczy Monika Szlosek z Deutsche Bank. – Oznacza to, że jego przyszła cena w dużym stopniu zależy od decyzji gospodarczo-politycznych na najwyższym światowym szczeblu. Równie dobrze może poszybować w górę, co w dół. Dlatego można traktować je jako uzupełnienie portfela, swoiste ubezpieczenie na wypadek załamania się światowych walut, jednak inwestowanie w złoto znacznych oszczędności to już bardzo ryzykowna gra – dodaje.

Na trzecim miejscu najbardziej zyskownych inwestycji zdaniem Polaków znalazła się giełda. Z jednej strony to trafna ocena, bo wytrawni albo najszczęśliwsi gracze inwestując w akcje szybko rozwijających się niewielkich spółek mogą pomnożyć pieniądze w ciągu kilku dni. Jednak w tym samym czasie pechowcy tracą na nieudanych zakupach.

Od około pięciu lat indeks WIG20 trzyma w miarę stabilny poziom, jednak na horyzoncie pojawiają się oznaki poprawy światowej koniunktury. W niepamięć odchodzi też wspomnienie załamania cen akcji z lat 2007-2008, kiedy to indeks stracił ponad dwukrotnie na wartości. Ma to odzwierciedlenie w ocenach Polaków: w 2011 r. grę na giełdzie za najbardziej zyskowną inwestycję uznawało 4 proc. ankietowanych, a teraz już 7 procent.

Największe niedopatrzenie

Prawie 7 proc. ankietowanych w badaniu Deutsche Bank wskazało na lokatę bankową jako na najbardziej zyskowną formę inwestycji, 2,6 proc. za taką uznało obligacje. – To ocena, która zaskakuje. Obligacje są z pewnością jednymi z najbezpieczniejszych produktów inwestycyjnych, ale właśnie dlatego zysk jest mocno ograniczony – komentuje Monika Szlosek. – Jeśli chodzi o ogólnodostępne produkty finansowe, dużo większy potencjalny zysk oferują fundusze – zauważa.

Sprawdźmy. Obecnie większość lokat terminowych, także tych na 1-2 lata, daje zarobić poniżej 3 proc. w skali roku. Oprocentowanie dwuletnich obligacji skarbowych to 2 proc., a czteroletnich 2,3 proc. Nie jest to zatem najbardziej zyskowna inwestycja.

Z największym niedoszacowaniem wśród ankietowanych spotkały się fundusze. Za najbardziej zyskowne uznało je mniej niż 4 proc. ankietowanych. – To zaskakujący wynik. Można przyjąć różne kryteria składające się na ogólną ocenę „zyskowności”: potencjalną roczną stopę zwrotu, ryzyko straty, elastyczność wejścia i wyjścia z inwestycji, barierę wejścia, wyniki historyczne, możliwość inwestycji w długim terminie. Jakkolwiek je nie zestawić, z punktu widzenia inwestora indywidualnego fundusze wypadają bardzo atrakcyjnie – mówi Monika Szlosek.

Spośród 450 najbardziej agresywnych funduszy akcji dostępnych w ofercie Deutsche Bank aż 200 w ciągu ostatnich 36 miesięcy, w czasie gdy WIG20 dryfował, wypracowało zysk przekraczający 40 procent, czyli ponad 13 proc. w skali roku. Pięć wiodących pozwoliło zarobić ponad 50 proc., a najlepszy prawie 70 proc. w skali roku. Inwestycje w akcje to oczywiście także ryzyko straty, ale sprawnie zarządzane fundusze je ograniczają. Straty w tym okresie odnotowało 60 funduszy.

średnie zyski z funduszy 2009-2014

Warto jednak również pamiętać, że fundusze są zróżnicowane i są wśród nich dostępne także dużo bezpieczniejsze kategorie, jak np. fundusze stabilnego wzrostu. Spośród 20 dostępnych w ofercie Deutsche Bank produktów z tej grupy, w ciągu ostatnich 3 lat wszystkie przyniosły zysk. Zaledwie cztery mniejszy niż 4 proc. rocznie, a aż 8 przekraczający 7 proc. w skali roku. Najlepsze dwa dały zarobić ponad 10 proc. rocznie.

– Najbardziej zyskowna inwestycja to trudne do zdefiniowania pojęcie. Pewnie najszybciej z dnia na dzień można zarobić kupując akcje niewielkiej spółki albo obraz genialnego, a nieodkrytego jeszcze  artysty. Są to jednak spekulacje, na których równie łatwo można stracić – mówi Monika Szlosek. – W mojej ocenie, jeśli chodzi o długoterminowe inwestycje, pozwalające naszym pieniądzom pracować przy jednoczesnym ograniczaniu ryzyka straty, zdywersyfikowany portfel funduszy jest najlepszym wyborem – dodaje.

Bartek CiszewskiSondaż DB: W co warto inwestować
read more

Analitycy: To dobry moment na zabezpieczone i długoterminowe inwestycje w akcje międzynarodowych firm

Największe banki centralne świata stymulują rynki wyjątkowo luźną polityką monetarną. Rośnie popyt, a inflacja pozostaje niska, co pozwala firmom zwiększyć sprzedaż i marże. Wyjątkowa sytuacja sprawia, że analitycy spodziewają się silnego wzrostu wartości międzynarodowych korporacji. To może być dobry moment na umiejętną inwestycję w tego typu aktywa.

Zdarza się, że inwestując lokalnie odczuwamy negatywne skutki wydarzeń w najbardziej odległych zakątkach świata. Kupując akcje na warszawskiej giełdzie możemy starannie analizować wyniki finansowe i perspektywy polskich spółek, trafnie wybrać te najlepsze, a mimo to stracić pieniądze z powodu nieoczekiwanego załamania koniunktury gdzieś po drugiej stronie oceanu. Istnieje jednak możliwość wyrównania szali i wykorzystania szans, które przynosi globalizacja.
Europa rozwija się znacznie wolniej niż Stany Zjednoczone, a te rozwijają się znacznie wolniej niż np. Azja Południowo-Wschodnia, gdzie według prognoz Banku Światowego PKB ma się zwiększyć aż o 6 procent w 2015 roku. Za wzrostem gospodarczym podążają ceny akcji. Potencjał globalnej koniunktury wykorzystują natomiast najlepiej międzynarodowe korporacje. Można zaobserwować splot kilku czynników pozwalających sądzić, że inwestycja w tego typu akcje może mieć duży potencjał zysku.

Prognozy dla gospodarki są optymistyczne

Ekonomiści spodziewają się utrzymania dobrej koniunktury na rozwiniętych, globalnych rynkach akcji. Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje nawet 3,6 procent wzrostu PKB w Stanach Zjednoczonych w 2016 roku. Strefa euro będzie rozwijać się wolniej, ale i na starym kontynencie przyspieszenie ma być bardziej odczuwalne. Analitycy Deutsche Bank prognozują dla tego regionu od 1,2 do 1,4 procenta wzrostu w tym i w kolejnym roku.

prognoza-pkb-w-skali-globalnej
Poprawę koniunktury zapowiadają również indeksy wyprzedzające m.in. indeks menedżerów logistyki PMI. – Rynkom akcji sprzyja luźna polityka monetarna głównych banków centralnych. Tempo wzrostu na starym kontynencie powinno przyspieszyć dzięki niskim stopom procentowym – zauważa Tomasz Kowalski, Dyrektor Biura Analiz i Doradztwa Inwestycyjnego KBC TFI. – Dodatkowo obawy o deflację skłoniły Europejski Bank Centralny do rozpoczęcia w marcu kolejnego programu skupu aktywów w ramach tzw. quantitative easing, które ma zakończyć się dopiero we wrześniu 2016, a bank już teraz zastrzega sobie możliwość jego przedłużenia – dodaje.

Takie decyzje EBC prędzej czy później powinny odbić się pozytywnie na rynku akcji. W Stanach Zjednoczonych co prawda FED zakończył skup w ramach QE, ale stopy procentowe powinny pozostać na historycznie niskich poziomach. Również bank centralny Japonii próbuje wesprzeć tamtejszą gospodarkę luźną polityką monetarną.

– Tak agresywna polityka pieniężna z dużym prawdopodobieństwem może prowadzić do wzrostu cen aktywów, jednak jak na razie poprawa tempa światowego wzrostu gospodarczego powinna odbywać się przy niskiej inflacji – mówi Piotr Tukendorf, doradca inwestycyjny, Biuro Maklerskie Deutsche Bank. – Wraz ze wzrostem gospodarczym rośnie popyt na wytwarzane towary i usługi, a niska inflacja oznacza brak presji kosztowej. Można się spodziewać, że pozwoli to firmom zwiększyć zarówno sprzedaż, jak i marże – dodaje.

Jednocześnie środowisko niskich stóp procentowych to niski koszt finansowania i dostęp do taniego kapitału. To kolejny argument za wzrostem zysków przedsiębiorstw w skali globalnej. Ponadto, obecna kondycja finansowa spółek jest na tyle dobra, że jeśli bieżące wyniki poprawią się, będą mogły sobie pozwolić na wypłatę dywidend i skup akcji własnych, a to wyjątkowo intratne decyzje dla udziałowców.

Obecna cena akcji międzynarodowych firm może być bardzo atrakcyjna

Mimo tak wielu sygnałów zwiastujących dobrą koniunkturę, ceny akcji międzynarodowych korporacji wciąż nie są wygórowane. W przypadku MSCI All Country World Index, na który składa się ponad 1600 spółek giełdowych z całego świata, wskaźnik ceny do zysku wynosi 17,5. Na najbliższe lata prognozowany jest jego spadek z powodu wzrostu zysków. Według konsensusu prognoz na 2015 rok zebranych przez agencję Bloomberg dla spółek wchodzących w skład indeksu MSCI ACWI wskaźnik ceny do zysku wynosi 16,7.

