Informacje Prasowe

Sondaż: Kantor, karta czy bankomat – co wybiera Polak na zagranicznych wakacjach?

Polacy na zagranicznych wakacjach zamiast płacić gotówką, coraz chętniej sięgają po karty płatnicze – tak wynika z najnowszego badania opinii przeprowadzonego przez Deutsche Bank. O ile, podobnie jak w latach poprzednich, największy odsetek ankietowanych wciąż posługuje się gotówką kupioną w polskim kantorze jeszcze przed wyjazdem, to popularność waluty wypłacanej z bankomatów, jest obecnie mniejsza niż przed rokiem. Niewykluczone, że to obecny w  mediach widok kolejek ustawiających się pod greckimi bankomatami wywołał – nie do końca uzasadnione – obawy o problemy z dostępem do gotówki podczas wakacji. Trend jest jednak wyraźny – wśród polskich turystów płatności bezgotówkowe zyskują na popularności.

Sezon urlopowy w pełni, co bardzo dobrze widać już na ulicach naszych miast. Z badań firmy Nielsen Polska, zleconych przez Mondial Assistance wynika, że ponad 15,8 mln Polaków wyjedzie w tym roku na wakacje – to o ponad milion więcej niż przed rokiem. Urlop za granicą spędzi 5 mln osób. Mimo że klientów biur podróży przybywa, tegoroczny sezon nie należy do łatwych dla branży. Najpopularniejsze do tej pory zagraniczne kierunki, takie jak Tunezja, czy Egipt, stały się zbyt niebezpiecznie dla turystów. Z danych Mondial Assistance wynika, że w tym roku wybieramy przede wszystkim takie kraje jak Grecja, Chorwacja czy Włochy.

Czy obecne zawirowania na rynku turystycznym mają wpływ na to, co robimy z naszymi pieniędzmi za granicą? W związku z sytuacją w Grecji, część turystów, którzy planowali tam wakacje obawiała się, sporych problemów z dostępem do gotówki, lub niemożności płacenia kartą w miejscowych sklepach czy restauracjach. Na szczęście okazało się, że wprowadzone niedawno dzienne limity dla wypłat gotówki z greckich banków, nie dotyczą zagranicznych turystów. Zatem nawet tam Polacy raczej nie powinni obawiać się o dostęp do swoich pieniędzy. Mimo to, jak pokazuje najnowsze badanie przeprowadzone przez Deutsche Bank, wielu z nas po prostu woli zabrać w podróż gotówkę kupioną w polskim kantorze jeszcze przed wyjazdem. Na taką odpowiedź wskazało nieco ponad 28 proc. ankietowanych (przed rokiem ponad 29 proc.).

jak płacimy na wakacjach

Zdaniem Moniki Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej w Deutsche Bank, nie da się ukryć, że ten wciąż ulubiony przez Polaków sposób posługiwania się pieniędzmi na wakacjach, jest w rzeczywistości najmniej wygodny i bezpieczny. – Podróż z portfelem wypchanym gotówką nie dość, że mało komfortowa, jest również bardzo ryzykowna – przestrzega. – Jeśli pieniędzy ma nam starczyć na cały wyjazd, oznacza to, że musimy zabrać ze sobą dość sporą sumę – mówi. – W oczywisty sposób narażamy się w ten sposób na kradzież lub utratę pieniędzy.

Monika Szlosek przypomina również, że jeśli zgubimy podczas podróży i pobytu za granicą gotówkę, lub staniemy się ofiarą kradzieży, pieniądze najprawdopodobniej stracimy bezpowrotnie. Tymczasem negatywne konsekwencje w przypadku utraty karty płatniczej, są zazwyczaj mniejsze. Oczywiście jeśli natychmiast po odnotowaniu tego faktu zastrzeżemy ją telefonicznie w naszym banku. – Warto dodać, że wiele kart, które Polacy mają w swoich portfelach, zapewnia swoim posiadaczom ubezpieczenie – mówi. – Dla przykładu, posiadacze kont dbNET i dbNET Biznes Deutsche Bank, objęci są usługą mySafety, która ułatwia proces blokowania, ochrony i odzyskiwania utraconych środków z konta – przypomina Monika Szlosek.

Dane pokazują, że karty płatnicze zyskały na popularności. Drugim najczęściej wskazywanym w badaniu Deutsche Bank sposobem dokonywania płatności za granicą, jest właśnie karta kredytowa. Odpowiedź ta uzyskała 27,5 proc. wskazań. Z kolei kartę debetową wybrało prawie 12 proc. respondentów. Przed rokiem było to odpowiednio 23 proc. i 9 proc. Z czego wynika ten wzrost? W opinii Moniki Szlosek, może to być element szerszego trendu, jakim jest postępująca popularyzacja płatności bezgotówkowych wśród Polaków. – Dzięki dość radykalnemu zmniejszeniu stawek interchange, zwiększyła się znacznie liczba miejsc w którym możemy posługiwać się na co dzień kartami – mówi. – Polacy bardzo chętnie korzystają również z płatności zbliżeniowych, co jest nie tylko wygodniejsze, ale i zazwyczaj znacznie szybsze niż płatność gotówką.

Tę opinie zdają się potwierdzać opublikowane niedawno dane NBP, z których wynika, że w I kwartale 2015 r., liczba działających w Polsce akceptantów kart zwiększyła się o 4,8 tys. do poziomu 168 tys. Nastąpił także wzrost liczby punktów handlowo-usługowych, które są przystosowane do akceptacji kart płatniczych. Na koniec marca 2015 r. było ich 312 tys., czyli w porównaniu do grudnia 2014 r. więcej o 6,5 tys. (wzrost o 2 proc.). Odnotowano również wzrost udziału terminali POS wyposażonych w funkcję zbliżeniową (o 4,1 punktu procentowego), do poziomu 76,4 proc. wszystkich terminali POS. Co prawda ten sam raport NBP pokazuje, że ogólna liczba kart płatniczych w naszych portfelach zmniejszyła się w tym okresie, ale trend ten może to być wynikiem polityki części banków, które szukając oszczędności, ograniczają liczbę wydawanych plastików.

Jeśli chodzi o karty płatnicze, to w naszych portfelach z reguły trzymamy karty debetowe, rzadziej kredytowe. Natomiast podczas wyjazdu za granicę, chętniej sięgamy po tę drugą opcję. Zdaniem Moniki Szlosek, respondenci wybierając taką właśnie odpowiedź, mogli mieć na myśli nie tylko samą czynność płacenia, ale także możliwość odsunięcia w czasie faktycznego rozliczenia płatności. – Dzięki karcie kredytowej, możemy pozwolić sobie podczas urlopu na więcej, co dla wielu jest kuszącą perspektywą. Warto też pamiętać, że posługiwanie się kartą kredytową, jest nieraz niezbędne, np. gdy chcemy wypożyczyć samochód lub wynająć pokój w hotelu na miejscu – komentuje.

Co czwarty badany przez Deutsche Bank (25 proc.) preferuje wypłatę gotówki z bankomatu na miejscu, w tym niemal 19 proc. szuka bankomatu, z którego pieniądze można wypłacić bez prowizji. Dla 6 proc. prowizja nie ma większego znaczenia. Odsetek respondentów, którzy korzystają z bankomatu zmniejszył się w porównaniu z ubiegłorocznym badaniem. Z bezprowizyjnej wypłaty chciało skorzystać wówczas niemal 21 proc., a z dowolnego bankomatu 9 proc. Polaków.

– To kolejny aspekt coraz bardziej widocznego przesunięcia preferencji płatniczych Polaków z gotówki w kierunku transakcji bezgotówkowych, co samo w sobie jest informacją pozytywną – ocenia Monika Szlosek. – Coraz częściej nie ma potrzeby pobierania gotówki, skoro w wielu wakacyjnych lokalizacjach, nawet tych bardziej egzotycznych, możemy bez problemowo płacić kartą. Niezależnie od tego, warto jednak przed wyjazdem upewnić się na wszelki wypadek, czy nasz bank oferuje bezprowizyjne wypłaty z zagranicznych bankomatów – radzi Monika Szlosek.

Najnowsze badanie potwierdza, że Polacy, mimo że nadal mocno konserwatywni jeśli chodzi o kwestie związane z płatnościami, powoli zaczynają doceniać zalety, jakie daje posługiwanie się kartami za granicą. – Wszystko wskazuje na to, że tendencja ta będzie się pogłębiać, a polski turysta z portfelem wypchanym lokalną walutą będzie coraz rzadziej spotykanym widokiem.

Bartek CiszewskiSondaż: Kantor, karta czy bankomat – co wybiera Polak na zagranicznych wakacjach?
read more

Jesteś lekarzem, stomatologiem, prawnikiem? Możesz liczyć na tańszy kredyt

Osoby wykonujące tzw. wolny zawód, takie jak dentyści, weterynarze, księgowi czy prawnicy najbardziej obawiają się zmian w przepisach prawnych i rosnących kosztów prowadzenia działalności. Większość nie brała nigdy kredytu. Gdyby się jednak na to zdecydowały, pieniądze z niego uzyskane przeznaczyłyby najchętniej na zmianę lub powiększenie gabinetu bądź biura i jego wyposażenie. To główne wnioski z badania przeprowadzonego przez Deutsche Bank wśród przedstawicieli wolnych zawodów.

Lekarz prowadzący własną praktykę, także stomatolog i weterynarz, prawnik – właściciel kancelarii, księgowy i doradca podatkowy, psycholog, architekt – co ich łączy? To profesje, które określa się mianem wolnych zawodów. Wszyscy oni posiadają specjalne uprawnienia, bez których nie mogliby wykonywać swojej pracy. Większość musi również przynależeć do odpowiedniego samorządu zawodowego. To właśnie tej specyficznej grupie przyjrzał się Deutsche Bank, w swoim najnowszym badaniu opinii.

Profesjonaliści walczą o klienta

Praca na swoim, to dla wielu osób najbardziej satysfakcjonujący sposób na zawodową karierę. Wielu profesjonalistów decyduje się na taki krok, mimo że nie zawsze jest to wybór najłatwiejszy. Przedstawiciele wolnych zawodów, podobnie jak pozostali przedsiębiorcy, muszą wciąż się rozwijać, aby skutecznie walczyć o klientów. Badanie Deutsche Bank pokazuje, jakie zdaniem tych osób są kluczowe aspekty dla ich działalności. Co trzeci badany wskazał (niecałe 34 proc.), że najważniejsze jest pozyskiwanie nowych rynków zbytu dla świadczonych usług. Jedna czwarta ankietowanych (ponad 23 proc.) wybrała rozszerzanie wachlarza oferowanych usług. Dla 14 proc. najistotniejsze jest lepsze wyposażenie biura lub gabinetu, a nieco ponad 8 proc. jego lokalizacja. Dostęp do zewnętrznego finansowania jest kluczowy dla niespełna 8 proc. respondentów.

Kluczowe aspekty dla rozwoju działalności

Na pozyskiwanie nowych rynków zbytu dla swoich usług najczęściej wskazywali przedstawiciele branży informatycznej (54 proc.), consultingowej (47 proc.) i prawnej (43 proc.). Z kolei poszerzenie oferty wybierali najczęściej psychologowie (42 proc.). Natomiast wśród lekarzy i stomatologów najbardziej kluczowa była kwestia lepszego wyposażenia biura lub gabinetu.

Zdaniem Waldemara Jarka, Dyrektora w Deutsche Bank odpowiedzialnego za rozwój oferty kredytowej dla klientów indywidualnych i mikro-przedsiębiorców, badanie Deutsche Bank udowadnia, że podstawowe kwestie, takie jak np. chęć wyprzedzenia konkurencji, są wspólne i dla osób wykonujących wolne zawody i dla pozostałych przedsiębiorców. – Nieprzypadkowo również, to głównie przedstawiciele branży medycznej wskazywali na potrzebę zakupu nowoczesnego sprzętu – zaznacza. – Warto pamiętać, że to właśnie walka o klienta niejako wymusza inwestycje w możliwie najlepsze wyposażenie, korzystnie zlokalizowane biuro czy różnego rodzaju szkolenia lub certyfikaty. Koszty z tym związane mogą być naprawdę wysokie, więc nieraz trudno jest się obyć bez dodatkowego finansowania – wyjaśnia.

Bez inwestycji nie ma rozwoju

Plany inwestycyjne najczęściej mają respondenci związani z branżą weterynaryjną (32 proc.), IT (29 proc.) i architekci bądź urbaniści (29 proc.), a w najmniejszym stopniu osoby zajmujące się księgowością (12 proc.).

Czy przedstawiciele wolnych zawodów planują inwestycje w tym roku _ podział branże

W przypadku respondentów, którzy zaplanowali inwestycje w najbliższych miesiącach, będą to przede wszystkim wydatki na sprzęt i wyposażenie biura lub gabinetu (53 proc. planujących inwestycje). Więcej niż co czwarty (27 proc.) chce zmienić bądź powiększyć biuro lub gabinet. Niewiele mniejszy odsetek (23 proc.) ma zamiar kupić lub wymienić służbowy samochód, a także zainwestować w nowsze oprogramowanie lub sprzęt IT (22 proc.).