Z kolei wskaźnik ceny do wartości księgowej, uznawany przez niektórych za bardziej przydatny przy wycenie akcji, jako mniej podatny na wahania koniunkturalne, wynosi obecnie dla MSCI ACWI 2,1. – Oznacza to, że cena jaką średnio inwestorzy płacą za spółki wynosi zaledwie nieco ponad dwukrotność ich wartości księgowej. Należy mieć na uwadze, że są to spółki, które przetrwały próbę czasu, mają swoją ugruntowaną pozycję rynkową i klientów, oraz przynoszą zyski – mówi Tomasz Kowalski z KBC TFI. – W ujęciu historycznym, obecna wartość tego wskaźnika znajduje się istotnie poniżej średniej z ostatnich lat. Akcje nie są wycenione wysoko i nadal są atrakcyjne dla inwestorów – dodaje.

cena-akcji-miedzynarodowych-firm

Alternatywy dla akcji nie zachwycają

Ważnym elementem w ocenie atrakcyjności inwestycyjnej danej klasy aktywów jest ich porównanie z innymi. W przypadku akcji zestawia się je zwykle z obligacjami oraz instrumentami rynku pieniężnego. W sytuacji praktycznie zerowych stóp procentowych w USA i w strefie euro depozyty bankowe przynoszą realnie, po odliczeniu inflacji, stratę. Z kolei rentowności obligacji skarbowych są na poziomach zbliżonych do stopy dywidendy, jaką płacą spółki.

– To przemawia na korzyść rynku akcji tym bardziej, że kontynuacja poprawy koniunktury gospodarczej zwiększa ryzyko dla inwestujących w papiery skarbowe – mówi Piotr Tukendorf, doradca inwestycyjny, Biuro Maklerskie Deutsche Bank. – Wcześniej czy później utrzymujący się wzrost gospodarczy spowoduje wzrost stóp procentowych i tym samym spadek cen obligacji, czyli wzrost rentowności – dodaje.

Globalne akcje dla każdego i to z ograniczonym ryzykiem

Wśród polskich inwestorów akcje międzynarodowych firm są wciąż mało popularne. Głównym problemem jest bariera wejścia. Indywidualni inwestorzy rzadko kiedy mają wystarczającą wiedzę i kapitał. Dlatego na bardziej rozwiniętych rynkach finansowych masowi klienci najczęściej angażują się w globalne rynki za pośrednictwem funduszy.
Drugą przeszkodą jest bariera psychologiczna. Polscy inwestorzy wciąż pamiętają załamanie światowych rynków z 2008 roku i rozmiar strat, jakie można było w tym czasie ponieść angażując się w agresywne aktywa. Aby ją przełamać, wprowadzono fundusze z ograniczonym ryzykiem straty. Pozwalają one kupować akcje globalnych spółek, jednocześnie ograniczając maksymalną stratę do zaledwie 10 proc. zainwestowanego kapitału.

Dzięki mechanizmowi Constant Proportion Portfolio Insurance (CPPI), fundusz zabezpiecza 90 proc.  zainwestowanych aktywów netto na koniec każdego roku, nawet w przypadku załamania się rynków. Zarządzający dobierają automatycznie proporcje inwestycji w zależności od aktualnej sytuacji rynkowej. W przypadku sprzyjającej koniunktury angażują nawet 100 proc. inwestycji w  ryzykowne ale i z dużym potencjałem zysku fundusze akcyjne a nawet instrumenty pochodne. Jeśli rynki wyhamowują, zarządzający kupują uważane za bezpieczniejsze fundusze obligacyjne i pieniężne.

Na polskim rynku produkt stosujący taki mechanizm pojawił się w ofercie Deutsche Bank. – Polacy są bardzo wymagający wobec produktów inwestycyjnych. Oczekują wysokich stóp zwrotu  przy ograniczonym ryzyku straty. W dobie rekordowo niskich stóp procentowych fundusze z mechanizmem CPPI są jedną z niewielu form inwestycji spełniających te warunki – mówi Piotr Tukendorf, doradca inwestycyjny, Biuro Maklerskie Deutsche Bank.

Subskrypcja Subfunduszu Global Partners KBC Strategy 90 April, zarządzanego przez KBC Asset Management w Luksemburgu i reprezentowanego w Polsce przez KBC TFI SA, jest dostępna do końca kwietnia. Fundusz ma charakter otwarty, dzięki czemu wejście, jak i wyjście z inwestycji możliwe jest każdego dnia roboczego. Obecnie cena tytułu uczestnictwa wynosi 100 zł, a poziom zabezpieczenia aktywów określony jest na 90 zł. Jeśli po  roku wartość tytułu uczestnictwa wzrośnie np. do 120 zł, wówczas ustanowiony zostanie nowy poziom zabezpieczenia aktywów i w kolejnym roku obejmie 108 złotych (90% ze 120 zł). Minimalna wartość inwestycji wynosi 5 tys. zł, natomiast górny próg nie został określony. W okresie subskrypcji uczestnicy Subfunduszu Global Partners KBC Strategy 90 April mają dodatkowo możliwość zdeponowania środków na lokacie z oprocentowaniem 3 proc. w skali roku.

Subfundusz typu CPPI Global Partners KBC Strategy 90 April inwestuje do 100 proc. aktywów w fundusze pieniężne, obligacyjne i akcyjne zarządzane przez podmioty z Grupy KBC. Może też w ograniczonym stopniu wykorzystywać instrumenty pochodne. Część złożona z obligacji i instrumentów rynku pieniężnego służy stabilizacji i zabezpieczeniu wypracowanej stopy zwrotu. Z kolei część akcyjna w zdecydowanej mierze odpowiada za osiągnięcie przez subfundusz satysfakcjonującego zysku.

– Spółki, w które subfundusz inwestuje pośrednio poprzez inne fundusze to w większości ponadnarodowe korporacje, oferujące swoje produkty i usługi na wielu rynkach. Ze względu na dywersyfikację geograficzną, wyniki finansowe tych spółek nie zależą jedynie od koniunktury gospodarczej w pojedynczym kraju – tłumaczy Tomasz Kowalski, Dyrektor Biura Analiz i Doradztwa Inwestycyjnego KBC TFI. – Mamy nadzieję, że Polacy odkryją inwestycje w międzynarodowe firmy i w ten sposób zaczną również korzystać z globalizacji, skoro już teraz często ponoszą jej negatywne skutki.

Bartek CiszewskiAnalitycy: To dobry moment na zabezpieczone i długoterminowe inwestycje w akcje międzynarodowych firm
read more

Ich rodzice nie musieli tego robić, lecz dla młodych Polaków może to oznaczać być albo nie być na emeryturze

Zmiany demograficzne odwróciły do góry nogami finansową rzeczywistość Polaków. Obecni 20- i 30-latkowie powinni narzucić sobie obowiązek, którego nie musieli spełniać ich rodzice – samodzielnie oszczędzać na emeryturę. Nie muszą to być duże kwoty, jednak systematyczne odkładanie nawet niewielkiej sumy, to czynność, bez której pokolenia Z, X, Y, Alfa i kolejne, czeka ponura przyszłość – przekonują ekonomiści.

W Europie Zachodniej, USA czy Japonii wiedzą już o tym od dawna. Zaczyna się mówić nawet o nadmiarze prywatnych oszczędności na rynku (ang. savings glut). Lata zależności od powszechnych ubezpieczeń społecznych stępiły w Polakach ten instynkt. Ale sytuacja się zmienia. Zaczynamy oszczędzać coraz częściej, a grupami najczęściej inwestującymi w fundusze są obok osób powyżej 60. roku życia ci, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy – wynika z najnowszych badań Deutsche Bank.

Oszczędzanie jak oddychanie

W XX wieku liczba ludzi żyjących na świecie podwoiła się. W XXI wieku do tego najprawdopodobniej nie dojdzie, bo rodzi się dużo mniej dzieci, natomiast podwoi się liczba osób starszych niż 65 lat. Jak wynika z prognoz ONZ może to nastąpić w ciągu następnych 25 lat.  Obecnie na całym świecie żyje około 600 milionów osób w wieku ponad 65 lat. To 8 proc. wszystkich ludzi. W 2035 roku będzie ich już 1,1 miliarda, czyli 13 proc. populacji globu. W 2010 roku na 100 dorosłych w wieku 25-64 przypadało 16 emerytów. W 2035 roku będzie już ich 26 procent. W najtrudniejszej sytuacji znajdą się najbardziej rozwinięte gospodarczo kraje, jak Niemcy czy Japonia, gdzie już za 20 lat na 100 pracujących przypadnie ponad 60 emerytów. W Polsce proporcja ta utrzyma się w granicach 3 pracujących na jednego emeryta.

Przyczyną jest mniejsza liczba narodzin, ale też rosnąca oczekiwana długość życia. W Polsce wzrosła ona w ciągu zaledwie 12 lat o prawie 5 lat dla 30-letnich kobiet i o 6 lat dla 30-letnich mężczyzn. Jak poradzi sobie z tym nasza cywilizacja?
Ponieważ prognozy dotyczą masowych zjawisk w perspektywie wielu lat, hipotezy są różne. Niektórzy ekonomiści zakładają, że przystosujemy się do zmian i ludzie w wieku ponad 65 lat będą z powodzeniem wciąż na siebie zarabiać. Obecnie zakładamy, że po 65. roku życia się nie pracuje, tymczasem jest wiele zajęć, które można z powodzeniem wykonywać w bardziej zaawansowanym wieku. Dla przykładu w Stanach Zjednoczonych pracuje obecnie co piąta osoba w wieku ponad 65 lat, podczas gdy jeszcze 15 lat temu było to zaledwie 13 procent. Pracuje też prawie połowa Niemców w wielu 60-65 lat.