Jakie inwestycje planują przedstawiciele wolnych zawodów

Rynek sprzyja kredytobiorcom

Niestety, w dalszym ciągu spora liczba, bo prawie trzy czwarte ankietowanych, deklaruje, że w najbliższej przyszłości nie będzie inwestować w rozwój swojej działalności. – To niezbyt optymistyczna wiadomość, bo przecież inwestycje są podstawą rozwoju – mówi Waldemar Jarek. – Takie deklaracje mogą wynikać z niewystarczającej wiedzy na temat możliwości sfinansowania tego typu planów lub z przekonania o zbyt skomplikowanej procedurze wnioskowania o kredyt i dużych kosztach z tym związanych – komentuje. – O ile jeszcze do niedawna faktycznie przedstawiciele wolnych zawodów mogli mieć trudność z otrzymaniem dopasowanego do ich potrzeb kredytu, to obecnie część banków dostrzega już tę grupę, kierując swoje oferty specjalnie do tych właśnie osób – dodaje. – Warto również zaznaczyć, że procedura wnioskowania o kredyt bywa w przypadku takich kredytobiorców mocno uproszczona.

Zdaniem eksperta Deutsche Bank, obecnie szczególnie warto wziąć pod uwagę pozyskanie zewnętrznego finansowania, ze względu na sprzyjającą sytuację na rynku finansowym. – Rekordowo niskie stopy procentowe powodują, że kredyty są znacznie tańsze niż w przeszłości – zaznacza Waldemar Jarek. – Mając również na uwadze fakt, że profesjonaliści wykonujący wolny zawód, ze względu na stosunkowo wyższe niż przeciętne zarobki, mają zazwyczaj wysoką zdolność kredytową, kredyt w tym właśnie momencie, może być rozwiązaniem wyjątkowo korzystnym.

Oferty banków krojone na miarę?

Z jakich produktów finansowych najczęściej korzystają osoby wykonujące wolne zawody? Niemal wszyscy badani profesjonaliści (98 proc.) posiadają rachunek firmowy. Ponad 76 proc. korzysta z ubezpieczenia (np. mienia lub firmy). W przypadku kredytów, ankietowani najczęściej wybierali ten w rachunku bieżącym (28 proc.). Z kredytu inwestycyjnego korzysta 10 proc., a z obrotowego 8 proc. przedstawicieli wolnych zawodów. Identyczny odsetek wskazał na pożyczkę hipoteczną. Sondaż pokazuje również, że co czwarty przedstawiciel badanej grupy korzysta lub korzystał z linii debetowej, a 18 proc. z leasingu.

Z jakich rozwiązań bankowych korzystają przedstawiciele wolnych zawodów

– Osoby wykonujące wolne zawody to grupa o bardzo nietypowej charakterystyce – mówi Waldemar Jarek. – Z jednej strony mają nieco inne potrzeby niż pozostali przedsiębiorcy, także te związane z zewnętrznym finansowaniem. Jednak trudności, jakie mogą napotkać prowadząc działalność, są bardzo podobne do tych, które są udziałem firm w najbardziej typowym rozumieniu tego słowa – przypomina. – Dlatego właśnie tak istotne jest, aby oferty banków odpowiadały tym specyficznym potrzebom, w takim samym stopniu, jak ma to miejsce w przypadku bankowości dla firm – dodaje.

Bartek CiszewskiJesteś lekarzem, stomatologiem, prawnikiem? Możesz liczyć na tańszy kredyt
read more

Wolny zawód ułatwia otrzymanie kredytu

Profesjonaliści wykonujący tzw. wolne zawody, np. prawnicy, weterynarze, dentyści etc., na pewnym etapie swojej kariery stają zazwyczaj przed trudnym dylematem – praca dla kogoś, czy na własny rachunek? Wielu decyduje się na otwarcie własnej praktyki, kancelarii czy gabinetu. Niestety, jak pokazało badanie zrealizowane przez Deutsche Bank, często barierą, obok dużej konkurencji rynkowej, czy kwestii prawnych, jest problem ze sfinansowaniem takiego przedsięwzięcia. Wyposażenie np. gabinetu dentystycznego wymaga relatywnie dużych nakładów. Część banków zaczęła dostrzegać ten problem, kierując swoją ofertę bezpośrednio do reprezentantów tej grupy.

Osoby wykonujące tzw. wolny zawód to specyficzna grupa przedsiębiorców. Wyróżnia ich posiadanie oficjalnych uprawnień do świadczenia określonych usług, a także specjalistyczne wykształcenie. Znaczna część z nich zobowiązana jest również, na mocy ustawy, do przynależności do odpowiedniego samorządu zawodowego. Kogo obejmuje ten wymóg? Liczba takich profesji jest całkiem spora. To m.in. adwokaci, niektórzy aptekarze, architekci, biegli rewidenci, doradcy podatkowi, lekarze różnych specjalizacji, w tym dentyści, lekarze weterynarii, notariusze czy radcy prawni. Rozpoczęcie działalności na własną rękę, w wielu z wymienionych zawodów wymaga dużych nakładów inwestycyjnych.

Lekarz, który otwiera własną praktykę, nie tylko musi wynająć i nierzadko wyremontować gabinet, ale także zakupić lub wyleasingować sprzęt diagnostyczny i niezbędne materiały medyczne. Podobnie w przypadku prawników, którzy oprócz urządzenia kancelarii, muszą ponieść opłaty związane np. z licencjami do programów prawniczych czy kosztowną bazę aktów prawnych i komentarzy. Skąd wziąć na to pieniądze?

Kto bierze kredyt na rozwój?

Jak wygląda kwestia kredytowania osób wykonujących wolne zawody sprawdził Deutsche Bank w swoim najnowszym badaniu opinii. Wynika z niego, że z kredytu na rozwój działalności skorzystało dotychczas 41 proc. reprezentantów tej grupy.

Przedstawiciele wolnych zawodów a kredyty

Sondaż pokazał również, które zawody najczęściej posiłkują się zewnętrznym finansowaniem z banku. Więcej niż połowa weterynarzy (54 proc.) i w identycznym stopniu przedstawiciele branży consultingowej i doradczej dla biznesu, korzystało z kredytu. Wśród lekarzy odsetek ten wyniósł 46 proc., a wśród architektów i urbanistów 43 proc. Najrzadziej z kredytów na rozwój działalności korzystają osoby pracujące w branży IT oraz prawnicy (odpowiednio 33 i 15 proc.).

Główne bariery

Respondenci odpowiedzieli również na pytanie o główne bariery dla rozwoju ich działalności. Główną przeszkodą okazała się być duża konkurencja rynkowa. Wskazało na nią 47 proc. badanych (w tym aż 63 proc. prawników). Na drugim miejscu znalazły się bariery prawne, którą wybrało 36 proc. respondentów (jest to główna przeszkoda dla 64 proc. architektów i urbanistów). Na trzecim miejscu z 34,5 proc. wskazań, znalazło się wyzwanie, jakim jest dotarcie i pozyskanie nowych klientów. Natomiast dla jednej czwartej ankietowanych (24 proc.) taką barierą jest brak wystarczającego kapitału. Problem ten odczuwają w szczególności przedstawiciele branży medycznej i weterynaryjnej (odpowiednio 29 proc. i 41 proc.).

Bariery w prowadzeniu działalności wykonując wolny zawód

Fakt, że akurat w branży medycznej problemy z finansowaniem własnej działalności są największe, nie powinien być zaskoczeniem. Zarówno wyposażenie specjalistycznych gabinetów lekarskich, stomatologicznych, czy np. coraz bardziej popularnych placówek zajmujących się chirurgią estetyczną, wymaga znacznych nakładów pieniężnych. Nie bez znaczenie jest też fakt, że sprzęt medyczny, nawet ten wysokiej jakości dość szybko się zużywa. A to właśnie m.in. dzięki dostępności różnorodnych i zaawansowanych technik diagnostycznych niepubliczne jednostki opieki zdrowotnej zdobywają przewagę konkurencyjną.

Teraz łatwiej o pieniądze

– O ile faktycznie jeszcze do niedawna dostęp do finansowania dla osób wykonujących wolne zawody był dosyć mocno utrudniony, to obecnie część banków zaczęła kierować swoje oferty kredytowe bezpośrednio do tej właśnie grupy – mówi Waldemar Jarek, Dyrektor w Deutsche Bank odpowiedzialny za rozwój oferty kredytowej dla klientów indywidualnych i mikro-przedsiębiorców. – Są to zazwyczaj osoby osiągające ponadprzeciętne dochody, a zatem ich zdolność kredytowa jest stosunkowo wysoka.

Na jakie oferty mogą liczyć? – W Deutsche Bank znajdą oni dwa produkty kredytowe, przeznaczone wyłącznie dla nich. Jeden to kredyt inwestycyjny do 400 tys. zł, który można przeznaczyć na rozwój działalności lub na refinansowanie zobowiązań zaciągniętych w innych bankach – mówi Waldemar Jarek. – Drugim jest produkt o nazwie Biznes Hipoteka dla Profesjonalistów, przeznaczony dla osób wykonujących wolny zawód, a jednocześnie posiadający jednoosobową działalność gospodarczą. Z takiego kredytu mogą również skorzystać spółki osobowe – zaznacza. – W tym drugim przypadku finansowanie może wynieść nawet 2 mln zł, z kolei w przypadku kwoty poniżej 1 mln, bank stosuje uproszczoną procedurę w zakresie dokumentacji, jak i procesu weryfikacji zdolności kredytowej – firma nie musi przedstawiać zaświadczeń o niezaleganiu wobec ZUS i Urzędu Skarbowego.

Przewaga konkurencyjna kluczem do sukcesu

Większość wymienionych w badaniu bolączek, które utrudniają lub wręcz uniemożliwiają reprezentantom wolnych zawodów rozwój działalności na własny rachunek, mogą zostać w dużej mierze zminimalizowane przez odpowiednie dofinansowanie. –  Dobrze wyposażony gabinet lekarski ma szansę na uzyskanie dużej przewagi konkurencyjnej, co z kolei może pomóc w dotarciu do większej liczby klientów – tłumaczy Waldemar Jarek. – Tym bardziej, że obecnie pozyskanie takiego finansowania jest o wiele łatwiejsze, niż było to jeszcze kilka lat temu – zapewnia.

Warto też pamiętać o uwarunkowaniach rynkowych, które w chwili obecnej mocno sprzyjają kredytobiorcom. Kredyty są stosunkowo tanie, głównie dzięki rekordowo niskim stopom procentowym. – Nie  bez powodu od dłuższego czasu możemy obserwować wzrost akcji kredytowej – mówi Waldemar Jarek. – Dzieje się tak ponieważ kredyty są nie tylko tańsze ale i dostępne dla większej liczby klientów  – dodaje.

 

Bartek CiszewskiWolny zawód ułatwia otrzymanie kredytu
read more

Sondaż DB: W co warto inwestować

Królują nieruchomości. Za nimi długo nic, a na czele peletonu: złoto, giełda i… lokata. Potem dzieła sztuki, fundusze i… obligacje. Zestawienie najbardziej zyskownych inwestycji według Polaków wydaje się zaskakujące, ale jest w tym szaleństwie metoda. Niestety wciąż jesteśmy głusi na najbardziej oczywistą odpowiedź, dzięki której nasze pieniądze mogą zacząć na nas pracować, przynosząc oczekiwany zysk.

Prawie połowa Polaków wciąż uznaje inwestycję w nieruchomości za najbardziej zyskowną. Taką odpowiedź wskazało aż 45 proc. ankietowanych w najnowszym badaniu Deutsche Bank. Odsetek ten nie zmienia się od czterech lat. Prawdziwe historie z czasów boomu sprzed 2007 roku, kiedy to wartość wielu domów i mieszkań wzrosła kilkukrotnie, są na tyle inspirujące, że legenda jest wciąż żywa. Nawet pomimo tego, że nieruchomości w ostatnich latach potaniały.

najbardziej zyskowna forma inwestycji

Siłę przyzwyczajenia widać też w ocenie zyskowności kolejnych inwestycji. Złoto jest uznawane za korzystną inwestycję przez ponad 7 proc. osób, chociaż w ostatnich trzech latach uległo znacznej przecenie. Podobnie lokata bankowa, której wysokie oprocentowanie sprzed kilku lat, sięgające dwucyfrowych liczb, było ewenementem spowodowanym m.in. reakcją rynków na gigantyczny kryzys finansowy. Warto zatem rozważyć, jakie są alternatywy, dzięki którym nasze pieniądze, zamiast wyłącznie leżeć na niskooprocentowanych lokatach, zaczną efektywnie pracować.

Zyskowne nieruchomości?

– Jednym z największych błędów w ocenie potencjalnego zysku z nieruchomości jest przywiązywanie zbyt dużej wagi do danych historycznych. A to często prowadzi do błędnych decyzji – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej Deutsche Bank.

W tę pułapkę wpadło wielu inwestorów. W latach 2004-2006 ceny mieszkań w największych polskich miastach podwoiły się, a w niektórych nawet potroiły. Pamiętajmy jednak, że tego typu dane dotyczą cen średnich, tymczasem rynek nieruchomości jest bardzo zróżnicowany. Nietrafione zakupy nie zyskały na wartości, natomiast największe okazje, perspektywicznie położone i dobrze skomunikowane, przyniosły inwestorom w krótkim czasie ogromny zysk.

– W głowach Polaków zrodził się mit o inwestycji w nieruchomości, na której można zarobić wielkie pieniądze. Osoby, które na tej fali kupiły nieruchomość po 2006 roku mocno się rozczarowały – mówi Monika Szlosek. – Nie oznacza to, że były to nietrafione inwestycje. Trzeba jednak pamiętać, że atut nieruchomości widać dopiero z perspektywy czasu, często kilkunastu czy kilkudziesięciu lat. Kupowanie mieszkań z myślą o sprzedaży za kilka lat jest ryzykowny, a dodatkowo wymaga znacznego kapitału – mówi.

Przekonały się o tym osoby, które przyjęły takie założenia siedem lat temu. Indeks średnich cen nieruchomości w Polsce mierzony co miesiąc przez firmę Home Broker spadł w tym czasie z 1000 punktów w grudniu 2007 r., do zaledwie nieco ponad 800 punktów obecnie.

Nie wszystko złoto…

O ile nieruchomości mają swoje wyjątkowe zalety w porównaniu z innymi inwestycjami: są funkcjonalne, kupujący mają szansę na własną rękę znaleźć wyjątkowe okazje, w długim terminie powinny zyskać na wartości, to druga pozycja na liście „najbardziej zyskownych” według Polaków form pomnażania pieniędzy jest dużo bardziej kontrowersyjna.

Jeszcze w 2011 r. aż 13,4 proc. ankietowanych przez Deutsche Bank wskazywało złoto, jako najbardziej zyskowną inwestycję. Obecnie już tylko 7,2 proc. Przyczyną są oczywiście okresowe wahania ceny złota. Akurat tak się składa, że w 2011 r. jego cena sięgnęła historycznych rekordów i wynosiła 1800 dol. za uncję. Wspięła się na ten poziom z nieco ponad 400 dol. za uncję w 2005 r. Szczęśliwcy, którzy nabyli złoto 10 lat temu zarobili 450 proc. w ciągu 6 lat. Wygląda na najlepszą inwestycję świata? Nie dla tych, którzy zaopatrzyli się sztabki w latach 2011-2012. Od tego czasu cena złota spadła już do około 1100 dolarów za uncję.

– Złoto jest bardzo specyficznym aktywem. Zastosowanie praktyczne metalu jest bardzo ograniczone, a jego wysoka wartość jest spowodowana tym, że wciąż funkcjonuje jako rezerwa w wielu bankach centralnych i postrzegane jest jako alternatywa dla współczesnego pieniądza – tłumaczy Monika Szlosek z Deutsche Bank. – Oznacza to, że jego przyszła cena w dużym stopniu zależy od decyzji gospodarczo-politycznych na najwyższym światowym szczeblu. Równie dobrze może poszybować w górę, co w dół. Dlatego można traktować je jako uzupełnienie portfela, swoiste ubezpieczenie na wypadek załamania się światowych walut, jednak inwestowanie w złoto znacznych oszczędności to już bardzo ryzykowna gra – dodaje.

Na trzecim miejscu najbardziej zyskownych inwestycji zdaniem Polaków znalazła się giełda. Z jednej strony to trafna ocena, bo wytrawni albo najszczęśliwsi gracze inwestując w akcje szybko rozwijających się niewielkich spółek mogą pomnożyć pieniądze w ciągu kilku dni. Jednak w tym samym czasie pechowcy tracą na nieudanych zakupach.

Od około pięciu lat indeks WIG20 trzyma w miarę stabilny poziom, jednak na horyzoncie pojawiają się oznaki poprawy światowej koniunktury. W niepamięć odchodzi też wspomnienie załamania cen akcji z lat 2007-2008, kiedy to indeks stracił ponad dwukrotnie na wartości. Ma to odzwierciedlenie w ocenach Polaków: w 2011 r. grę na giełdzie za najbardziej zyskowną inwestycję uznawało 4 proc. ankietowanych, a teraz już 7 procent.

Największe niedopatrzenie

Prawie 7 proc. ankietowanych w badaniu Deutsche Bank wskazało na lokatę bankową jako na najbardziej zyskowną formę inwestycji, 2,6 proc. za taką uznało obligacje. – To ocena, która zaskakuje. Obligacje są z pewnością jednymi z najbezpieczniejszych produktów inwestycyjnych, ale właśnie dlatego zysk jest mocno ograniczony – komentuje Monika Szlosek. – Jeśli chodzi o ogólnodostępne produkty finansowe, dużo większy potencjalny zysk oferują fundusze – zauważa.

Sprawdźmy. Obecnie większość lokat terminowych, także tych na 1-2 lata, daje zarobić poniżej 3 proc. w skali roku. Oprocentowanie dwuletnich obligacji skarbowych to 2 proc., a czteroletnich 2,3 proc. Nie jest to zatem najbardziej zyskowna inwestycja.

Z największym niedoszacowaniem wśród ankietowanych spotkały się fundusze. Za najbardziej zyskowne uznało je mniej niż 4 proc. ankietowanych. – To zaskakujący wynik. Można przyjąć różne kryteria składające się na ogólną ocenę „zyskowności”: potencjalną roczną stopę zwrotu, ryzyko straty, elastyczność wejścia i wyjścia z inwestycji, barierę wejścia, wyniki historyczne, możliwość inwestycji w długim terminie. Jakkolwiek je nie zestawić, z punktu widzenia inwestora indywidualnego fundusze wypadają bardzo atrakcyjnie – mówi Monika Szlosek.

Spośród 450 najbardziej agresywnych funduszy akcji dostępnych w ofercie Deutsche Bank aż 200 w ciągu ostatnich 36 miesięcy, w czasie gdy WIG20 dryfował, wypracowało zysk przekraczający 40 procent, czyli ponad 13 proc. w skali roku. Pięć wiodących pozwoliło zarobić ponad 50 proc., a najlepszy prawie 70 proc. w skali roku. Inwestycje w akcje to oczywiście także ryzyko straty, ale sprawnie zarządzane fundusze je ograniczają. Straty w tym okresie odnotowało 60 funduszy.

średnie zyski z funduszy 2009-2014

Warto jednak również pamiętać, że fundusze są zróżnicowane i są wśród nich dostępne także dużo bezpieczniejsze kategorie, jak np. fundusze stabilnego wzrostu. Spośród 20 dostępnych w ofercie Deutsche Bank produktów z tej grupy, w ciągu ostatnich 3 lat wszystkie przyniosły zysk. Zaledwie cztery mniejszy niż 4 proc. rocznie, a aż 8 przekraczający 7 proc. w skali roku. Najlepsze dwa dały zarobić ponad 10 proc. rocznie.

– Najbardziej zyskowna inwestycja to trudne do zdefiniowania pojęcie. Pewnie najszybciej z dnia na dzień można zarobić kupując akcje niewielkiej spółki albo obraz genialnego, a nieodkrytego jeszcze  artysty. Są to jednak spekulacje, na których równie łatwo można stracić – mówi Monika Szlosek. – W mojej ocenie, jeśli chodzi o długoterminowe inwestycje, pozwalające naszym pieniądzom pracować przy jednoczesnym ograniczaniu ryzyka straty, zdywersyfikowany portfel funduszy jest najlepszym wyborem – dodaje.

Bartek CiszewskiSondaż DB: W co warto inwestować
read more

W fundusze trzeba inwestować mądrze

W obliczu coraz mniejszych zysków osiąganych na lokatach terminowych, fundusze inwestycyjne stają się alternatywą, dzięki której można liczyć na potencjalnie wyższy zysk. Co prawda, jak pokazało najnowsze badanie Deutsche Bank, wielu Polaków zdaje sobie sprawę z korzyści, jakie może dać zakup jednostek funduszy, z drugiej jednak strony w dalszym ciągu pokutują pewne przekonania zniechęcające do tego typu inwestycji. Wśród cech funduszy, które mogłyby skłonić Polaków do skorzystania z ofert TFI, najczęściej wymieniane są: elastyczność produktu, możliwość osiągnięcia dużego zysku oraz dodatkowe bonusy, np. tzw. cashback.

Z ostatniego sondażu Deutsche Bank wynika, że nasza znajomość funduszy inwestycyjnych jest dosyć powierzchowna. Chociaż niedługo miną 23 lata od pojawienia się w Polsce pierwszego funduszu, to jak pokazało badanie, aż 23 proc. Polaków nigdy nie słyszało o takim produkcie. Natomiast w świadomości tych, którzy spotkali się już kiedyś z funduszami, wciąż sporo jest zaszłości lub nieusystematyzowanej wiedzy. Ten stan przekłada się bezpośrednio na finansowe zachowania konsumentów. Pomimo sprzyjającej sytuacji rynkowej, czyli z jednej strony rekordowo niskich stóp procentowych, a z drugiej dobrej koniunktury gospodarczej, wciąż bardzo wielu z nas trzyma wszystkie swoje oszczędności wyłącznie na niskooprocentowanych lokatach i rachunkach. A to właśnie teraz jest najlepszy moment na zmianę przyzwyczajeń i wysłanie swoich pieniędzy do pracy, dzięki czemu przy odpowiednio długiej perspektywie i właściwie skonstruowanym portfelu mogą pozwolić budować nasz kapitał na przyszłość.

Nauczeni doświadczeniem?

Zniechęcenie wielu Polaków do inwestowania w fundusze wynika po części z ich obaw i złych doświadczeń z lat 2007-2008. Nabywając jednostki agresywnych funduszy akcyjnych w tamtym okresie, wiele osób nie było świadomych ryzyk związanych z ulokowaniem wszystkich oszczędności w jednym produkcie. Niestety, globalny kryzys spowodował wiele strat i na dłuższy czas zniechęcił inwestorów do powrotu na rynki. – Dość częstym błędem było również przyjęcie zbyt krótkiego, kilkumiesięcznego horyzontu inwestycyjnego – podkreśla Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej Deutsche Bank.

Polacy, w przeciwieństwie do inwestujących w Europie Zachodniej, którzy będąc świadkami wielu kryzysowych momentów, przyzwyczaili się do cyklicznych wahań koniunkturalnych, stracili zapał inwestycyjny. – Zachodni inwestorzy nie reagują tak panicznie na chwilowe zawirowania rynkowe, wiedząc że zbyt nerwowe ruchy mogą uniemożliwić osiągnięcie założonego celu inwestycyjnego – mówi Monika Szlosek. – Na stopy zwrotów z funduszy powinniśmy zawsze patrzeć długookresowo.

Gdzie fakty, a gdzie mity?

Ponad połowa Polaków, którzy znają fundusze (51,6 proc.) uważa, że inwestując w nie, powierza się swoje pieniądze profesjonalistom. Co piąty badany jest przeciwnego zdania. Istotną zaletą funduszy jest według większości badanych również to, że produkt ten można łatwo dostosować do własnych preferencji (45,8 proc.). Istotnie, te dwa aspekty są ważnymi cechami funduszy. – Jedną z głównych korzyści płynących z zakupu jednostek TFI jest właśnie to, że nie musimy na co dzień monitorować naszych inwestycji, ponieważ robią to za nas osoby zarządzające funduszem – komentuje Monika Szlosek. – Faktem jest również to, że wachlarz dostępnych typów funduszy jest na tyle różnorodny, że bez trudu można znaleźć taką ofertę, która pozwoli nam dostosować inwestycje do naszych oczekiwań, np. pod względem poziomu ryzyka i potencjalnego zwrotu – wyjaśnia.

Aż 44 proc. pytanych uważa, że fundusz to produkt wiążący klienta na długie lata, z czego większość (30 proc.) zgadza się z takim stwierdzeniem w sposób zdecydowany. Ponadto, zdaniem 27 proc. jest to produkt, który ogranicza dostęp do gotówki, zamrażając ją. Jak zaznacza Monika Szlosek, akurat fundusze cieszą się opinią produktów finansowych o wysokim stopniu elastyczności. – Z udziałów w funduszu można zrezygnować praktycznie w każdym momencie – zapewnia.

Mniej jednoznacznie respondenci, którzy kojarzą fundusze, oceniają dostępność do tej kategorii produktów finansowych. Blisko jedna czwarta uważa, że tego typu inwestycje są trudno dostępne dla osób mniej zamożnych. Z twierdzeniem tym nie zgadza się 20 proc. ankietowanych. Dodatkowo, 30 proc. badanych twierdzi, że bez większej gotówki, nie ma możliwości zakupu jednostek TFI, ale przeciwnego zdania, że fundusze nie wymagają posiadania dużej kwoty na start, jest taki sam odsetek respondentów. Nieco większa liczba osób (38 proc.) uważa, że produkty te nie wymagają stałych, dużych wpłat. Odmienne zdanie na ten temat ma ponad 27 proc. badanych.  – Tymczasem dostępność funduszy jest właściwie taka sama jak lokat, a próg wejścia w inwestycję jest niewysoki – zapewnia Monika Szlosek. – Trudno zgodzić się również z twierdzeniem, że fundusze wymagają stałych, dużych wpłat. Można inwestować w nie małe kwoty, ale robić to regularnie i w dłuższym horyzoncie – mówi.

Elastyczność i potencjalnie wyższe zyski

Polacy zapytani o to, co mogłoby ich skłonić do inwestycji w fundusze, wskazywali najczęściej na elastyczność, rozumianą jako łatwą zbywalność jednostek w dowolnym momencie. – Widać więc wyraźnie, że Polacy oczekują od funduszy dokładnie tego, co mają one do zaoferowania – komentuje  Monika Szlosek. – Wbrew opinii wyrażonej we wcześniejszym pytaniu, fundusz nie wiąże na lata, a czas wykupu lub sprzedaży jednostek uczestnictwa TFI trwa zazwyczaj nie dłużej niż kilka dni.

Co skłania Polaków do inwestowania w fundusze

Drugą najczęściej wskazywaną przez respondentów zachętą do inwestowania w fundusze jest możliwość osiągnięcia bardzo dużego zysku, a w dalszej kolejności dodatkowe bonusy, np. zwrot części zainwestowanych środków. – Również te dwa warunki są możliwe do spełnienia, trzeba jednak odpowiednio dobrać poszczególne fundusze i pamiętać o tym, że najbardziej efektywne inwestycje w rynek kapitałowy wymagają długiego horyzontu czasowego, odporności na przejściowe wahania, ale też znajomości mechanizmów rynkowych – radzi Monika Szlosek. – Jeśli liczymy na wyjątkowo duże zyski, możemy część pieniędzy ulokować w funduszach akcyjnych, gdzie stopa zwrotu faktycznie może być bardzo wysoka. Musimy też jednak pamiętać o ryzyku związanym z tą kategorią funduszy, szczególnie jeśli mamy zamiar inwestować w krótkim terminie. – Z kolei w kwestii oczekiwanych przez ankietowanych bonusów, warto jest poszukać promocji, dzięki którym jednostki można nabyć bez opłat manipulacyjnych, a dodatkowo, jak w przypadku oferty Deutsche Bank otrzymać 1 proc. zwrotu od zainwestowanej kwoty – mówi Monika Szlosek.