– Zdolność do dłuższej pracy jest silnie powiązana z wykształceniem i jest jeszcze jednym z argumentów za tym, żeby uczyć się jak najdłużej – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej, Deutsche Bank. – Praca do późnej starości nie przez wszystkich traktowana jest jako zło konieczne. Jednak jeśli chcielibyśmy w późniejszym wieku odpocząć od zawodowej kariery, musimy o to zadbać sami. I to im wcześniej tym lepiej. Jeśli odpowiednio wcześnie młodzi zaczną systematycznie oszczędzać nawet niewielkie kwoty, najprawdopodobniej w wieku 50-60 lat będą mogli sami wypłacać sobie dodatkową  emeryturę – dodaje.

Fundusze lepsze w długim terminie od lokat

Coraz więcej Polaków zdaje sobie sprawę z tego, że w znacznym stopniu muszą sami zatroszczyć się o swoją emeryturę. W ciągu roku liczba osób deklarujących oszczędzanie na ten cel poza systemem obowiązkowych ubezpieczeń społecznych wzrosła o jedną trzecią, według danych z raportu Deutsche Bank „Portret Finansowy Polaków”. Niezależnie od tego, czy robią to czy nie, ponad 70 procent ankietowanych jest skłonnych odkładać na emeryturę.

Najpopularniejszym produktem oszczędnościowym pozostają depozyty bankowe. Nie zmienia tego aktualna sytuacja rynkowa, która powoduje, że oprocentowanie lokat nie spełnia oczekiwań większości z nas. Rekordowo niskie stopy procentowe NBP sprawiły, że średni zysk z lokat terminowych, po uwzględnieniu 19-procentowego podatku, sięga dwóch procent w skali roku. Jak wynika z sondażu Deutsche Bank, jest to poziom satysfakcjonujący dla zaledwie 4 procent Polaków.

Aż 41 proc. respondentów badania spodziewa się znacznie większego, bo ponad 6-procentowego  zysku na lokacie. – Mając na uwadze obecną sytuację na rynku pieniężnym i historycznie niskie stopy procentowe, oczekiwania te wydają się nierealne – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej, Deutsche Bank. – Są natomiast inne produkty finansowe, które pozwalają osiągnąć taki zwrot z inwestycji. Najbardziej podstawowym i dostępnym już przy bardzo niskich kwotach wpłat są fundusze inwestycyjne – dodaje.

wiek-inwestujacych-w-funusze

Popularność funduszy różni się znacznie w zależności od wieku. Co ciekawe, swoje oszczędności najchętniej lokują w nich  osoby w wieku powyżej 65 lat, oraz najmłodsza grupa zarabiających, w wieku od 25 do 35 lat. – To bardzo pozytywny trend. Osoby, które dopiero wchodzą na rynek pracy przeważnie nie mają jeszcze zbyt dużych nadwyżek finansowych, ale mają za to czas na budowę kapitału – zauważa Monika Szlosek. – Zaletami funduszy inwestycyjnych, które są istotne z perspektywy młodych ludzi, a jednocześnie nie są przez nich dostrzegane, są łatwy dostęp do  środków  i możliwość wpłaty niewielkich kwot – dodaje.

Zaledwie 8 procent ankietowanych wskazało łatwość wpłat i wypłat jako atut funduszy inwestycyjnych. Tymczasem polski rynek stał się na tyle konkurencyjny, że niektóre banki zrezygnowały z jakichkolwiek prowizji od zakupu jednostek. Dzięki temu w odróżnieniu od tych na lokatach terminowych, z oszczędności trzymanych w funduszach można skorzystać w każdej chwili, nie tracąc wypracowanych zysków. Deutsche Bank poszedł krok dalej i w ramach promocji wypłaca klientom 1 proc. kwoty  zainwestowanej w fundusze. Maksymalny zwrot to nawet 20 tys. zł (przy wpłacie 2 mln zł), ale na bonus można liczyć już przy zakupie jednostek za 5 tys. zł.

Nawet niewielkie kwoty zapracują na emeryturę

Co trzeci Polak kojarzy fundusze z inwestycją długoterminową. To dla nas dużo bardziej charakterystyczna cecha tego produktu niż np. “duże zyski”, które wskazało zaledwie 11 procent ankietowanych. Z inwestycją w długim horyzoncie kojarzy TFI aż 48 proc. zarabiających powyżej 5 tys. zł. – Oszczędzanie pieniędzy w funduszach w perspektywie kilku, kilkunastu a nawet kilkudziesięciu lat nie tylko pozwala maksymalizować zyski, ale też zmniejsza ryzyko straty – mówi Monika Szlosek z Deutsche Bank.

Aż 46 proc. Polaków posiadających jednostki uczestnictwa w TFI dokonała zakupu jednorazowo. Zaledwie co trzeci kupuje je regularnie. Dzięki  rozłożeniu transakcji w czasie, można uwolnić się od efektu chwilowych wahań wartości jednostek – tłumaczy Monika Szlosek z Deutsche Bank. -  Ważna jest systematyczność oszczędzania. Odkładając nawet niewielką kwotę co miesiąc nie tylko budujemy kapitał, ale też dywersyfikujemy ryzyko kupna „na górce” – dodaje.

Tymczasem regularne odkładanie nawet tak niewielkiej kwoty jak 200 złotych miesięcznie w perspektywie kilkudziesięciu lat może przynieść znaczące oszczędności. Deutsche Bank przeprowadził trzy symulacje dla trzech różnych grup funduszy. Nie uwzględniają one opłat za nabycie funduszy oraz podatku od zysków kapitałowych. – Symulacje różnią się od siebie stopniem ryzyka, a co za tym idzie i potencjalnym zwrotem z inwestycji – tłumaczy Monika Szlosek. – To jedynie teoretyczne symulacje. W praktyce najlepiej byłoby łączyć wszystkie trzy strategie – dodaje.

fundusze-akcji

Wybierając najbardziej agresywną z nich i inwestując 200 zł miesięcznie przez 40 lat w fundusze akcji można zaoszczędzić ponad pół miliona złotych. Kluczem jest czas i mechanizm procenta składanego, jako że odsetki doliczane są do pracującego na zysk kapitału. Pierwsze 200 zł wpłacone przez obecnego 25-latka może  pracować na jego emeryturę co najmniej 40 lat.

fundusze-rynku-pienieznego

Z kolei jedne z najbezpieczniejszych fundusze gotówkowe i rynku pieniężnego dają mniejszy potencjalny zysk. Analitycy Deutsche Bank oszacowali go na 3 procent w skali roku. Na przestrzeni lat zwrot z inwestycji ma więc dużo mniejszy potencjał, jednak mniej prawdopodobne są też wahania cen jednostek. Wciąż systematyczność i procent składany sprawiają, że 200 zł może urosnąć do pokaźnej sumy 185 tys. złotych.

W przypadku funduszy akcji, chociaż w długim okresie można liczyć na pokaźne zyski, w krótszym, kilkuletnim może dojść do silnej przeceny na rynku, a wartość zainwestowanych oszczędności może spaść. Jeśli okaże się, że pieniądze będą nam potrzebne i będziemy musieli wycofać środki, ryzykujemy stratę.fundusze-mieszane

Kompromisem pomiędzy dwiema skrajnym strategiami jest zakup jednostek funduszy mieszanych stabilnego wzrostu. Szacuje się, że w długim okresie średnioroczny zysk z takiej inwestycji wyniesie 5 procent. To w połączeniu z systematycznymi wpłatami pozwala uzbierać ponad 300 tys. złotych na czas emerytury.

– W obliczu nadchodzących zmian demograficznych, coraz większej oczekiwanej długości życia, tylko własny kapitał zapewni przyszłym emerytom zasobną starość. Fundusze inwestycyjne są produktem finansowym, który doskonale się do tego celu nadaje – mówi Monika Szlosek z Deutsche Bank.

Bartek CiszewskiIch rodzice nie musieli tego robić, lecz dla młodych Polaków może to oznaczać być albo nie być na emeryturze
read more

Micro Moments – rewolucja, której nie możesz przespać

W świecie deweloperów aplikacji mobilnych to jeden z najważniejszych trendów bieżącego roku. Ogromne wyzwanie, ale i szansa dla wszystkich uczestników rynku: producentów sprzętu i oprogramowania oraz użytkowników. Na czym polegają “mikrochwile” i co oznaczają dla firm i organizacji, które wykorzystują aplikacje mobilne w marketingu?

clocks

Nasze zachowania zmieniają się pod wpływem technologii. Jak zauważają autorzy książki “The Mobile Mind Shift”, tytułowy “mobilny mózg” działa inaczej niż ten sprzed ery smartfonów. Koncentruje się jedynie na chwilę, by tu i teraz wykonać zadania. Podejmuje szybkie decyzje, które chce egzekwować natychmiast. Szuka jednoznacznych odpowiedzi. Jak dojadę? Ile lat ma ten aktor? Gdzie w pobliżu zjem obiad? Ile to powinno kosztować? Co inni sądzą na temat tego produktu?

Kilka sekund, za to kilkadziesiąt razy na dobę

Aby zrealizować te potrzeby, wchodzimy w szybkie interakcje z narzędziami – zazwyczaj z przeglądarką albo aplikacją mobilną. Zwykle trwają one zaledwie kilka sekund. – Proste impulsy, jak powiadomienia, dźwięki czy nawet bodźce dotykowe, skłaniają konsumentów do podjęcia określonych działań zarówno na urządzeniach, jak i w świecie rzeczywistym. To są właśnie micro moments – piszą w prognozie trendów na 2015 rok analitycy Forrestera.