Co piątego ankietowanego do zakupu jednostek funduszy skłoniłaby niska kwota minimalnej inwestycji, niemal identyczny odsetek oczekiwałby braku prowizji za zakup funduszu. Ponad 18 proc. badanych wybrałoby fundusze w obliczu ograniczonych możliwości zarabiania na bardziej tradycyjnych produktach finansowych, takich jak lokaty. Warto też zauważyć, że ponad 20 proc. badanych zachęciłaby możliwość zakupu funduszy z pomocą profesjonalnego doradcy, np. w oddziale banku, a niewiele mniejszy odsetek (19 proc.), możliwość zakupu jednostek w Internecie. Niecałe 10 proc. doceniłoby dostęp do szerokiej oferty funduszy w jednym miejscu.

Polacy za biedni na inwestowanie?

Największą przeszkodą na drodze do inwestycji w fundusze, jest zdaniem ponad 38 proc. badanych, obawa przed stratą oraz, w takim samym stopniu, brak wolnych środków do zainwestowania. – Tak duży odsetek wskazań może być potwierdzeniem, że barierą często bywa faktyczny lub subiektywnie odczuwalny brak możliwości finansowych – komentuje Monika Szlosek. – Warto jednak przypomnieć, że w przypadku funduszy istnieje możliwość wpłacania bardzo niskich kwot.

Co zniechęca Polaków do inwestowania w fundusze

Co trzeci badany wskazywał, że do zakupu jednostek zniechęca go ryzyko utraty zainwestowanych pieniędzy, a co piątego ankietowanego zrażają jego zdaniem słabe wyniki funduszy w ostatnich miesiącach. Zbyt wysokie prowizje i opłaty, potrzeba posiadania znaczącej kwoty na start, czy duży stopień skomplikowania tych produktów, okazały się mniejszą przeszkodą. – Warto w tym miejscu przypomnieć, że ryzyko utraty zainwestowanych pieniędzy można skutecznie minimalizować, zwiększając w swoim portfelu udział bezpiecznych funduszy, np. dłużnych lub pieniężnych i gotówkowych – komentuje Monika Szlosek. – Natomiast jeśli spojrzymy na wyniki, które TFI osiągnęły w ostatnim kwartale, to były one najczęściej bardzo dobre.

Wiele z obaw wyrażonych przez respondentów w badaniu, może zostać w łatwy sposób rozwiana, przede wszystkim dzięki temu, że w ofertach części banków mamy dostęp do całej gamy bardzo różnorodnych funduszy. Dlatego właśnie zarówno te osoby, które oprócz chęci zarobku, cenią sobie poczucie bezpieczeństwa, jak i te, które są w stanie podjąć nieco większe ryzyko, mogą tak dobrać poszczególne fundusze do swojego portfela, aby odpowiadały zarówno na ich potrzeby w zakresie oczekiwanego zwrotu, jak również akceptowanego ryzyka.

Bartek CiszewskiW fundusze trzeba inwestować mądrze
read more

5 psychologicznych pułapek, na które narażony jest inwestor

W ostatnim czasie można zaobserwować wzmożone zainteresowanie funduszami inwestycyjnymi. Ma to związek ze spadkiem oprocentowania lokat i rentowności obligacji oraz z poprawą koniunktury na rynkach. Zamiast trzymać oszczędności wyłącznie na niskooprocentowanych lokatach, możemy więc wysłać nasze pieniądze do pracy, dzięki czemu zwiększamy szanse na satysfakcjonujący nas zysk. Zanim jednak przystąpimy do pomnażania naszego kapitału, warto przyjrzeć się pewnym częstym pułapkom psychologicznym związanym z inwestowaniem. Wpadając w nie, znacząco zwiększamy ryzyko niepowodzenia.

Gdy 15 września 2008 r. Bank Lehman Brothers ogłosił upadłość, nastąpiło załamanie nastrojów na rynku za oceanem. Kolejnym bankom groziło bankructwo, a amerykańska administracja starała się opanować panikę, która zaczęła rozlewać się jednak na cały świat. Ceny akcji na większości rynków leciały na łeb, na szyję, a wielu inwestorów zdecydowało się na natychmiastowe wycofanie swoich aktywów z rynków kapitałowych. Niestety robili to często w najgorszym możliwym momencie, kiedy straty były już bardzo duże.

Jeśli ci sami inwestorzy nie poddaliby się wówczas tej powszechnej panice i nie wykonywali tak gwałtownych ruchów, ich obecna sytuacja byłaby zupełnie odmienna. Dane z największego światowego indeksu giełdowego – Dow Jones pokazują, że wbrew pozorom, kupując akcje na tamtym rynku, nawet zaraz po upadku Lehman Brothers i spieniężając je teraz, można było zarobić – i to dużo. Co prawda, początkowo indeks ten zanurkował z niespełna 11 000 pkt. (15.09.2008) do około 6500 pkt. (09.03.2009), ale w tej chwili oscyluje on już w okolicach 18 000 pkt. (zysk z inwestycji z okresu kryzysu mieściłby się zatem teraz w zakresie od około 60 proc. do nawet 275 proc.).

– Oczywiście, nie wszystko da się przewidzieć z góry, tym bardziej jeśli mamy do czynienia z taką katastrofą jak upadek jednego z największych banków amerykańskich – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej Deutsche Bank. – Historia ta pokazuje jednak, że instynkt stadny nie zawsze działa racjonalnie, a na inwestycje powinniśmy patrzeć w dłuższym horyzoncie czasowym, ponieważ dopiero wtedy możemy faktycznie ocenić opłacalność danej inwestycji – komentuje.

Podobną opinię wyraża prof. dr hab. Małgorzata Bombol z Instytutu Bankowości Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Jej zdaniem niezwykle istotna jest świadomość inwestorów, że po drodze do celu, jakim jest zysk, mogą natrafić na trudności wynikające z faz koniunkturalnych. – Długodystansowe cele buduje się powoli i systematycznie – wyjaśnia.

Nasz umysł często zastawia pułapki sam na siebie, przez co podejmujemy mylne i pochopne decyzje. Jakie są więc najczęstsze psychologiczne pułapki, w które wpadają inwestorzy?

Niekontrolowanie swoich emocji – istnieje wiele czynników, które mogą wpłynąć na sytuację rynkową i wywołać chwilowe zamieszanie. Napływ nieprognozowanych informacji może zaskoczyć inwestorów i sprawić, że część z nich ulegnie panice. W takich momentach lepiej zachować zimną krew i przeczekać kryzys. Nasz mózg działa wybiórczo i nie jest w stanie opanować wszystkich bodźców podczas sytuacji kryzysowych. Podejmowanie decyzji pod wpływem emocji może spowodować nieracjonalne postrzeganie rzeczywistości.

Przecenianie swojej wiedzy – Wiele osób, szczególnie po pierwszych udanych transakcjach, nabiera zbyt dużej pewności siebie. W takich momentach łatwo wpaść w samozachwyt i przecenić swoje zdolności. Może to prowadzić do nierealistycznego optymizmu. Osoby takie miewają trudności w uczeniu się na własnych błędach i są często zdania, że kursy, książki i przeprowadzenie kilku udanych transakcji jest wystarczającym dowodem zdobycia wprawy inwestycyjnej, co z kolei może sprzyjać podejmowaniu coraz bardziej ryzykownych decyzji.

Pułapka codziennego handlu – przekonanie, że istnieje prosta zależność – im większa liczba transakcji tym większy zysk. Niektórzy próbują zwiększyć swoje dochody poprzez inwestycyjną nadaktywność. Zachęcani mocnymi wahaniami na rynkach starają się wykorzystać szanse do wzbogacenia się. Jednak zwykle nie przynosi to wymiernych efektów, a inwestowanie w niestabilne walory może być ryzykowne i doprowadzić do dużych strat.

Przetrzymywanie tracących akcji lub za szybka sprzedaż zyskujących – zdarza się, że w obliczu pierwszych spadków, inwestorzy niemal natychmiast pozbywają się aktywów, preferując mniejszy, ale pewny zysk. Interpretują oni drobną przecenę zwyżkujących dotychczas wyników jako stratę, a nie jako moment przestoju. Pułapką może być również gotowość do akceptowania nawet największych spadków, mimo że przybierają charakter długookresowy lub permanentny.

Mentalne księgowanie – czasami nie zdajemy sobie sprawy jak nieracjonalnie zachowujemy się w wydawaniu pieniędzy czy inwestowaniu. W pułapkę mentalnego księgowania możemy wpaść kiedy szufladkujemy różne pozycje finansowe i patrzymy na nie z różnych perspektyw. Na przykład, różnie oceniamy straty finansowe. Z jednej strony 5 proc. straty z 2000 zł zainwestowanych w akcje (100 zł) może wywołać u nas poczucie zdenerwowania. W końcu straciliśmy bardzo dużo – 100 zł w 1 dzień. Z drugiej strony przepłacenie wakacji w biurze podróży o tę samą kwotę, choć wiemy, że w innej części miasta czy w innym biurze jest taniej, nie robi na nas wielkiego wrażenia – w końcu to tylko 100 zł.

Według prof. dr hab. Małgorzaty Bombol, każdy z nas jest podatny na błędy we własnych osądach i założeniach. – Wobec pewnych pułapek psychologicznych jesteśmy bezbronni, bo nie mamy świadomości ich istnienia. Niestety nasz umysł jest leniwy z natury i nie chce poszerzać wiedzy o zagrożeniach, które sami tworzymy, dlatego warto wykorzystać wiedzę innych i uczyć się na cudzych, a nie swoich błędach – podkreśla.

Zdaniem Moniki Szlosek z Deutsche Bank, to m.in. dlatego właśnie dobrym rozwiązaniem może być zakup jednostek funduszy inwestycyjnych. – Inwestując w fundusze, powierzamy nasze pieniądze profesjonalistom, których wiedza i doświadczenie może nas uchronić przez nieprzemyślanymi zachowaniami, które zwiększałyby prawdopodobieństwo strat. Taki pogląd potwierdzają badania Deutsche Bank, według których 54 proc. ankietowanych (którzy słyszeli o funduszach) twierdzi, że inwestując w ten produkt, powierza się pieniądze profesjonalistom, a tylko 24 proc. jest przeciwnego zdania. – Fundusze nie wymagają od inwestora codziennej analizy wskaźników ekonomicznych i podejmowania szybkich decyzji – mówi Monika Szlosek. – Wystarczy, że określimy jaki typ funduszu nas najbardziej interesuje, a resztą zajmą się licencjonowani specjaliści, którzy zmuszą nasze pieniądze do pracy.

Bartek Ciszewski5 psychologicznych pułapek, na które narażony jest inwestor
read more

Dlaczego nie pozwalamy swoim pieniądzom pracować tak ciężko jak my sami?

Wzrost gospodarczy odzwierciedlany jest w wynikach spółek giełdowych, zachodnie indeksy odnotowują wzrosty od wielu miesięcy, a stopy procentowe są na historycznie niskim poziomie. Wielu analityków ocenia, że czas najwyższy, aby Polacy więcej swoich oszczędności zainwestowali w produkty rynku kapitałowego, jak akcje czy fundusze inwestycyjne, zamiast pozwalać wszystkim swoim pieniądzom leżeć na niskooprocentowanych lokatach. Jednakże przeszkodą może być nasza niewystarczająca wiedza o tych produktach.

Narodowy Bank Polski prognozuje wzrost PKB w latach 2015-2017 na stabilnym poziomie, który ma wynieść średnio 3,4 proc. Ministerstwo Pracy poinformowało, że bezrobocie w marcu spadło do poziomu 11,7 proc. Dane makroekonomiczne są więc coraz bardziej optymistyczne. – Jednak po doświadczeniach kryzysu z 2008 roku pozostał pewien brak zaufania do inwestycji wykorzystujących narzędzia rynku kapitałowego – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej Deutsche Bank.

czy posiada Pan jednostki funduszy inwestycyjnych

Po kryzysie finansowym w USA, który przerodził się w kryzys ekonomiczny na skalę światową, posiadacze oszczędności zaczęli poszukiwać takich instrumentów pomnażających pieniądze, które są przede wszystkim bezpieczne, a w dalszej kolejności zyskowne. Ten trend powoli się odwraca, choć nadal zdecydowaną większość naszych oszczędności trzymamy dziś na lokatach lub kontach oszczędnościowych. A tam nie pracują one dla nas wystarczająco ciężko z powodu rekordowo niskich stóp procentowych. Oprocentowanie lokat spadło z około 4,5 proc. w 2010 r. (średnie oprocentowanie nominalnie brutto lokaty 12 miesięcznej) do poziomu 1,65 proc. w kwietniu 2015 r. – wynika z danych portalu Comperia.pl.