Nazwa może mylić. Mikrochwile mogą mieć ogromne znaczenie. Są rozproszone, ale składają w dziesiątki minut, nawet w godziny. Dzieje się tak dlatego, że zaglądamy do smartfonów coraz częściej. Wedlug należącego do Yahoo Flurry Analytics liczba najaktywniejszych użytkowników rośnie dużo szybciej niz pozostałych. W badaniu określono trzy grupy: “regularnych”, którzy korzystają z telefonu do 16 razy na dobę, “superużytkowników” – od 16 do 60 razy na dobę, oraz “uzależnionych” – korzystających ponad 60 razy na dobę. W ciągu roku liczba tych pierwszych zwiększyła się o 23 proc. do 784 milionów w skali świata, a tych ostatnich, aż o 123 proc. do 176 milionów. To bardzo wyraźny trend, którego nie można zignorować.

Tu i teraz, czyli w wielu różnych kontekstach

Jeszcze kilka lat temu ekscytowaliśmy się możliwością odnalezienia wszystkich informacji w internecie. One nadal tam są, jest ich nawet więcej, jednak zmienił się sposób, w jaki ich szukamy. Rozkład jazdy sprawdzaliśmy zawczasu, siedząc przed ekranem komputera, zanim wyszliśmy z biura. Wypatrzony w sklepie rower kupowaliśmy taniej w sklepie internetowym, ale dopiero po powrocie do domu. Wszystkie te czynności wykonywaliśmy w tym samym środowisku – w przeglądarce komputera osobistego.

W świecie mobilnym nadal z niego korzystamy, ale naprzemiennie ze smartfonem i tabletem, podłączonymi szerokopasmowo do internetu. Jak podała firma comScore, w styczniu urządzenia mobilne wygenerowały ponad połowę całego ruchu w amerykańskim internecie. Aż 47 procent wszystkich pobranych i wysłanych danych obsługiwały aplikacje, a 8 procent mobilne przeglądarki.

Współczesny odbiorca mediów przełącza się z jednego ekranu na drugi, wykonując różne czynności. Te interakcje zmieniają się w zależności od kontekstu, jednak naturalnie oczekujemy, że działanie podjęte na jednym urządzeniu będzie można kontynuować na innych.

Na desktopie w domu uzupełniamy listę zakupów, a w sklepie odczytujemy ją z telefonu, który możemy wykorzytać też do skanowania kodów i sprawdzenia informacji o produkcie. Nie zdziwi nas, jeśli przechodząc obok ekranu LCD w sklepie zobaczymy, co inni klienci sądzą o produkcie, który my dopiero zamierzamy kupić, bo nasza lista skontaktuje się z zamontowanym tam beaconem.

Korzystając z kolei z aplikacji serwującej wiadomości oczekujemy od niej, że sama do nas przemówi, kiedy coś się wydarzy, tak jak aplikacje społecznościowe, np. Facebook. Powiadomienia muszą być interaktywne i dostosowane do naszych oczekiwań. Dodatkowo chcemy mieć możliwość oceny artykułu, skomentowania go, polubienia albo udostępnienia innym. Na tym nie koniec. Aplikacja newsowa powinna też od razu prezentować wybrane posty z Twittera i Facebooka oraz pozwolić użytkownikom włączyć się do dyskusji, czy też wyjść z aplikacji i odebrać powiadomienie o nowym komentarzu za jakiś czas – na dowolnym urządzeniu.

Większość obecnych aplikacji popadnie w zapomnienie

Pulpity telefonów są pełne zainstalowanych aplikacji, ale większość z nich nie jest używana. Według Forrestera amerykański użytkownik smartfona korzysta średnio z 24 aplikacji w miesiącu, jednak aż 80 proc. czasu spędza na zaledwie pięciu. Jak łatwo się domyślić, dominują najwięksi: Facebook, YouTube, Mapy, Pandora i Gmail zabierają prawie 30 procent uwagi poświęconej wszystkim aplikacjom przez dorosłych użytkowników smartfonów.

Producenci aplikacji uczą się od najlepszych, jak angażować odbiorców. Według danych firmy analizującej rynek mobilny Localytics, podczas gdy w 2011 roku zaledwie 26 proc. aplikacji została użyta więcej niż 11 razy, już w 2014 roku odsetek ten wzrósł do 39 procent.

Jednak badania Nielsena sugerują, że tort do podziału nie może rosnąć w nieskończoność. Analitycy podejrzewają, że mogliśmy dotrzeć do górnego limitu. Mimo znacznego wzrostu średniego czasu spędzonego na używaniu jakichkolwiek aplikacji (z 23 do 30 godzin), liczba aplikacji wykorzystywanych choć raz w miesiącu pozostała bez zmian (średnio od 26 do 27). Jeśli rzeczywiście granica istnieje, oznacza to jeszcze większe korzyści dla tych, którzy znajdą się wśród aktywnie używanych aplikacji.

Jednym z poważniejszych problemów rynku twórców aplikacji jest od kilku lat tzw. fragmentacja. Chociaż wydawałoby się, że jest on starannie podzielony pomiędzy trzy czołowe ekosystemy, to ogromna liczba obsługiwanych w ich ramach urządzeń, szczególnie na platformie Android, różna jakość łącza internetowego oraz przede wszystkim różny kontekst korzystania z aplikacji sprawiają, że dostosowywanie się do każdego z tych parametrów z osobna stało się bardzo uciążliwe.

Dlatego w Dolinie Krzemowej okrzyknięto koniec “odizolowanych aplikacji”. Mają je zastąpić platformy, w których jeden proces może być obsługiwany przez szereg krótkich interakcji dokonywanych na różnych urządzeniach, w sposób zależny od kontekstu. Silnik aplikacji bedzie ten sam, lecz elastyczny interfejs zaadaptuje się do każdej sytuacji.

Katalizatorem tych zmian jest otwarcie się największych ekosystemów na zewnętrznych deweloperów. Zarówno Google, Apple, jak i Microsoft ścigają się w udostępnianiu coraz to nowych API, które silniej integrują zewnętrzne aplikacje z telefonem. Dla przykładu nowy iOS 8 pozwala zewnętrznym aplikacjom na współpracę ze sobą, dzięki czemu użytkownicy mogą wykonywać czynności w jednej za pośrednictwem innej. Zarówno Android jak i iOS8 pozwala już na obsługę aplikacji zewnętrznych z poziomu ekranowych powiadomień.

Do micro moments dostosowane są takie usługi jak Google Now czy Siri, które same próbują odgadnąć kontekst zadawanych przez użytkownika pytań. W najnowszych wersjach Androida czy iOS zewnętrzne aplikacje mogą być obsługiwane bezpośrednio z poziomu powiadomień telefonu.

Jak wykorzystać Micro Moments?

W wieloekranowym świecie aplikacje otrzymują wiele kilkusekundowych szans na zaangażowanie użytkownika. Trzeba je wykorzystać, aby dotrzeć do niego ze swoim przekazem. Trzeba połączyć pojedyncze chwile w historię. Każdy jej odcinek musi być dostosowany do kontekstu w jakim się pojawi, jednak za wszystkimi wariacjami interfejsu powinna stać jedna platforma, pozwalająca na kontrolę treści i spójny komunikat.

Odizolowane aplikacje nie spełnią tego wymogu. Muszą być umieszczone w ekosystemie dostępnym na każdym ekranie. Deweloperzy aplikacji muszą więc stworzyć platformę, w której z poziomu jednego panelu użytkownik będzie mógł obsłużyć wszystkie kanały, którymi może angażować odbiorców. Co więcej, na podstawie tych interakcji powinien być w stanie dostosować rozwiązanie do oczekiwań fanów, widzów czy klientów.

Co oznacza to dla firm wykorzystujących media do promocji swoich produktów i usług? Muszą jak najszybciej dostosować komunikację do micro moments. Warto trzymać się kilku podstawowych zasad:

– przekaz musi być dostępny w odpowiednim kontekście na każdym ekranie: laptopów, smartfonów, tabletów, zewnętrznych ekranów;

– aplikacje, które udostępniasz użytkownikom muszą być intearaktywne i angażujące. Powinny wysyłać im praktyczne powiadomienia i umożliwiać łatwą akcję (polubienie, głosowanie w ankiecie, komentarz);

– interakcje muszą odbywać się w czasie rzeczywistym. Klient musi od razu zobaczyć swój komentarz na ekranie sklepowym, a widz swoje polubienie na ekranie telewizora;

– inwestycja w aplikacje musi być efektywna kosztowo. Budowa własnych dedykowanych aplikacji na wszystkie platformy jest czasochłonna i kosztowna;

Micro moments są wyzwaniem dla deweloperów aplikacji, jednak dla firm i organizacji, wykorzystujących nowoczesne media dla content marketingu, są kolejnym trendem, w który trzeba się wpisać. Kto jako pierwszy odnajdzie się w nowej rzeczywistości, zyska przewagę nad konkurencją i zwiększy udziały w rynku.

photo: bjearwicke / freeimages.com

Bartek CiszewskiMicro Moments – rewolucja, której nie możesz przespać
read more

Wspólne inwestycje – holenderski wynalazek, który przyjął się na całym świecie

Nie każdego stać na to, by samodzielnie kupić udziały w perspektywicznym przedsiębiorstwie albo obligacje rządu dynamicznie rozwijającego się egzotycznego kraju. Jednak jeśli wielu indywidualnych inwestorów połączy siły, razem staną się wpływowym graczem na rynku. Nic dziwnego, że produkt finansowy oferujący takie rozwiązanie zrobił furorę. Fundusze inwestycyjne mają już ponad 240 lat i są jedną z najpopularniejszych form długoterminowego inwestowania.