Jak podaje portal Analizy Online, dynamika wzrostu wartości aktywów zarządzanych przez krajowe fundusze inwestycyjne wzrosła na koniec marca br. niemal o 15 proc. w ujęciu rocznym. W tym roku, według Piotra Tukendorfa, doradcy inwestycyjnego z Biura Maklerskiego Deutsche Bank Polska, inwestorzy powinni bardziej ukierunkowanie szukać zysków w funduszach akcji. W przeciwieństwie do wielu giełd zagranicznych, w Warszawie widać jeszcze dość słabe oznaki ożywienie. Jednak wielu analityków uważa, że jest to zapowiedź hossy. – Polski rynek finansowy jest z reguły relatywnie mocno związany z rynkami zachodnimi, które już odnotowały znaczące wzrosty w ostatnich miesiącach. W najbliższym czasie spodziewamy się pewnego nadrobienia wyników naszych krajowych indeksów w stosunku do rynków rozwiniętych – mówi Piotr Tukendorf.

Pytani o najlepszą formę inwestycji Polacy ciągle wskazują nieruchomości i złoto. Jednocześnie trzymanie oszczędności na kontach Polacy uzasadniają potrzebą stałego dostępu do nich. A przecież inwestycja w nieruchomość, choć może być faktycznie zyskowna, oznacza zamrożenie kapitału na długie lata. Deutsche Bank postanowił więc sprawdzić, czy Polacy wiedzą, czym są fundusze inwestycyjne, kto do tej pory w nie inwestował, a kto zamierza to zrobić w przyszłości.

Jak pokazało badanie Deutsche Bank, 77 proc. Polaków słyszało o funduszach inwestycyjnych. Spośród nich około 20 proc. posiada jednostki uczestnictwa. Jednak zdecydowana większość (80 proc.) nie inwestuje w takie produkty. Warto przy okazji zwrócić uwagę, że mężczyźni wykazują większą aktywność w inwestowaniu. Fundusze posiada 22 proc. z nich, podczas gdy wśród kobiet odsetek ten wynosi 17,2 proc. Posiadaczami jednostek uczestnictwa są też częściej osoby lepiej wykształcone (24,8 proc. – z wykształceniem wyższym). Jednak kluczowym czynnikiem jest wysokość zarobków. Wśród badanych, którzy zadeklarowali dochody powyżej 5000 zł netto miesięcznie uczestnikami funduszy inwestycyjnych jest niemal co drugi – 48,5 proc.

Dlaczego zatem, chociaż świadomość istnienia takiej formy inwestowania jest wysoka, wiele osób wybiera inne możliwości? Zdaniem Moniki Szlosek, z jednej strony znaczenie ma mała faktyczna wiedza o mechanizmach funkcjonowania funduszy. Z drugiej strony Polacy pamiętają negatywne doświadczenia z okresu załamania rynków po 2008 roku. Portfele inwestycyjne traciły wówczas w szybkim tempie. Jednak jak podkreśla Monika Szlosek, nie powinniśmy oceniać potencjału zarobku na inwestycjach w fundusze przez pryzmat jednego cyklu koniunktury. – Odpowiednio dobrany portfel inwestycyjny powinien w długim terminie pozytywnie reagować na zawirowania. Pamiętajmy, że fundusze są zarządzane przez doświadczonych finansistów, których głównym zadaniem jest wypracowanie zwrotów dla posiadaczy jednostek uczestnictwa – podkreśla Monika Szlosek.

Monika Szlosek zwraca również uwagę, że klienci często zapominają o tym, jak zróżnicowane są różne kategorie funduszy. – Urok funduszy inwestycyjnych polega na tym, że inwestor sam decyduje, co chce osiągnąć i na ile chce ryzykować i w zależności od m.in. tych czynników buduje swój portfel inwestycyjny. Jednak nawet, gdy jego akceptacja dla ryzyka jest bardzo niska, ma do wyboru sporo rozwiązań, które mogą zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa na odpowiednim poziomie – mówi.

 Czy zamierza Pan nabyć jednostki TFI

Ważne, żeby inwestycje w rynek kapitałowy, w tym fundusze, traktować długofalowo i nie zrażać się przejściowymi zawirowaniami, ponieważ dopiero uśredniony wynik z długiego horyzontu inwestycji jest miernikiem efektywności tego typu produktów. Jeśli spojrzymy na uśredniony wynik poszczególnych klas funduszy przez ostatnich 6 lat – okaże się, że dla funduszy mieszanych stabilnego wzrostu wyniósł on 5,85 proc., dłużnych 5,98 proc., a akcyjnych aż 12,95 proc.

Ponadto fundusze są elastyczne – większość pozwala na płynny zakup i zbycie jednostek uczestnictwa, a więc w każdym momencie możemy spieniężyć zainwestowane oszczędności. Nietrudno znaleźć dziś na rynku takie oferty, które umożliwiają te operacje przy minimalnych kosztach. Fundusze nie wymagają też dużych jednorazowych nakładów. Kupując regularnie za mniejsze kwoty uśredniamy cenę, więc i zwiększamy swoje szanse na przyzwoity zysk. Ponieważ rynek funduszy jest bardzo konkurencyjny, warto szukać promocji, dzięki którym fundusze można nabyć bez opłat manipulacyjnych. Deutsche Bank poszedł nawet o krok dalej i oferuje 1 proc. zwrotu od kwoty zainwestowanej w fundusze.

W badaniu Deutsche Bank tylko 9 proc. ankietowanych, którzy słyszeli o funduszach inwestycyjnych, planuje w nie zainwestować. Tymczasem osoby, które myślą o inwestowaniu nie powinny czekać na lepszy moment. Oprócz sprzyjających okoliczności rynkowych, na powodzenie inwestycji istotny wpływ będzie miało to, jak dobrą strategię przyjmie każdy indywidualny inwestor. – Aby pracować dla nas efektywnie, portfel inwestycyjny powinien być odpowiednio zdywersyfikowany, w zależności od tego, na jak długo chcemy zainwestować oszczędności. Należy podzielić swoje oszczędności między inwestycje krótko-, średnio- i długoterminowe tak, abyśmy mieli dostęp do pieniędzy niezależnie od wahań rynkowych. Pewną część środków można też pozostawić na lokatach lub rachunkach oszczędnościowych. Nie warto jednak, aby leżały tam zbyt duże kwoty – podkreśla Monika Szlosek.

Bartek CiszewskiDlaczego nie pozwalamy swoim pieniądzom pracować tak ciężko jak my sami?
read more

Analitycy: To dobry moment na zabezpieczone i długoterminowe inwestycje w akcje międzynarodowych firm

Największe banki centralne świata stymulują rynki wyjątkowo luźną polityką monetarną. Rośnie popyt, a inflacja pozostaje niska, co pozwala firmom zwiększyć sprzedaż i marże. Wyjątkowa sytuacja sprawia, że analitycy spodziewają się silnego wzrostu wartości międzynarodowych korporacji. To może być dobry moment na umiejętną inwestycję w tego typu aktywa.

Zdarza się, że inwestując lokalnie odczuwamy negatywne skutki wydarzeń w najbardziej odległych zakątkach świata. Kupując akcje na warszawskiej giełdzie możemy starannie analizować wyniki finansowe i perspektywy polskich spółek, trafnie wybrać te najlepsze, a mimo to stracić pieniądze z powodu nieoczekiwanego załamania koniunktury gdzieś po drugiej stronie oceanu. Istnieje jednak możliwość wyrównania szali i wykorzystania szans, które przynosi globalizacja.
Europa rozwija się znacznie wolniej niż Stany Zjednoczone, a te rozwijają się znacznie wolniej niż np. Azja Południowo-Wschodnia, gdzie według prognoz Banku Światowego PKB ma się zwiększyć aż o 6 procent w 2015 roku. Za wzrostem gospodarczym podążają ceny akcji. Potencjał globalnej koniunktury wykorzystują natomiast najlepiej międzynarodowe korporacje. Można zaobserwować splot kilku czynników pozwalających sądzić, że inwestycja w tego typu akcje może mieć duży potencjał zysku.

Prognozy dla gospodarki są optymistyczne

Ekonomiści spodziewają się utrzymania dobrej koniunktury na rozwiniętych, globalnych rynkach akcji. Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje nawet 3,6 procent wzrostu PKB w Stanach Zjednoczonych w 2016 roku. Strefa euro będzie rozwijać się wolniej, ale i na starym kontynencie przyspieszenie ma być bardziej odczuwalne. Analitycy Deutsche Bank prognozują dla tego regionu od 1,2 do 1,4 procenta wzrostu w tym i w kolejnym roku.

prognoza-pkb-w-skali-globalnej
Poprawę koniunktury zapowiadają również indeksy wyprzedzające m.in. indeks menedżerów logistyki PMI. – Rynkom akcji sprzyja luźna polityka monetarna głównych banków centralnych. Tempo wzrostu na starym kontynencie powinno przyspieszyć dzięki niskim stopom procentowym – zauważa Tomasz Kowalski, Dyrektor Biura Analiz i Doradztwa Inwestycyjnego KBC TFI. – Dodatkowo obawy o deflację skłoniły Europejski Bank Centralny do rozpoczęcia w marcu kolejnego programu skupu aktywów w ramach tzw. quantitative easing, które ma zakończyć się dopiero we wrześniu 2016, a bank już teraz zastrzega sobie możliwość jego przedłużenia – dodaje.

Takie decyzje EBC prędzej czy później powinny odbić się pozytywnie na rynku akcji. W Stanach Zjednoczonych co prawda FED zakończył skup w ramach QE, ale stopy procentowe powinny pozostać na historycznie niskich poziomach. Również bank centralny Japonii próbuje wesprzeć tamtejszą gospodarkę luźną polityką monetarną.

– Tak agresywna polityka pieniężna z dużym prawdopodobieństwem może prowadzić do wzrostu cen aktywów, jednak jak na razie poprawa tempa światowego wzrostu gospodarczego powinna odbywać się przy niskiej inflacji – mówi Piotr Tukendorf, doradca inwestycyjny, Biuro Maklerskie Deutsche Bank. – Wraz ze wzrostem gospodarczym rośnie popyt na wytwarzane towary i usługi, a niska inflacja oznacza brak presji kosztowej. Można się spodziewać, że pozwoli to firmom zwiększyć zarówno sprzedaż, jak i marże – dodaje.

Jednocześnie środowisko niskich stóp procentowych to niski koszt finansowania i dostęp do taniego kapitału. To kolejny argument za wzrostem zysków przedsiębiorstw w skali globalnej. Ponadto, obecna kondycja finansowa spółek jest na tyle dobra, że jeśli bieżące wyniki poprawią się, będą mogły sobie pozwolić na wypłatę dywidend i skup akcji własnych, a to wyjątkowo intratne decyzje dla udziałowców.

Obecna cena akcji międzynarodowych firm może być bardzo atrakcyjna

Mimo tak wielu sygnałów zwiastujących dobrą koniunkturę, ceny akcji międzynarodowych korporacji wciąż nie są wygórowane. W przypadku MSCI All Country World Index, na który składa się ponad 1600 spółek giełdowych z całego świata, wskaźnik ceny do zysku wynosi 17,5. Na najbliższe lata prognozowany jest jego spadek z powodu wzrostu zysków. Według konsensusu prognoz na 2015 rok zebranych przez agencję Bloomberg dla spółek wchodzących w skład indeksu MSCI ACWI wskaźnik ceny do zysku wynosi 16,7.

Z kolei wskaźnik ceny do wartości księgowej, uznawany przez niektórych za bardziej przydatny przy wycenie akcji, jako mniej podatny na wahania koniunkturalne, wynosi obecnie dla MSCI ACWI 2,1. – Oznacza to, że cena jaką średnio inwestorzy płacą za spółki wynosi zaledwie nieco ponad dwukrotność ich wartości księgowej. Należy mieć na uwadze, że są to spółki, które przetrwały próbę czasu, mają swoją ugruntowaną pozycję rynkową i klientów, oraz przynoszą zyski – mówi Tomasz Kowalski z KBC TFI. – W ujęciu historycznym, obecna wartość tego wskaźnika znajduje się istotnie poniżej średniej z ostatnich lat. Akcje nie są wycenione wysoko i nadal są atrakcyjne dla inwestorów – dodaje.

cena-akcji-miedzynarodowych-firm

Alternatywy dla akcji nie zachwycają

Ważnym elementem w ocenie atrakcyjności inwestycyjnej danej klasy aktywów jest ich porównanie z innymi. W przypadku akcji zestawia się je zwykle z obligacjami oraz instrumentami rynku pieniężnego. W sytuacji praktycznie zerowych stóp procentowych w USA i w strefie euro depozyty bankowe przynoszą realnie, po odliczeniu inflacji, stratę. Z kolei rentowności obligacji skarbowych są na poziomach zbliżonych do stopy dywidendy, jaką płacą spółki.

– To przemawia na korzyść rynku akcji tym bardziej, że kontynuacja poprawy koniunktury gospodarczej zwiększa ryzyko dla inwestujących w papiery skarbowe – mówi Piotr Tukendorf, doradca inwestycyjny, Biuro Maklerskie Deutsche Bank. – Wcześniej czy później utrzymujący się wzrost gospodarczy spowoduje wzrost stóp procentowych i tym samym spadek cen obligacji, czyli wzrost rentowności – dodaje.

Globalne akcje dla każdego i to z ograniczonym ryzykiem

Wśród polskich inwestorów akcje międzynarodowych firm są wciąż mało popularne. Głównym problemem jest bariera wejścia. Indywidualni inwestorzy rzadko kiedy mają wystarczającą wiedzę i kapitał. Dlatego na bardziej rozwiniętych rynkach finansowych masowi klienci najczęściej angażują się w globalne rynki za pośrednictwem funduszy.
Drugą przeszkodą jest bariera psychologiczna. Polscy inwestorzy wciąż pamiętają załamanie światowych rynków z 2008 roku i rozmiar strat, jakie można było w tym czasie ponieść angażując się w agresywne aktywa. Aby ją przełamać, wprowadzono fundusze z ograniczonym ryzykiem straty. Pozwalają one kupować akcje globalnych spółek, jednocześnie ograniczając maksymalną stratę do zaledwie 10 proc. zainwestowanego kapitału.