Historycy nie mają pewności co do tego, kiedy pojawił się pierwszy fundusz inwestycyjny. Jednak wielu wskazuje na to, że pomysł zgromadzenia oszczędności wielu osób w jedną pulę, by w ten sposób skuteczniej pomnażać je i konkurować z najbogatszymi zrodził się w XVIII wieku w Holandii, w tym czasie stolicy handlu i finansów zachodniej cywilizacji. 

Sposób na dywersyfikację po kolejnym krachu

Najczęściej jako wynalazcę tego produktu wskazuje się holenderskiego kupca Adriaana van Ketwicha, który w 1774 roku zaczął sprzedawać jednostki uczestnictwa  w funduszu powierniczym pod hasłem Eendragt Maakt Magt, czyli „w jedności siła”. – Zachodnia Europa właśnie wychodziła z kryzysu finansowego. Ketwich chciał stworzyć narzędzie dywersyfikacji inwestycji, z którego mogliby korzystać także mniej zamożni, dysponujący mniejszym kapitałem. To idea, która zawsze przyświecała twórcom i klientom funduszy inwestycyjnych – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej, Deutsche Bank.

Fundusz Ketwicha starał się rozkładać ryzyko angażując się w różnych częściach Europy, a także w obu Amerykach. Inwestował w obligacje, nie w akcje (w tym czasie na giełdzie w Amsterdamie notowanych było zaledwie kilka spółek). Co ciekawe, z założenia nie inwestował w obligacje holenderskiego rządu, ani miast. Pierwszy fundusz inwestycyjny był więc funduszem zagranicznym.

– W dzisiejszym rozumieniu Eendracht Maakt Magt był funduszem zamkniętym, czyli miał określoną liczbę jednostek uczestnictwa, które ich posiadacze mogli dowoli odsprzedawać. W przeciwieństwie do dominujących obecnie funduszy otwartych, od których klienci kupują jednostki bezpośrednio – tłumaczy ekspert Deutsche Bank.

Kapitalizacja Eendracht Maakt Magt w momencie rozpoczęcia działalności wynosiła milion guldenów i była podzielona na 2000 jednostek wartych 500 guldenów każda. Funduszem zarządzało dwóch dyrektorów, którzy musieli trzymać się wytycznych inwestycyjnych zapisanych w statucie.

Z Holandii do USA

Chętnych do zdywersyfikowanych inwestycji w fundusze było wielu. Już na początku XIX wieku własne fundusze zaczął sprzedawać król Holandii Wilhelm I. Kolejne fundusze uruchamiano w Szwajcarii w 1849 roku, Szkocji pod koniec XIX wieku, wreszcie we Francji i Wielkiej Brytanii, skąd trafiły do Stanów Zjednoczonych.

To tam w czasach prosperity lat 20. XX w. inwestowanie w fundusze stało się powszechne. Pierwszy nowoczesny fundusz inwestycyjny Massachusetts Investors’ Trust powstał w 1924 rok w Bostonie. Konkurencja na rynku była coraz ostrzejsza. Cztery lata później pojawił się pierwszy fundusz bezprowizyjny, który nie pobierał opłat za transakcje. W tym samym roku działalność rozpoczął Wellington Fund, pierwszy fundusz skupujący akcje, a nie jak do tej pory inwestujący bezpośrednio w przedsiębiorstwa.

Coraz popularniejsze stawały się fundusze otwarte, które mogły emitować dodatkowe jednostki uczestnictwa. W 1929 roku w USA działało takich funduszy 19, wobec 700 zamkniętych. Jednak rychły krach na giełdzie odwrócił trend. Zamknięte fundusze zniknęły z rynku a ich miejsce zajęły mniejsze fundusze otwarte, które dominują do dzisiaj. W odpowiedzi na załamanie się Wall Street wprowadzono też regulacje rynkowe. Od tej pory działalność funduszy kontrolowała Komisja Papierów Wartościowych i Giełdy (SEC).

– Koniunktura na giełdzie zawsze sprzyja popularności funduszy inwestycyjnych. Wysoki zysk z tych najbardziej agresywnych działa na wyobraźnię. Jednak długoterminowo najlepiej na inwestycji wychodzili ci klienci, którzy dywersyfikowali swoje oszczędności – mówi Monika Szlosek z Deutsche Bank.

W latach 50. XX w. podczas powojennego boomu liczba otwartych funduszy w USA przekroczyła 100. W kolejnej dekadzie podwoiła się. Pojawiły się fundusze agresywne, nastawione na wzrost, kosztem większego ryzyka. Natomiast w 1971 roku powstał pierwszy fundusz indeksowy, których wartość zależała od wybranych indeksów giełdowych.

Symbol polskiego kapitalizmu

Lata 80. i 90. XX w. to prawdziwe apogeum popularności funduszy w Stanach Zjednoczonych. Zarządzający najlepszych z nich urośli do rangi gwiazd. To też czas, gdy fundusze inwestycyjne trafiły do Polski. Ich działalność umożliwiła wprowadzone 24 lata temu Prawo o publicznym obrocie papierami wartościowymi i funduszach powierniczych. Najstarszym TFI działającym w Polsce jest Pionieer TFI, które powstało w 1992 roku.

Obecnie w Polsce zarejestrowane są 23 Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych (dane z czerwca 2014), które łącznie udostępniają klientom detalicznym ponad 7100 różnego rodzaju funduszy, subfunduszy oraz funduszy zamkniętych. Aktywa jakimi zarządzają TFI to ponad 213 mld zł. Działa też na naszym rynku 6 zagranicznych funduszy inwestycyjnych, które łącznie zarządzają  aktywami  blisko 7 mld zł (dane na wrzesień 2014). Tylko w  ofercie Deutsche Bank znaleźć można ponad 700 lokalnych i zagranicznych produktów z oferty 18 TFI.

Niestety, mimo ponad 20 letniego doświadczenia, popularność funduszy w Polsce jest wciąż dużo mniejsza niż na Zachodzie. Największe polskie TFI PZU zarządza aktywami  przekraczającymi 22 miliardy złotych. Dla porównania amerykańskie BlackRock LTD., zarządza aktywami 4,1 bilionami dolarów.W Europie fundusze inwestycyjne zarządzają aktywami o wartości 7,8 bilionów euro. Ze względu na korzystne opodatkowanie prawie jedna trzecia tej kwoty należy do funduszy z siedzibą w Luksemburgu. Aktywa polskich funduszy  to tylko 0,3 proc. europejskich aktywów.

W Stanach Zjednoczonych co drugie gospodarstwo domowe inwestuje swoje środki za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych. W Polsce niecałe 2 miliony osób. – To zrozumiałe, z racji dużo krótszej historii funduszy. W ciągu dwóch dekad zdążyliśmy przeżyć zaledwie raz entuzjastyczne zachłyśnięcie się zyskami podczas giełdowej hossy i rozczarowanie podczas bessy, przypadających odpowiednio na lata 90. XX w. i później po 2008 r. Tymczasem  na bardziej dojrzałych rynkach inwestorzy przeszli przez te cykle wielokrotnie. Największą wartość tego typu inwestycji poznaje się w długim okresie, systematycznie lokując oszczędności w instrumenty różnego typu – zauważa ekspert z Deutsche Bank.

Popularność funduszy w Polsce stale rośnie. W lutym krajowe TFI pozyskały prawie 2 mld złotych, wynika z danych Analiz Online. – Nasze społeczeństwo coraz chętniej korzysta z tej formy inwestowania. Cieszy fakt, że jak wynika z naszych badań fundusze są popularne wśród Polaków zaczynających pracę zarobkową, w  przedziale wiekowym od 25 do 34 lat. To osoby, które na długoterminowych inwestycjach mogą zyskać najwięcej. I dla których samodzielne inwestowanie z myślą o przyszłej emeryturze jest nieodzowne – dodaje.

Bartek CiszewskiWspólne inwestycje – holenderski wynalazek, który przyjął się na całym świecie
read more

W rozwiązaniach “second screen” technologia powinna być przeźroczysta

placeit (13)

Angażowanie widzów za pośrednictwem aplikacji second screen nie jest celem, ale środkiem do zwiększenia oglądalności i stworzenia nowych kanałów przychodu dla nadawców. Najwyższy czas, aby przestali postrzegać je jako defensywną broń w walce o uwagę publiczności, lecz jako szansę.

Czy zdarzyło Ci się w czasie ulubionego programu sprawdzać pocztę, przeglądać Facebooka, szukać dodatkowych informacji na Wikipedii? Badania sugerują, że większość z Was powinna w tym momencie przytaknąć. Już czterech na pięciu widzów ogląda telewizję korzystając jednocześnie z drugiego ekranu, najczęściej smartfona, laptopa albo tabletu.

Kto miał okazję obserwować zachowanie nastolatków przed telewizorem, zauważy z kolei, że tylko od czasu do czasu odrywają wzrok od telefonu, gdy w TV dzieje się coś wyjątkowo ciekawego. W ich przypadku termin “second screen” nabiera innego znaczenia. Rozproszenie uwagi widza to nieodwracalny trend. Fala, która narasta z każdym pokoleniem.

Widzimy to śledząc statystyki naszych aplikacji. Te towarzyszące programom z młodą widownią są nie tylko popularniejsze, ale biją też rekordy zaangażowania. Podczas niedawnej emisji odcinka hitu wśród nastolatków użytkownik generował średnio aż 25 interakcji. Podczas godzinnego programu przeciętna długość sesji w aplikacji sięgała 28 minut! To prawie pół godziny nieprzerwanej interakcji widza z nadawcą na dwóch uzupełniających się ekranach jednocześnie.

Osią zaangażowania w naszych aplikacjach są quizy i ankiety w czasie rzeczywistym. Widz głosuje na występy uczestników konkursu, ocenia żarty prowadzących, wygląd gości. Użytkownicy mogą natychmiast sprawdzić, czy mają podobne zdanie co inni. Natomiast na ekranie telewizora pojawiają się wyniki ich głosowania a wraz z nimi zbiorowe emocje, bo od razu widać, czy werdykt jury zgadza się z oceną publiczności.

Te interakcje powodują spiralę zaangażowania. Kontrowersyjne decyzje jurorów, sprzeczne z vox populi, prowokują gwałtowny przyrost komentarzy na czacie oraz wzmianek dotyczących programu w mediach społecznościowych. Te pierwsze wciągają jeszcze mocniej w oglądane treści, te drugie są wirusową promocją nadawanego programu.

Co ciekawe, z naszych doświadczeń wynika, że apogeum zaangażowania wcale nie zbiega się z kulminacyjnym punktem nadawanego programu. Do eksplozji interakcji, sprawiających, że słupki rozsadzają nasze panele ze statystykami, dochodzi w regularnych odsępach… podczas emisji reklam. Znudzeni użytkownicy wpisują mechanicznie to, co widzą na ekranie. Na wyścigi zgadują nazwy reklamowanego produktu. Odruchowo stukają w ekrany smartfonów. To moment, w którym odpowiednio wykorzystana aplikacja second screen staje się żyłą złota. Dla reklamodawców i nadawców.

Połączenie telewizji z interaktywnym ekranem, wykorzystywanym już teraz przez widzów do czynności zakupowych, stwarza wiele możliwości: “zamów jazdę próbną!”, “kup podczas trwania programu o 15 proc. taniej”, “zobacz nasz katalog”! To szansa na skok, nadanie reklamie telewizyjnej nowego wymiaru użyteczności. Na zachodnich rynkach takie rozwiązania już są stosowane. Według badań Nielsena wśród amerykańskich widzów jedną z najpopularniejszych czynności “second screen” są zakupy.

Podczas emisji jednego programu użytkownicy naszych aplikacji wykonują w nich nawet pół miliona czynności. Jeśli chociaż kilka procent z nich nadawcy przekierują do sklepów swoich klientów, mają szansę otworzyć zupełnie nowe źródło przychodów. Nowoczesną reklamę rozliczaną w modelu efektywnościowym, ale powiązaną z siłą zbiorowego przekazu telewizyjnego: tu i teraz.

Jest jeszcze jedna ogroma korzyść płynąca z “second screen”, której nadawcy zdają się w pełni nie doceniać. Własne aplikacje dają możliwość poznania z osobna każdego zaangażowanego widza. Aby oddać swój głos albo wypowiedzieć się na czacie, użytkownik loguje się za pomocą Facebooka. W ten sposób udostępnia nam publiczne dane swojego profilu. Wiemy jak się nazywa, ile ma lat, skąd pochodzi, czym się zajmuje, jakie ma zainteresowania. Proste rozwiązanie obecne w internecie od wielu lat otwiera nowe możliwości segmentacji przekazu. Pozwala nie tylko z chirurgiczną precyzją śledzić zaangażowanie poszczególnych grup widzów, ale też buduje długoterminową bazę odbiorców, którzy zostaną z nadawcą po zakończeniu emisji programu.

W USA czy Europie Zachodniej rozwiązania “second screen” nabierają tempa. Towarzyszą praktycznie wszystkim ważniejszym programom. Polscy nadawcy dopiero zaczynają się do nich przekonywać. Jedną z głównych przyczyn są dosyć wysokie koszty wdrożeń. Budowa dedykowanych aplikacji jest czasochłonna. Co więcej producenci programów telewizyjnych otrzymują aplikację, nad którą nie mają kontroli. W takich warunkach trudno jest osiągnąć satysfakcjonujący zwrot z inwestycji, zwłaszcza że mamy do czynienia z innowacyjnym produktem, do którego reklamodawcy nie są jeszcze przyzwyczajeni.

Moim zdaniem przyszłość “second screen”, podobnie jak w przypadku innych technologicznych produktów związanych z zarządzaniem treścią, należy do platform pozwalających nadawcom na samodzielne budowanie aplikacji osobom bez umiejętności programistycznych. Technologia standaryzuje się, natomiast wyzwaniem staje się stworzenie atrakcyjnej dla odbiorców interakcji oraz nowatorskich produktów sprzedażowych dla klientów. To juz pole do popisu dla samych nadawców i ich ekip producenckich. Im szybciej zaczną eksperymentować z “drugim ekranem”, tym większe szanse na zdobycie unikalnego know-how i wypracowanie przewagi konkurencyjnej.

4screens to platforma do budowy interaktywnych aplikacji dostępnych na wielu ekranach (mobile, tablet, desktop, TV, digital signage). Oferuje rozwiązania przeznaczone dla nadawców TV (second screen), nadawców radiowych (jako narzędzie komunikacji ze słuchaczami), organizatorów eventów, w handlu detalicznym, jak również do promocji marki (content marketing). W Polsce z “second screen” dostarczonego przez 4screens korzystali m.in. 4funTV, TVP (m.in. “Voice of Poland”) oraz TVP (“You Can Dance” oraz “Kuba Wojewódzki”).

Bartek CiszewskiW rozwiązaniach “second screen” technologia powinna być przeźroczysta
read more

Sondaż: Polacy chętnie oszczędzają na lokatach, choć nie są zadowoleni z oprocentowania

Oszczędzanie na lokatach to czynność związana z finansami, którą na 2015 rok planuje najwięcej respondentów – wynika z najnowszych badań Deutsche Bank. Klienci polskich banków są mocno przywiązani do tej formy odkładania pieniędzy. Rekordowo niskie stopy procentowe nie zmieniły w większym stopniu naszych przyzwyczajeń, chociaż wielu z nas nie jest do końca usatysfakcjonowanych z osiąganych zysków.

Polacy traktują lokaty nie tylko jako sposób na powiększenie odłożonego kapitału w krótkim terminie. Wśród respondentów dominuje przekonanie, że depozyt to również najlepszy sposób na oszczędzanie w dłuższym okresie. Niemal 30 proc. spośród nich deklaruje, że gdyby chcieli zgromadzić większą sumę z myślą o odległej przyszłości, wybraliby właśnie lokatę, a kolejne 9 proc. produkt łączący lokatę z możliwością inwestowania w jednostki TFI. Druga najczęściej wskazywana odpowiedź to „rozwiązanie umożliwiające regularne oszczędzanie” (niemal 13 proc.).

clip_image002

Oprocentowanie lokat

Na lokacie terminowej oszczędza co czwarty respondent zapytany przez Deutsche Bank. Najlepiej oprocentowane depozyty przynoszą – według deklaracji badanych – najczęściej między 2,1 a 3 proc. zysku w skali roku. Taką opcję wskazało ponad 29 proc. osób posiadających ten produkt. Jedna czwarta z nich (24 proc.) deklaruje posiadanie lokaty oprocentowanej na poziomie 3,1-4 proc. rocznie. Co ciekawe, prawie 4 proc. ankietowanych wskazało, że oprocentowanie ich lokat przekracza 6,1 proc. To znacznie więcej niż w okresie poprzedzającym badanie oferowały banki na najlepiej oprocentowanych lokatach (według porównywarki finansowej Comperia.pl, najlepiej oprocentowana pozwalała wówczas zarobić 5 proc.).

Deklaracje respondentów, którzy wskazywali na zyski z lokat w wysokości przekraczającej 6,1 proc. pokazują, że odpowiadający albo nie wiedzą, ile faktycznie wynosi oprocentowanie ich depozytów, albo korzystają z produktów oszczędnościowych o naprawdę wieloletnim charakterze. Tego typu wartości próżno szukać w ofertach banków już od dobrych kilku lat, ponieważ są one zależne w dużej mierze od wysokości stóp procentowych, które są od dłuższego czasu bardzo niskie.

clip_image004

Chociaż większość badanych wyraziła zadowolenie z wysokości zysków, które przynoszą należące do nich lokaty (46 proc.), niemal równie duży jest odsetek osób, które życzyłyby sobie wyższego oprocentowania (44,5 proc.). Zapytani o to, jaki poziom byłby satysfakcjonujący przy obecnych warunkach rynkowych, aż 41,3 proc. respondentów wskazało odpowiedź „więcej niż 6,1 proc.”. Jedna piąta ankietowanych byłaby zadowolona z oprocentowania pomiędzy 4,1 a 5 proc.

clip_image006

Jak zaznacza Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej z Deutsche Bank, oczekiwane przez ankietowanych oprocentowanie lokat na poziomie powyżej 6 proc. jest w tej chwili całkowicie nierealne, a tego typu zysków trzeba poszukać w innych produktach dostępnych na rynku, w szczególności w rozwiązaniach inwestycyjnych. – Oferty lokat są konstruowane na podstawie bardzo wielu różnorodnych czynników, takich jak długość depozytu, tego czy oprocentowanie jest stałe czy zmienne, sposobu naliczania odsetek, wreszcie polityki samego banku. Najbardziej istotną kwestią jest jednak właśnie wysokość stóp procentowych – mówi. – Stopa bazowa, ustalana przez Radę Polityki Pieniężnej określa to, na jakich warunkach banki pożyczają pieniądze od NBP i ile otrzymują za swoje depozyty. W związku z tym obniżki stóp wpływają bezpośrednio na obniżenie oprocentowania lokat, a podwyżki na jego wzrost – dodaje Monika Szlosek.