Dzięki mechanizmowi Constant Proportion Portfolio Insurance (CPPI), fundusz zabezpiecza 90 proc.  zainwestowanych aktywów netto na koniec każdego roku, nawet w przypadku załamania się rynków. Zarządzający dobierają automatycznie proporcje inwestycji w zależności od aktualnej sytuacji rynkowej. W przypadku sprzyjającej koniunktury angażują nawet 100 proc. inwestycji w  ryzykowne ale i z dużym potencjałem zysku fundusze akcyjne a nawet instrumenty pochodne. Jeśli rynki wyhamowują, zarządzający kupują uważane za bezpieczniejsze fundusze obligacyjne i pieniężne.

Na polskim rynku produkt stosujący taki mechanizm pojawił się w ofercie Deutsche Bank. – Polacy są bardzo wymagający wobec produktów inwestycyjnych. Oczekują wysokich stóp zwrotu  przy ograniczonym ryzyku straty. W dobie rekordowo niskich stóp procentowych fundusze z mechanizmem CPPI są jedną z niewielu form inwestycji spełniających te warunki – mówi Piotr Tukendorf, doradca inwestycyjny, Biuro Maklerskie Deutsche Bank.

Subskrypcja Subfunduszu Global Partners KBC Strategy 90 April, zarządzanego przez KBC Asset Management w Luksemburgu i reprezentowanego w Polsce przez KBC TFI SA, jest dostępna do końca kwietnia. Fundusz ma charakter otwarty, dzięki czemu wejście, jak i wyjście z inwestycji możliwe jest każdego dnia roboczego. Obecnie cena tytułu uczestnictwa wynosi 100 zł, a poziom zabezpieczenia aktywów określony jest na 90 zł. Jeśli po  roku wartość tytułu uczestnictwa wzrośnie np. do 120 zł, wówczas ustanowiony zostanie nowy poziom zabezpieczenia aktywów i w kolejnym roku obejmie 108 złotych (90% ze 120 zł). Minimalna wartość inwestycji wynosi 5 tys. zł, natomiast górny próg nie został określony. W okresie subskrypcji uczestnicy Subfunduszu Global Partners KBC Strategy 90 April mają dodatkowo możliwość zdeponowania środków na lokacie z oprocentowaniem 3 proc. w skali roku.

Subfundusz typu CPPI Global Partners KBC Strategy 90 April inwestuje do 100 proc. aktywów w fundusze pieniężne, obligacyjne i akcyjne zarządzane przez podmioty z Grupy KBC. Może też w ograniczonym stopniu wykorzystywać instrumenty pochodne. Część złożona z obligacji i instrumentów rynku pieniężnego służy stabilizacji i zabezpieczeniu wypracowanej stopy zwrotu. Z kolei część akcyjna w zdecydowanej mierze odpowiada za osiągnięcie przez subfundusz satysfakcjonującego zysku.

– Spółki, w które subfundusz inwestuje pośrednio poprzez inne fundusze to w większości ponadnarodowe korporacje, oferujące swoje produkty i usługi na wielu rynkach. Ze względu na dywersyfikację geograficzną, wyniki finansowe tych spółek nie zależą jedynie od koniunktury gospodarczej w pojedynczym kraju – tłumaczy Tomasz Kowalski, Dyrektor Biura Analiz i Doradztwa Inwestycyjnego KBC TFI. – Mamy nadzieję, że Polacy odkryją inwestycje w międzynarodowe firmy i w ten sposób zaczną również korzystać z globalizacji, skoro już teraz często ponoszą jej negatywne skutki.

Bartek CiszewskiAnalitycy: To dobry moment na zabezpieczone i długoterminowe inwestycje w akcje międzynarodowych firm
read more

Ich rodzice nie musieli tego robić, lecz dla młodych Polaków może to oznaczać być albo nie być na emeryturze

Zmiany demograficzne odwróciły do góry nogami finansową rzeczywistość Polaków. Obecni 20- i 30-latkowie powinni narzucić sobie obowiązek, którego nie musieli spełniać ich rodzice – samodzielnie oszczędzać na emeryturę. Nie muszą to być duże kwoty, jednak systematyczne odkładanie nawet niewielkiej sumy, to czynność, bez której pokolenia Z, X, Y, Alfa i kolejne, czeka ponura przyszłość – przekonują ekonomiści.

W Europie Zachodniej, USA czy Japonii wiedzą już o tym od dawna. Zaczyna się mówić nawet o nadmiarze prywatnych oszczędności na rynku (ang. savings glut). Lata zależności od powszechnych ubezpieczeń społecznych stępiły w Polakach ten instynkt. Ale sytuacja się zmienia. Zaczynamy oszczędzać coraz częściej, a grupami najczęściej inwestującymi w fundusze są obok osób powyżej 60. roku życia ci, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy – wynika z najnowszych badań Deutsche Bank.

Oszczędzanie jak oddychanie

W XX wieku liczba ludzi żyjących na świecie podwoiła się. W XXI wieku do tego najprawdopodobniej nie dojdzie, bo rodzi się dużo mniej dzieci, natomiast podwoi się liczba osób starszych niż 65 lat. Jak wynika z prognoz ONZ może to nastąpić w ciągu następnych 25 lat.  Obecnie na całym świecie żyje około 600 milionów osób w wieku ponad 65 lat. To 8 proc. wszystkich ludzi. W 2035 roku będzie ich już 1,1 miliarda, czyli 13 proc. populacji globu. W 2010 roku na 100 dorosłych w wieku 25-64 przypadało 16 emerytów. W 2035 roku będzie już ich 26 procent. W najtrudniejszej sytuacji znajdą się najbardziej rozwinięte gospodarczo kraje, jak Niemcy czy Japonia, gdzie już za 20 lat na 100 pracujących przypadnie ponad 60 emerytów. W Polsce proporcja ta utrzyma się w granicach 3 pracujących na jednego emeryta.

Przyczyną jest mniejsza liczba narodzin, ale też rosnąca oczekiwana długość życia. W Polsce wzrosła ona w ciągu zaledwie 12 lat o prawie 5 lat dla 30-letnich kobiet i o 6 lat dla 30-letnich mężczyzn. Jak poradzi sobie z tym nasza cywilizacja?
Ponieważ prognozy dotyczą masowych zjawisk w perspektywie wielu lat, hipotezy są różne. Niektórzy ekonomiści zakładają, że przystosujemy się do zmian i ludzie w wieku ponad 65 lat będą z powodzeniem wciąż na siebie zarabiać. Obecnie zakładamy, że po 65. roku życia się nie pracuje, tymczasem jest wiele zajęć, które można z powodzeniem wykonywać w bardziej zaawansowanym wieku. Dla przykładu w Stanach Zjednoczonych pracuje obecnie co piąta osoba w wieku ponad 65 lat, podczas gdy jeszcze 15 lat temu było to zaledwie 13 procent. Pracuje też prawie połowa Niemców w wielu 60-65 lat.

– Zdolność do dłuższej pracy jest silnie powiązana z wykształceniem i jest jeszcze jednym z argumentów za tym, żeby uczyć się jak najdłużej – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej, Deutsche Bank. – Praca do późnej starości nie przez wszystkich traktowana jest jako zło konieczne. Jednak jeśli chcielibyśmy w późniejszym wieku odpocząć od zawodowej kariery, musimy o to zadbać sami. I to im wcześniej tym lepiej. Jeśli odpowiednio wcześnie młodzi zaczną systematycznie oszczędzać nawet niewielkie kwoty, najprawdopodobniej w wieku 50-60 lat będą mogli sami wypłacać sobie dodatkową  emeryturę – dodaje.

Fundusze lepsze w długim terminie od lokat

Coraz więcej Polaków zdaje sobie sprawę z tego, że w znacznym stopniu muszą sami zatroszczyć się o swoją emeryturę. W ciągu roku liczba osób deklarujących oszczędzanie na ten cel poza systemem obowiązkowych ubezpieczeń społecznych wzrosła o jedną trzecią, według danych z raportu Deutsche Bank „Portret Finansowy Polaków”. Niezależnie od tego, czy robią to czy nie, ponad 70 procent ankietowanych jest skłonnych odkładać na emeryturę.

Najpopularniejszym produktem oszczędnościowym pozostają depozyty bankowe. Nie zmienia tego aktualna sytuacja rynkowa, która powoduje, że oprocentowanie lokat nie spełnia oczekiwań większości z nas. Rekordowo niskie stopy procentowe NBP sprawiły, że średni zysk z lokat terminowych, po uwzględnieniu 19-procentowego podatku, sięga dwóch procent w skali roku. Jak wynika z sondażu Deutsche Bank, jest to poziom satysfakcjonujący dla zaledwie 4 procent Polaków.

Aż 41 proc. respondentów badania spodziewa się znacznie większego, bo ponad 6-procentowego  zysku na lokacie. – Mając na uwadze obecną sytuację na rynku pieniężnym i historycznie niskie stopy procentowe, oczekiwania te wydają się nierealne – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej, Deutsche Bank. – Są natomiast inne produkty finansowe, które pozwalają osiągnąć taki zwrot z inwestycji. Najbardziej podstawowym i dostępnym już przy bardzo niskich kwotach wpłat są fundusze inwestycyjne – dodaje.

wiek-inwestujacych-w-funusze

Popularność funduszy różni się znacznie w zależności od wieku. Co ciekawe, swoje oszczędności najchętniej lokują w nich  osoby w wieku powyżej 65 lat, oraz najmłodsza grupa zarabiających, w wieku od 25 do 35 lat. – To bardzo pozytywny trend. Osoby, które dopiero wchodzą na rynek pracy przeważnie nie mają jeszcze zbyt dużych nadwyżek finansowych, ale mają za to czas na budowę kapitału – zauważa Monika Szlosek. – Zaletami funduszy inwestycyjnych, które są istotne z perspektywy młodych ludzi, a jednocześnie nie są przez nich dostrzegane, są łatwy dostęp do  środków  i możliwość wpłaty niewielkich kwot – dodaje.

Zaledwie 8 procent ankietowanych wskazało łatwość wpłat i wypłat jako atut funduszy inwestycyjnych. Tymczasem polski rynek stał się na tyle konkurencyjny, że niektóre banki zrezygnowały z jakichkolwiek prowizji od zakupu jednostek. Dzięki temu w odróżnieniu od tych na lokatach terminowych, z oszczędności trzymanych w funduszach można skorzystać w każdej chwili, nie tracąc wypracowanych zysków. Deutsche Bank poszedł krok dalej i w ramach promocji wypłaca klientom 1 proc. kwoty  zainwestowanej w fundusze. Maksymalny zwrot to nawet 20 tys. zł (przy wpłacie 2 mln zł), ale na bonus można liczyć już przy zakupie jednostek za 5 tys. zł.

Nawet niewielkie kwoty zapracują na emeryturę

Co trzeci Polak kojarzy fundusze z inwestycją długoterminową. To dla nas dużo bardziej charakterystyczna cecha tego produktu niż np. “duże zyski”, które wskazało zaledwie 11 procent ankietowanych. Z inwestycją w długim horyzoncie kojarzy TFI aż 48 proc. zarabiających powyżej 5 tys. zł. – Oszczędzanie pieniędzy w funduszach w perspektywie kilku, kilkunastu a nawet kilkudziesięciu lat nie tylko pozwala maksymalizować zyski, ale też zmniejsza ryzyko straty – mówi Monika Szlosek z Deutsche Bank.

Aż 46 proc. Polaków posiadających jednostki uczestnictwa w TFI dokonała zakupu jednorazowo. Zaledwie co trzeci kupuje je regularnie. Dzięki  rozłożeniu transakcji w czasie, można uwolnić się od efektu chwilowych wahań wartości jednostek – tłumaczy Monika Szlosek z Deutsche Bank. -  Ważna jest systematyczność oszczędzania. Odkładając nawet niewielką kwotę co miesiąc nie tylko budujemy kapitał, ale też dywersyfikujemy ryzyko kupna „na górce” – dodaje.

Tymczasem regularne odkładanie nawet tak niewielkiej kwoty jak 200 złotych miesięcznie w perspektywie kilkudziesięciu lat może przynieść znaczące oszczędności. Deutsche Bank przeprowadził trzy symulacje dla trzech różnych grup funduszy. Nie uwzględniają one opłat za nabycie funduszy oraz podatku od zysków kapitałowych. – Symulacje różnią się od siebie stopniem ryzyka, a co za tym idzie i potencjalnym zwrotem z inwestycji – tłumaczy Monika Szlosek. – To jedynie teoretyczne symulacje. W praktyce najlepiej byłoby łączyć wszystkie trzy strategie – dodaje.

fundusze-akcji

Wybierając najbardziej agresywną z nich i inwestując 200 zł miesięcznie przez 40 lat w fundusze akcji można zaoszczędzić ponad pół miliona złotych. Kluczem jest czas i mechanizm procenta składanego, jako że odsetki doliczane są do pracującego na zysk kapitału. Pierwsze 200 zł wpłacone przez obecnego 25-latka może  pracować na jego emeryturę co najmniej 40 lat.

fundusze-rynku-pienieznego

Z kolei jedne z najbezpieczniejszych fundusze gotówkowe i rynku pieniężnego dają mniejszy potencjalny zysk. Analitycy Deutsche Bank oszacowali go na 3 procent w skali roku. Na przestrzeni lat zwrot z inwestycji ma więc dużo mniejszy potencjał, jednak mniej prawdopodobne są też wahania cen jednostek. Wciąż systematyczność i procent składany sprawiają, że 200 zł może urosnąć do pokaźnej sumy 185 tys. złotych.