Wysoka inflacja największym wrogiem zysków z lokat

To wcale nie oznacza, że w okresie, w którym stopy procentowe są rekordowo niskie jak obecnie, na lokatach nie da się zarobić. Obniżanie stóp przez RPP jest ściśle powiązane z sytuacją gospodarczą kraju. To, czy zarobimy, powierzając bankowi pieniądze, nie zależy jednak wyłącznie od wysokości oprocentowania. – Bardzo ważny jest również poziom inflacji, który jeśli jest wysoki, może skutecznie zniwelować nasze zyski – komentuje Monika Szlosek. – Ministerstwo Finansów zakłada, że w 2015 r. poziom inflacji w Polsce wyniesie 1,4 proc., a zatem nawet relatywnie niewielkie oprocentowanie, powinno być na tyle korzystne, że na lokatach będziemy mogli w dalszym ciągu zarabiać – mówi.

Fundusze zamiast lokaty, a może lokata z funduszami

Jak zaznacza Monika Szlosek, jeśli oczekujemy większego zysku, nie powinniśmy się ograniczać wyłącznie do takich produktów jak lokaty czy konta oszczędnościowe. – Warto rozważyć równocześnie skorzystanie z takich możliwości pomnażania kapitału jak inwestycje w fundusze, które obecnie w zależności od stopnia ich agresywności, mogą potencjalnie przynieść spore zyski – dodaje. Na rynku są też dostępne oferty pakietowe łączące bezpieczne lokaty bankowe z funduszami inwestycyjnymi. – Takie rozwiązanie pozwala w prosty sposób dywersyfikować oszczędności, stanowi też impuls do aktywnego inwestowania środków w dłuższym terminie – mówi ekspertka Deutsche Bank.

Kto wybiera lokaty?

Z sondażu Deutsche Bank wynika również, że o ile z możliwości zarobku na lokatach korzysta niemal identyczny odsetek kobiet i mężczyzn (odpowiednio 25,2 i 25,3 proc.), to deklaracje dotyczące posiadania lokat różnią się w zależności od wieku i miejsca zamieszkania respondentów. Spośród osób w wieku 25-34 lata w ten sposób oszczędza aż 37 proc. badanych. Najrzadziej pieniądze na depozytach odkładają najstarsi (65+) – ponad 15 proc. wskazań oraz najmłodsi (18-24), spośród których zaledwie co dziesiąty posiada bankową lokatę.

Zdaniem Moniki Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej z Deutsche Bank, w 2015 r. lokaty terminowe pozostaną nadal jednym z podstawowych produktów oszczędnościowych, wykorzystywanych przez Polaków. – Oczywiście niskie stopy procentowe powodują również nieco większe zainteresowanie innymi formami inwestowania kapitału, takimi jak zakup akcji giełdowych, czy wspomnianych już jednostek uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych – komentuje. – Mimo to, zdecydowana większość z nas ograniczy się zapewne do tych bardziej zachowawczych sposobów pomnażania oszczędności.

Bartek CiszewskiSondaż: Polacy chętnie oszczędzają na lokatach, choć nie są zadowoleni z oprocentowania
read more

Zamożni Polacy – nasz skarb narodowy

Bogacimy się jak nikt inny w Europie, ale różnice w dochodach są u nas wciąż mniejsze niż we Francji. Chociaż zamożny Polak ledwo dorównuje europejskiemu średniakowi, może sobie pozwolić na dobra luksusowe, inwestuje oraz oszczędza. Prawie milion osób płacących najwyższą stawkę PIT ma duże znaczenie dla stabilności gospodarki.

Zamożnych Polaków jest coraz więcej. Jeszcze sześć lat temu zarabiających co najmniej 85,5 tys. złotych brutto rocznie i płacących najwyższą stawkę podatku dochodowego było pół miliona. Ministerstwo Finansów szacuje, że do 2016 liczba ta zbliży się do miliona. Ich łączny dochód już teraz przekracza 130 miliardów złotych.

Powszechnie bogaci

Mowa tu nie o najbogatszych, bo takich w Polsce jest wciąż niewielu, lecz o grupie, którą określa się angielskim terminem „mass affluent”, czyli w wolnym tłumaczeniu „powszechnie zamożnymi”. Według „Global Wealth Databook 2014” w Polsce mieszka już ponad 50 tysięcy dolarowych milionerów, co daje jej 15. miejsce wśród wszystkich krajów świata. Jeszcze bardziej imponujące jest prognozowane tempo wzrostu ich liczby. Według szacunków Credit Suisse, już za pięć lat ma ich być w Polsce prawie 90 tysięcy. Więcej dolarowych milionerów pojawi się w tym czasie jedynie w Chinach, gdzie żyje ponad 1,3 miliarda ludzi.

clip_image002

W Stanach Zjednoczonych za „mass affluent” uznaje się osoby, które posiadają co najmniej milion dolarów płynnych aktywów. W Polsce zarabiających ponad 7 tys. złotych brutto miesięcznie. To mniej niż średnia płaca w krajach Europy Zachodniej. – Większe znaczenie niż nominalna kwota ma siła nabywcza zarobków. W Polsce jest taniej, więc osoby te mogą sobie pozwolić na luksusowe towary i usługi, a nadwyżki finansowe odkładają lub inwestują – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej w Deutsche Bank.

clip_image003

Mimo szybkiego tempa, w jakim Polacy się bogacą, zróżnicowanie dochodów nad Wisłą jest nadal mniejsze niż we Francji, Włoszech, Hiszpanii czy Wielkiej Brytanii, czyli w krajach rozwiniętych, które od lat większą wagę przywiązują do niwelowania różnic społecznych niż maksymalizacji wzrostu gospodarczego.

clip_image005

Jedną z przyczyn jest stabilny wzrost przeciętnego dochodu rozporządzalnego przypadającego na każdego Polaka. W ubiegłym roku wyniósł 1,3 tys. zł i był dwukrotnie wyższy niż dziesięć lat wcześniej, wynika z najnowszych danych GUS. W tym roku Polacy mają też więcej pieniędzy w portfelach, dzięki rosyjskiemu embargu na rodzime produkty rolne, które przyczyniło się do spadku cen żywności.

Rozsądny luksus

W przeciwieństwie do najbogatszych, dla których wysoka cena albo nie gra roli, albo jest dodatkową motywacją do zakupu, zamożni Polacy starają się kupować rozsądnie. Dlatego w poszukiwaniu okazji chętnie korzystają ze sklepów internetowych zarówno polskich, jak i zagranicznych. Aż 47 procent Polaków zarabiających co najmniej 5 tys. zł netto miesięcznie szukając okazji sprawdza ceny w internetowych porównywarkach, a 24 proc. korzysta z serwisów aukcyjnych, jak Allegro czy e-Bay, wynika z badania przeprowadzonego przez Deutsche Bank. Dzięki temu mają dostęp do wszystkich globalnych marek luksusowych. Prawie co czwarty ankietowany z tej grupy robi zakupy na wyprzedażach w tradycyjnych sklepach czy salonach samochodowych.

– Polscy konsumenci z grupy „mass affluent” chętnie korzystają z programów lojalnościowych powiązanych np. z kartami płatniczymi – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej w Deutsche Bank. – Chociaż są w stanie odłożyć znaczną część pensji każdego miesiąca, starają się uważnie kontrolować swoje finanse i ograniczać zbędne wydatki – dodaje.

Jak pokazują badania Deutsche Bank, osoby z tej grupy zarobkowej są najbardziej skłonne do oszczędzania, także długoterminowego, z myślą o przyszłej emeryturze. – Wynika to zarówno z większej świadomości problemów publicznego systemu ubezpieczeń społecznych, jak i zwyczajnie z większych możliwości finansowych – mówi Monika Szlosek.

Bezpiecznik gospodarki

Narodziny grupy „powszechnie zamożnych” zmieniają na naszych oczach polską gospodarkę. Firma doradcza KPMG przewiduje w raporcie „Rynek dóbr luksusowych w Polsce”, że w 2016 roku jego wartość wyniesie 13 miliardów złotych. Najbardziej dynamicznie będzie rósł rynek luksusowych nieruchomości oraz usług hotelarskich i SPA. Nieprzerwanie od 17 miesięcy rośnie też sprzedaż nowych samochodów osobowych.

Zakupy te mają nie tylko pozytywny wpływ na wyniki finansowe producentów i dystrybutorów. – Wzrost liczby zamożnych Polaków ma duże znaczenie dla całej gospodarki – mówi Arkadiusz Krześniak, główny ekonomista Deutsche Bank. – Grupa ta, choć stosunkowo niewielka, jest jednym z motorów popytu wewnętrznego, dzięki któremu mimo silnego spowolnienia w Europie Zachodniej, dynamika polskiego PKB prawdopodobnie wzrośnie w 2014 r. do 3,3 proc. z 1,7 proc. w 2013 r. , a w 2015 r. wyniesie 3,2 proc. – dodaje.

Dochody osób rozliczających się wg najwyższej stawki PIT okazały się bardziej odporne na spowolnienie gospodarcze niż te przedsiębiorców i osób samozatrudnionych. – Osoby te bezpośrednio lub częściej za pośrednictwem funduszy inwestują na GPW. Ich sytuacja finansowa stabilizuje płynność spółek na warszawskiej giełdzie i jest w pewnym stopniu antidotum na gwałtowne, nerwowe ruchy międzynarodowego kapitału – dodaje.