W przypadku funduszy akcji, chociaż w długim okresie można liczyć na pokaźne zyski, w krótszym, kilkuletnim może dojść do silnej przeceny na rynku, a wartość zainwestowanych oszczędności może spaść. Jeśli okaże się, że pieniądze będą nam potrzebne i będziemy musieli wycofać środki, ryzykujemy stratę.fundusze-mieszane

Kompromisem pomiędzy dwiema skrajnym strategiami jest zakup jednostek funduszy mieszanych stabilnego wzrostu. Szacuje się, że w długim okresie średnioroczny zysk z takiej inwestycji wyniesie 5 procent. To w połączeniu z systematycznymi wpłatami pozwala uzbierać ponad 300 tys. złotych na czas emerytury.

– W obliczu nadchodzących zmian demograficznych, coraz większej oczekiwanej długości życia, tylko własny kapitał zapewni przyszłym emerytom zasobną starość. Fundusze inwestycyjne są produktem finansowym, który doskonale się do tego celu nadaje – mówi Monika Szlosek z Deutsche Bank.

Bartek CiszewskiIch rodzice nie musieli tego robić, lecz dla młodych Polaków może to oznaczać być albo nie być na emeryturze
read more

Micro Moments – rewolucja, której nie możesz przespać

W świecie deweloperów aplikacji mobilnych to jeden z najważniejszych trendów bieżącego roku. Ogromne wyzwanie, ale i szansa dla wszystkich uczestników rynku: producentów sprzętu i oprogramowania oraz użytkowników. Na czym polegają “mikrochwile” i co oznaczają dla firm i organizacji, które wykorzystują aplikacje mobilne w marketingu?

clocks

Nasze zachowania zmieniają się pod wpływem technologii. Jak zauważają autorzy książki “The Mobile Mind Shift”, tytułowy “mobilny mózg” działa inaczej niż ten sprzed ery smartfonów. Koncentruje się jedynie na chwilę, by tu i teraz wykonać zadania. Podejmuje szybkie decyzje, które chce egzekwować natychmiast. Szuka jednoznacznych odpowiedzi. Jak dojadę? Ile lat ma ten aktor? Gdzie w pobliżu zjem obiad? Ile to powinno kosztować? Co inni sądzą na temat tego produktu?

Kilka sekund, za to kilkadziesiąt razy na dobę

Aby zrealizować te potrzeby, wchodzimy w szybkie interakcje z narzędziami – zazwyczaj z przeglądarką albo aplikacją mobilną. Zwykle trwają one zaledwie kilka sekund. – Proste impulsy, jak powiadomienia, dźwięki czy nawet bodźce dotykowe, skłaniają konsumentów do podjęcia określonych działań zarówno na urządzeniach, jak i w świecie rzeczywistym. To są właśnie micro moments – piszą w prognozie trendów na 2015 rok analitycy Forrestera.

Nazwa może mylić. Mikrochwile mogą mieć ogromne znaczenie. Są rozproszone, ale składają w dziesiątki minut, nawet w godziny. Dzieje się tak dlatego, że zaglądamy do smartfonów coraz częściej. Wedlug należącego do Yahoo Flurry Analytics liczba najaktywniejszych użytkowników rośnie dużo szybciej niz pozostałych. W badaniu określono trzy grupy: “regularnych”, którzy korzystają z telefonu do 16 razy na dobę, “superużytkowników” – od 16 do 60 razy na dobę, oraz “uzależnionych” – korzystających ponad 60 razy na dobę. W ciągu roku liczba tych pierwszych zwiększyła się o 23 proc. do 784 milionów w skali świata, a tych ostatnich, aż o 123 proc. do 176 milionów. To bardzo wyraźny trend, którego nie można zignorować.

Tu i teraz, czyli w wielu różnych kontekstach

Jeszcze kilka lat temu ekscytowaliśmy się możliwością odnalezienia wszystkich informacji w internecie. One nadal tam są, jest ich nawet więcej, jednak zmienił się sposób, w jaki ich szukamy. Rozkład jazdy sprawdzaliśmy zawczasu, siedząc przed ekranem komputera, zanim wyszliśmy z biura. Wypatrzony w sklepie rower kupowaliśmy taniej w sklepie internetowym, ale dopiero po powrocie do domu. Wszystkie te czynności wykonywaliśmy w tym samym środowisku – w przeglądarce komputera osobistego.

W świecie mobilnym nadal z niego korzystamy, ale naprzemiennie ze smartfonem i tabletem, podłączonymi szerokopasmowo do internetu. Jak podała firma comScore, w styczniu urządzenia mobilne wygenerowały ponad połowę całego ruchu w amerykańskim internecie. Aż 47 procent wszystkich pobranych i wysłanych danych obsługiwały aplikacje, a 8 procent mobilne przeglądarki.

Współczesny odbiorca mediów przełącza się z jednego ekranu na drugi, wykonując różne czynności. Te interakcje zmieniają się w zależności od kontekstu, jednak naturalnie oczekujemy, że działanie podjęte na jednym urządzeniu będzie można kontynuować na innych.

Na desktopie w domu uzupełniamy listę zakupów, a w sklepie odczytujemy ją z telefonu, który możemy wykorzytać też do skanowania kodów i sprawdzenia informacji o produkcie. Nie zdziwi nas, jeśli przechodząc obok ekranu LCD w sklepie zobaczymy, co inni klienci sądzą o produkcie, który my dopiero zamierzamy kupić, bo nasza lista skontaktuje się z zamontowanym tam beaconem.

Korzystając z kolei z aplikacji serwującej wiadomości oczekujemy od niej, że sama do nas przemówi, kiedy coś się wydarzy, tak jak aplikacje społecznościowe, np. Facebook. Powiadomienia muszą być interaktywne i dostosowane do naszych oczekiwań. Dodatkowo chcemy mieć możliwość oceny artykułu, skomentowania go, polubienia albo udostępnienia innym. Na tym nie koniec. Aplikacja newsowa powinna też od razu prezentować wybrane posty z Twittera i Facebooka oraz pozwolić użytkownikom włączyć się do dyskusji, czy też wyjść z aplikacji i odebrać powiadomienie o nowym komentarzu za jakiś czas – na dowolnym urządzeniu.

Większość obecnych aplikacji popadnie w zapomnienie

Pulpity telefonów są pełne zainstalowanych aplikacji, ale większość z nich nie jest używana. Według Forrestera amerykański użytkownik smartfona korzysta średnio z 24 aplikacji w miesiącu, jednak aż 80 proc. czasu spędza na zaledwie pięciu. Jak łatwo się domyślić, dominują najwięksi: Facebook, YouTube, Mapy, Pandora i Gmail zabierają prawie 30 procent uwagi poświęconej wszystkim aplikacjom przez dorosłych użytkowników smartfonów.

Producenci aplikacji uczą się od najlepszych, jak angażować odbiorców. Według danych firmy analizującej rynek mobilny Localytics, podczas gdy w 2011 roku zaledwie 26 proc. aplikacji została użyta więcej niż 11 razy, już w 2014 roku odsetek ten wzrósł do 39 procent.

Jednak badania Nielsena sugerują, że tort do podziału nie może rosnąć w nieskończoność. Analitycy podejrzewają, że mogliśmy dotrzeć do górnego limitu. Mimo znacznego wzrostu średniego czasu spędzonego na używaniu jakichkolwiek aplikacji (z 23 do 30 godzin), liczba aplikacji wykorzystywanych choć raz w miesiącu pozostała bez zmian (średnio od 26 do 27). Jeśli rzeczywiście granica istnieje, oznacza to jeszcze większe korzyści dla tych, którzy znajdą się wśród aktywnie używanych aplikacji.

Jednym z poważniejszych problemów rynku twórców aplikacji jest od kilku lat tzw. fragmentacja. Chociaż wydawałoby się, że jest on starannie podzielony pomiędzy trzy czołowe ekosystemy, to ogromna liczba obsługiwanych w ich ramach urządzeń, szczególnie na platformie Android, różna jakość łącza internetowego oraz przede wszystkim różny kontekst korzystania z aplikacji sprawiają, że dostosowywanie się do każdego z tych parametrów z osobna stało się bardzo uciążliwe.

Dlatego w Dolinie Krzemowej okrzyknięto koniec “odizolowanych aplikacji”. Mają je zastąpić platformy, w których jeden proces może być obsługiwany przez szereg krótkich interakcji dokonywanych na różnych urządzeniach, w sposób zależny od kontekstu. Silnik aplikacji bedzie ten sam, lecz elastyczny interfejs zaadaptuje się do każdej sytuacji.

Katalizatorem tych zmian jest otwarcie się największych ekosystemów na zewnętrznych deweloperów. Zarówno Google, Apple, jak i Microsoft ścigają się w udostępnianiu coraz to nowych API, które silniej integrują zewnętrzne aplikacje z telefonem. Dla przykładu nowy iOS 8 pozwala zewnętrznym aplikacjom na współpracę ze sobą, dzięki czemu użytkownicy mogą wykonywać czynności w jednej za pośrednictwem innej. Zarówno Android jak i iOS8 pozwala już na obsługę aplikacji zewnętrznych z poziomu ekranowych powiadomień.

Do micro moments dostosowane są takie usługi jak Google Now czy Siri, które same próbują odgadnąć kontekst zadawanych przez użytkownika pytań. W najnowszych wersjach Androida czy iOS zewnętrzne aplikacje mogą być obsługiwane bezpośrednio z poziomu powiadomień telefonu.

Jak wykorzystać Micro Moments?

W wieloekranowym świecie aplikacje otrzymują wiele kilkusekundowych szans na zaangażowanie użytkownika. Trzeba je wykorzystać, aby dotrzeć do niego ze swoim przekazem. Trzeba połączyć pojedyncze chwile w historię. Każdy jej odcinek musi być dostosowany do kontekstu w jakim się pojawi, jednak za wszystkimi wariacjami interfejsu powinna stać jedna platforma, pozwalająca na kontrolę treści i spójny komunikat.

Odizolowane aplikacje nie spełnią tego wymogu. Muszą być umieszczone w ekosystemie dostępnym na każdym ekranie. Deweloperzy aplikacji muszą więc stworzyć platformę, w której z poziomu jednego panelu użytkownik będzie mógł obsłużyć wszystkie kanały, którymi może angażować odbiorców. Co więcej, na podstawie tych interakcji powinien być w stanie dostosować rozwiązanie do oczekiwań fanów, widzów czy klientów.

Co oznacza to dla firm wykorzystujących media do promocji swoich produktów i usług? Muszą jak najszybciej dostosować komunikację do micro moments. Warto trzymać się kilku podstawowych zasad:

– przekaz musi być dostępny w odpowiednim kontekście na każdym ekranie: laptopów, smartfonów, tabletów, zewnętrznych ekranów;

– aplikacje, które udostępniasz użytkownikom muszą być intearaktywne i angażujące. Powinny wysyłać im praktyczne powiadomienia i umożliwiać łatwą akcję (polubienie, głosowanie w ankiecie, komentarz);

– interakcje muszą odbywać się w czasie rzeczywistym. Klient musi od razu zobaczyć swój komentarz na ekranie sklepowym, a widz swoje polubienie na ekranie telewizora;

– inwestycja w aplikacje musi być efektywna kosztowo. Budowa własnych dedykowanych aplikacji na wszystkie platformy jest czasochłonna i kosztowna;

Micro moments są wyzwaniem dla deweloperów aplikacji, jednak dla firm i organizacji, wykorzystujących nowoczesne media dla content marketingu, są kolejnym trendem, w który trzeba się wpisać. Kto jako pierwszy odnajdzie się w nowej rzeczywistości, zyska przewagę nad konkurencją i zwiększy udziały w rynku.

photo: bjearwicke / freeimages.com

Bartek CiszewskiMicro Moments – rewolucja, której nie możesz przespać
read more

Wspólne inwestycje – holenderski wynalazek, który przyjął się na całym świecie

Nie każdego stać na to, by samodzielnie kupić udziały w perspektywicznym przedsiębiorstwie albo obligacje rządu dynamicznie rozwijającego się egzotycznego kraju. Jednak jeśli wielu indywidualnych inwestorów połączy siły, razem staną się wpływowym graczem na rynku. Nic dziwnego, że produkt finansowy oferujący takie rozwiązanie zrobił furorę. Fundusze inwestycyjne mają już ponad 240 lat i są jedną z najpopularniejszych form długoterminowego inwestowania.

Historycy nie mają pewności co do tego, kiedy pojawił się pierwszy fundusz inwestycyjny. Jednak wielu wskazuje na to, że pomysł zgromadzenia oszczędności wielu osób w jedną pulę, by w ten sposób skuteczniej pomnażać je i konkurować z najbogatszymi zrodził się w XVIII wieku w Holandii, w tym czasie stolicy handlu i finansów zachodniej cywilizacji. 

Sposób na dywersyfikację po kolejnym krachu

Najczęściej jako wynalazcę tego produktu wskazuje się holenderskiego kupca Adriaana van Ketwicha, który w 1774 roku zaczął sprzedawać jednostki uczestnictwa  w funduszu powierniczym pod hasłem Eendragt Maakt Magt, czyli „w jedności siła”. – Zachodnia Europa właśnie wychodziła z kryzysu finansowego. Ketwich chciał stworzyć narzędzie dywersyfikacji inwestycji, z którego mogliby korzystać także mniej zamożni, dysponujący mniejszym kapitałem. To idea, która zawsze przyświecała twórcom i klientom funduszy inwestycyjnych – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej, Deutsche Bank.