Warto też zaznaczyć, że w przeciwieństwie do wielu najbogatszych, którzy często majątek czerpią ze spółek zarejestrowanych zagranicą, 800 tys. zamożnych Polaków rozlicza się z rodzimym fiskusem.. Duża część z grupy „mass affluent” pracuje w międzynarodowych firmach, jednak ich prywatne zarobki zostają w kraju.

Bartek CiszewskiZamożni Polacy – nasz skarb narodowy
read more

Konferencja: Bankowcy kontra cyberprzestępcy – kto wygra zimną wojnę?

Przyszłość bankowości ściśle wiąże się z projektowaniem coraz doskonalszych narzędzi odpowiedzialnych za bezpieczeństwo. One muszą być integralną częścią wszystkich rozwiązań – mówi Jost Hoppermann, wiceprezes i główny analityk Forrester Research. O krok dalej poszedł Piotr Puczyński, CIO w Banku Gospodarstwa Krajowego, który namawia cały sektor do współpracy ponad podziałami. Powinniśmy odświeżyć ideę wspólnej pracy. Współdziałajmy  w kwestii bezpieczeństwa systemów – przekonuje.

Banki codziennie mierzą się z wyzwaniami związanymi z rozwojem technologii. Komunikacja pomiędzy instytucjami finansowymi i klientami odbywa się za pomocą coraz większej liczby platform. – Klienci banków są coraz bardziej wyedukowani, rośnie poziom wiedzy na temat usług finansowych. Technologia umacnia pozycję klienta, który obecnie z łatwością może zdobyć wiedzę o produktach i porównać oferty. Banki muszą umieć poruszać się w erze klienta. On jest kołem zamachowym zmian – stwierdził Jost Hoppermann, podczas wystąpienia otwierającego tegoroczną konferencję IT@BANK.

Omnichannel – naturalna droga rozwoju

W związku z postępującą cyfryzacją usług finansowych, banki muszą zmieniać sposoby zdobywania i utrzymywania klientów. Nowe kanały kontaktu i sprzedaży powinny odpowiadać na ewoluujące potrzeby konsumentów. – Sprzedaż urządzeń mobilnych od dłuższego czasu stale rośnie. Już dziś relatywnie rzadko używamy telefonu do dzwonienia. Przeciętny posiadacz smartfona rozmawia z jego pomocą zaledwie przez 12 minut i 6 sekund dziennie. Więcej czasu poświęca na przeglądanie stron internetowych – niemal 25 minut, korzystanie z social media – ponad 17 minut, a także słuchanie muzyki i gry – mówił Lubomir Stojek, Application Delivery Management, HP Software CEE.

To bardzo ważna informacja dla banków, chcących rozwijać ideę omnichannel. – To podejście „klientocentryczne” polegające na rozwinięciu bankowości wielokanałowej w taki sposób, by zmaksymalizować prostotę, wygodę i bezpieczeństwo korzystania ze wszystkich dostępnych kanałów – tłumaczył Bartłomiej Nocoń, dyrektor Departamentu Bankowości Elektronicznej Pekao S.A.

Zdaniem uczestników tegorocznego IT@BANK właśnie takie podejście wydaje się być przyszłością kontaktu z klientem. Pożądany cel to usprawnienie dystrybucji poprzez maksymalizację zadowolenia konsumenta. Jak to osiągnąć? – Powinniśmy nauczyć się efektywnie analizować dane, które klient sam nam dostarcza. Banki są wciąż na początku tej drogi. Jesteśmy daleko za firmami z innych branż, ale możemy się od nich uczyć – stwierdził Feliks Szyszkowiak, członek zarządu Banku Zachodniego WBK S.A.

Rozwój kanałów zdalnych wcale nie oznacza, że tradycyjne placówki bankowe znikną z naszych ulic. – Klienci są przywiązani do istnienia oddziałów. Kontakty personalne z pracownikami banku wciąż mają największy wpływ na poziom ich satysfakcji. To placówki dają możliwość zbudowania trwałej relacji klienta z bankiem – przekonywała Aleksandra Lubavs, Vice President, Marketing & Innovation, Diebold EMEA.

Cybersecurity – wyzwanie nie do przecenienia

Jedną z największych barier, które ograniczają rozwój bankowości internetowej oraz mobilnej są obawy klientów o bezpieczeństwo pieniędzy. Aż 60 proc. z nich uważa, że odpowiedzialność za tę kwestię spada wyłącznie na banki. Niestety, praktyka pokazuje, że najczęstszą przyczyną udanych cyberataków pozostaje nieprzestrzeganie przez klientów podstawowych zasad bezpieczeństwa w sieci. Jak to możliwe, skoro banki tak często informują, jak o nie dbać?

Ludzi trudno jest w sposób racjonalny przekonać, aby chcieli współpracować dla swojego własnego dobra. Najczęściej przesadnie wierzymy w swoje szczęście i nie doceniamy ryzyka. Argumenty logiczne dotyczące zagrożeń związanych z nowymi technologiami docierają zaledwie do 15 proc. odbiorców. Inni potrzebują argumentów psychologicznych – tłumaczył psycholog Jacek Santorski.

Samą komunikacją nie zmienimy ludzkiej natury. W sektorze bankowym i świecie wirtualnym powinniśmy się zorganizować i podzielić odpowiedzialność. Być może jest najwyższy czas by stworzyć wspólny, międzybankowy system, który pozwoli chronić rynek przed cyberprzestępczością – mówił Mariusz Kaczmarek, ekspert zajmujący się tą tematyką. O tym, że odpowiedzialność, dzisiaj leżąca po stronie klientów, w większym stopniu powinny wziąć na siebie banki mówili także Grzegorz Kuliszewski, wiceprzewodniczący Forum Technologii Bankowych oraz Piotr Puczyński, CIO w Banku Gospodarstwa Krajowego, który przypomniał, że banki nie jeden raz potrafiły wspólnie działać na rzecz rozwoju sektora. Przykładem efektów takiej współpracy jest choćby Krajowa Izba Rozliczeniowa S.A.

Innowacyjne rozwiązania to klucz do budowy lojalności klientów?

Pomimo rosnącego zagrożenia cyberprzestępczością, trudno wątpić, że nowoczesne technologie w dalszym ciągu w znacznym stopniu będą wpływać na zmiany naszych kontaktów z bankami. Prelegenci zgromadzeni na konferencji IT@BANK 2014 wskazali obszary, na których te zmiany mogą być szczególnie widoczne. O połączeniu tradycji z nowoczesnością mówił Piotr Głaska, Senior Product Manager, Huawei Polska, kreując wizję futurystycznej placówki bankowej. Łukasz Kosuniak, Enterprise Marketing Manager, Samsung Electronics Polska wskazywał, jak wykorzystanie nowych technologii może pomóc w pozyskiwaniu klientów i budowaniu ich lojalności.

Niezmiernie trudno jest określić jak będzie wyglądała nawet niezbyt odległa przyszłość bankowości. Rozwój technologii jest tak szybki, że trudno bez cienia wątpliwości stwierdzić, jakie trendy będą miały największy wpływ na rynek już za kilka lat. Pomimo to eksperci starają się przewidzieć i opisać zmiany, które nas czekają. Być może najlepiej udało się to Jostowi Hoppermannowi: Banki zmierzają w kierunku świata połączonych systemów. Rozwiązania mają nie tylko informować klientów, ale również ich angażować – wchodzić z nimi w interakcję.

Ranking najlepszych firm informatycznych IT@BANK 2014

Tworzenie innowacyjnych rozwiązań nie byłoby możliwe bez współpracy sektora bankowego z najlepszymi polskimi twórcami oprogramowania i integratorami IT. Organizatorzy konferencji IT@BANK 2014 już po raz siódmy postanowili nagrodzić najlepsze firmy informatyczne. Kapituła konkursu przyznała dwie nagrody specjalne, w kategoriach Produkt Roku i Wizjoner Rynku oraz trzy główne wyróżnienia. Produktem Roku ogłoszona została platforma handlowo-aukcyjna Aleo. Wyróżnienie Wizjoner Rynku otrzymał Michał Bolesławski, Wiceprezes ING Banku Śląskiego S.A., odpowiedzialny za wdrożenie platformy. Jury rankingu doceniło również jakość oprogramowania i usług dla sektora finansowego od Asseco Poland S.A. (I miejsce), potencjał rozwojowy na rynku lokalnym i za granicą Comarch S.A. (II miejsce) oraz wysoki poziom realizacji potrzeb banków przez VSoft S.A. (III miejsce).

Relację z konferencji, w tym komplet materiałów prezentowanych przez jej uczestników można znaleźć na stronie: www.aleBank.pl/ITBANK.

O IT@BANK:

IT@BANK to największa doroczna inicjatywa konferencyjna w Polsce poświęcona kwestiom
informatyki bankowej i gromadząca elitarne grono decydentów IT z banków, firm ubezpieczeniowych, SKOK-ów oraz firm technologicznych. Organizatorem konferencji jest Centrum Prawa Bankowego i Informacji, wydawca „Miesięcznika Finansowego BANK” – magazynu kadry menedżerskiej banków we współpracy z Radą Bankowości Elektronicznej oraz Forum Technologii Bankowych przy Związku Banków Polskich.

Konferencja IT@BANK uważana jest za jedną z najważniejszych ogólnopolskich imprez, prezentowane są na niej bowiem najnowsze technologie wykorzystywane w bankowym IT. O jej randze świadczy obecność kilkuset wybitnych ekspertów IT, naukowców oraz finansistów – głównie członków zarządów banków i innych instytucji finansowych.

Bartek CiszewskiKonferencja: Bankowcy kontra cyberprzestępcy – kto wygra zimną wojnę?
read more