Fundusz Ketwicha starał się rozkładać ryzyko angażując się w różnych częściach Europy, a także w obu Amerykach. Inwestował w obligacje, nie w akcje (w tym czasie na giełdzie w Amsterdamie notowanych było zaledwie kilka spółek). Co ciekawe, z założenia nie inwestował w obligacje holenderskiego rządu, ani miast. Pierwszy fundusz inwestycyjny był więc funduszem zagranicznym.

– W dzisiejszym rozumieniu Eendracht Maakt Magt był funduszem zamkniętym, czyli miał określoną liczbę jednostek uczestnictwa, które ich posiadacze mogli dowoli odsprzedawać. W przeciwieństwie do dominujących obecnie funduszy otwartych, od których klienci kupują jednostki bezpośrednio – tłumaczy ekspert Deutsche Bank.

Kapitalizacja Eendracht Maakt Magt w momencie rozpoczęcia działalności wynosiła milion guldenów i była podzielona na 2000 jednostek wartych 500 guldenów każda. Funduszem zarządzało dwóch dyrektorów, którzy musieli trzymać się wytycznych inwestycyjnych zapisanych w statucie.

Z Holandii do USA

Chętnych do zdywersyfikowanych inwestycji w fundusze było wielu. Już na początku XIX wieku własne fundusze zaczął sprzedawać król Holandii Wilhelm I. Kolejne fundusze uruchamiano w Szwajcarii w 1849 roku, Szkocji pod koniec XIX wieku, wreszcie we Francji i Wielkiej Brytanii, skąd trafiły do Stanów Zjednoczonych.

To tam w czasach prosperity lat 20. XX w. inwestowanie w fundusze stało się powszechne. Pierwszy nowoczesny fundusz inwestycyjny Massachusetts Investors’ Trust powstał w 1924 rok w Bostonie. Konkurencja na rynku była coraz ostrzejsza. Cztery lata później pojawił się pierwszy fundusz bezprowizyjny, który nie pobierał opłat za transakcje. W tym samym roku działalność rozpoczął Wellington Fund, pierwszy fundusz skupujący akcje, a nie jak do tej pory inwestujący bezpośrednio w przedsiębiorstwa.

Coraz popularniejsze stawały się fundusze otwarte, które mogły emitować dodatkowe jednostki uczestnictwa. W 1929 roku w USA działało takich funduszy 19, wobec 700 zamkniętych. Jednak rychły krach na giełdzie odwrócił trend. Zamknięte fundusze zniknęły z rynku a ich miejsce zajęły mniejsze fundusze otwarte, które dominują do dzisiaj. W odpowiedzi na załamanie się Wall Street wprowadzono też regulacje rynkowe. Od tej pory działalność funduszy kontrolowała Komisja Papierów Wartościowych i Giełdy (SEC).

– Koniunktura na giełdzie zawsze sprzyja popularności funduszy inwestycyjnych. Wysoki zysk z tych najbardziej agresywnych działa na wyobraźnię. Jednak długoterminowo najlepiej na inwestycji wychodzili ci klienci, którzy dywersyfikowali swoje oszczędności – mówi Monika Szlosek z Deutsche Bank.

W latach 50. XX w. podczas powojennego boomu liczba otwartych funduszy w USA przekroczyła 100. W kolejnej dekadzie podwoiła się. Pojawiły się fundusze agresywne, nastawione na wzrost, kosztem większego ryzyka. Natomiast w 1971 roku powstał pierwszy fundusz indeksowy, których wartość zależała od wybranych indeksów giełdowych.

Symbol polskiego kapitalizmu

Lata 80. i 90. XX w. to prawdziwe apogeum popularności funduszy w Stanach Zjednoczonych. Zarządzający najlepszych z nich urośli do rangi gwiazd. To też czas, gdy fundusze inwestycyjne trafiły do Polski. Ich działalność umożliwiła wprowadzone 24 lata temu Prawo o publicznym obrocie papierami wartościowymi i funduszach powierniczych. Najstarszym TFI działającym w Polsce jest Pionieer TFI, które powstało w 1992 roku.

Obecnie w Polsce zarejestrowane są 23 Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych (dane z czerwca 2014), które łącznie udostępniają klientom detalicznym ponad 7100 różnego rodzaju funduszy, subfunduszy oraz funduszy zamkniętych. Aktywa jakimi zarządzają TFI to ponad 213 mld zł. Działa też na naszym rynku 6 zagranicznych funduszy inwestycyjnych, które łącznie zarządzają  aktywami  blisko 7 mld zł (dane na wrzesień 2014). Tylko w  ofercie Deutsche Bank znaleźć można ponad 700 lokalnych i zagranicznych produktów z oferty 18 TFI.

Niestety, mimo ponad 20 letniego doświadczenia, popularność funduszy w Polsce jest wciąż dużo mniejsza niż na Zachodzie. Największe polskie TFI PZU zarządza aktywami  przekraczającymi 22 miliardy złotych. Dla porównania amerykańskie BlackRock LTD., zarządza aktywami 4,1 bilionami dolarów.W Europie fundusze inwestycyjne zarządzają aktywami o wartości 7,8 bilionów euro. Ze względu na korzystne opodatkowanie prawie jedna trzecia tej kwoty należy do funduszy z siedzibą w Luksemburgu. Aktywa polskich funduszy  to tylko 0,3 proc. europejskich aktywów.

W Stanach Zjednoczonych co drugie gospodarstwo domowe inwestuje swoje środki za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych. W Polsce niecałe 2 miliony osób. – To zrozumiałe, z racji dużo krótszej historii funduszy. W ciągu dwóch dekad zdążyliśmy przeżyć zaledwie raz entuzjastyczne zachłyśnięcie się zyskami podczas giełdowej hossy i rozczarowanie podczas bessy, przypadających odpowiednio na lata 90. XX w. i później po 2008 r. Tymczasem  na bardziej dojrzałych rynkach inwestorzy przeszli przez te cykle wielokrotnie. Największą wartość tego typu inwestycji poznaje się w długim okresie, systematycznie lokując oszczędności w instrumenty różnego typu – zauważa ekspert z Deutsche Bank.

Popularność funduszy w Polsce stale rośnie. W lutym krajowe TFI pozyskały prawie 2 mld złotych, wynika z danych Analiz Online. – Nasze społeczeństwo coraz chętniej korzysta z tej formy inwestowania. Cieszy fakt, że jak wynika z naszych badań fundusze są popularne wśród Polaków zaczynających pracę zarobkową, w  przedziale wiekowym od 25 do 34 lat. To osoby, które na długoterminowych inwestycjach mogą zyskać najwięcej. I dla których samodzielne inwestowanie z myślą o przyszłej emeryturze jest nieodzowne – dodaje.

Bartek CiszewskiWspólne inwestycje – holenderski wynalazek, który przyjął się na całym świecie
read more

W rozwiązaniach “second screen” technologia powinna być przeźroczysta

placeit (13)

Angażowanie widzów za pośrednictwem aplikacji second screen nie jest celem, ale środkiem do zwiększenia oglądalności i stworzenia nowych kanałów przychodu dla nadawców. Najwyższy czas, aby przestali postrzegać je jako defensywną broń w walce o uwagę publiczności, lecz jako szansę.

Czy zdarzyło Ci się w czasie ulubionego programu sprawdzać pocztę, przeglądać Facebooka, szukać dodatkowych informacji na Wikipedii? Badania sugerują, że większość z Was powinna w tym momencie przytaknąć. Już czterech na pięciu widzów ogląda telewizję korzystając jednocześnie z drugiego ekranu, najczęściej smartfona, laptopa albo tabletu.

Kto miał okazję obserwować zachowanie nastolatków przed telewizorem, zauważy z kolei, że tylko od czasu do czasu odrywają wzrok od telefonu, gdy w TV dzieje się coś wyjątkowo ciekawego. W ich przypadku termin “second screen” nabiera innego znaczenia. Rozproszenie uwagi widza to nieodwracalny trend. Fala, która narasta z każdym pokoleniem.

Widzimy to śledząc statystyki naszych aplikacji. Te towarzyszące programom z młodą widownią są nie tylko popularniejsze, ale biją też rekordy zaangażowania. Podczas niedawnej emisji odcinka hitu wśród nastolatków użytkownik generował średnio aż 25 interakcji. Podczas godzinnego programu przeciętna długość sesji w aplikacji sięgała 28 minut! To prawie pół godziny nieprzerwanej interakcji widza z nadawcą na dwóch uzupełniających się ekranach jednocześnie.

Osią zaangażowania w naszych aplikacjach są quizy i ankiety w czasie rzeczywistym. Widz głosuje na występy uczestników konkursu, ocenia żarty prowadzących, wygląd gości. Użytkownicy mogą natychmiast sprawdzić, czy mają podobne zdanie co inni. Natomiast na ekranie telewizora pojawiają się wyniki ich głosowania a wraz z nimi zbiorowe emocje, bo od razu widać, czy werdykt jury zgadza się z oceną publiczności.

Te interakcje powodują spiralę zaangażowania. Kontrowersyjne decyzje jurorów, sprzeczne z vox populi, prowokują gwałtowny przyrost komentarzy na czacie oraz wzmianek dotyczących programu w mediach społecznościowych. Te pierwsze wciągają jeszcze mocniej w oglądane treści, te drugie są wirusową promocją nadawanego programu.

Co ciekawe, z naszych doświadczeń wynika, że apogeum zaangażowania wcale nie zbiega się z kulminacyjnym punktem nadawanego programu. Do eksplozji interakcji, sprawiających, że słupki rozsadzają nasze panele ze statystykami, dochodzi w regularnych odsępach… podczas emisji reklam. Znudzeni użytkownicy wpisują mechanicznie to, co widzą na ekranie. Na wyścigi zgadują nazwy reklamowanego produktu. Odruchowo stukają w ekrany smartfonów. To moment, w którym odpowiednio wykorzystana aplikacja second screen staje się żyłą złota. Dla reklamodawców i nadawców.

Połączenie telewizji z interaktywnym ekranem, wykorzystywanym już teraz przez widzów do czynności zakupowych, stwarza wiele możliwości: “zamów jazdę próbną!”, “kup podczas trwania programu o 15 proc. taniej”, “zobacz nasz katalog”! To szansa na skok, nadanie reklamie telewizyjnej nowego wymiaru użyteczności. Na zachodnich rynkach takie rozwiązania już są stosowane. Według badań Nielsena wśród amerykańskich widzów jedną z najpopularniejszych czynności “second screen” są zakupy.

Podczas emisji jednego programu użytkownicy naszych aplikacji wykonują w nich nawet pół miliona czynności. Jeśli chociaż kilka procent z nich nadawcy przekierują do sklepów swoich klientów, mają szansę otworzyć zupełnie nowe źródło przychodów. Nowoczesną reklamę rozliczaną w modelu efektywnościowym, ale powiązaną z siłą zbiorowego przekazu telewizyjnego: tu i teraz.

Jest jeszcze jedna ogroma korzyść płynąca z “second screen”, której nadawcy zdają się w pełni nie doceniać. Własne aplikacje dają możliwość poznania z osobna każdego zaangażowanego widza. Aby oddać swój głos albo wypowiedzieć się na czacie, użytkownik loguje się za pomocą Facebooka. W ten sposób udostępnia nam publiczne dane swojego profilu. Wiemy jak się nazywa, ile ma lat, skąd pochodzi, czym się zajmuje, jakie ma zainteresowania. Proste rozwiązanie obecne w internecie od wielu lat otwiera nowe możliwości segmentacji przekazu. Pozwala nie tylko z chirurgiczną precyzją śledzić zaangażowanie poszczególnych grup widzów, ale też buduje długoterminową bazę odbiorców, którzy zostaną z nadawcą po zakończeniu emisji programu.

W USA czy Europie Zachodniej rozwiązania “second screen” nabierają tempa. Towarzyszą praktycznie wszystkim ważniejszym programom. Polscy nadawcy dopiero zaczynają się do nich przekonywać. Jedną z głównych przyczyn są dosyć wysokie koszty wdrożeń. Budowa dedykowanych aplikacji jest czasochłonna. Co więcej producenci programów telewizyjnych otrzymują aplikację, nad którą nie mają kontroli. W takich warunkach trudno jest osiągnąć satysfakcjonujący zwrot z inwestycji, zwłaszcza że mamy do czynienia z innowacyjnym produktem, do którego reklamodawcy nie są jeszcze przyzwyczajeni.

Moim zdaniem przyszłość “second screen”, podobnie jak w przypadku innych technologicznych produktów związanych z zarządzaniem treścią, należy do platform pozwalających nadawcom na samodzielne budowanie aplikacji osobom bez umiejętności programistycznych. Technologia standaryzuje się, natomiast wyzwaniem staje się stworzenie atrakcyjnej dla odbiorców interakcji oraz nowatorskich produktów sprzedażowych dla klientów. To juz pole do popisu dla samych nadawców i ich ekip producenckich. Im szybciej zaczną eksperymentować z “drugim ekranem”, tym większe szanse na zdobycie unikalnego know-how i wypracowanie przewagi konkurencyjnej.

4screens to platforma do budowy interaktywnych aplikacji dostępnych na wielu ekranach (mobile, tablet, desktop, TV, digital signage). Oferuje rozwiązania przeznaczone dla nadawców TV (second screen), nadawców radiowych (jako narzędzie komunikacji ze słuchaczami), organizatorów eventów, w handlu detalicznym, jak również do promocji marki (content marketing). W Polsce z “second screen” dostarczonego przez 4screens korzystali m.in. 4funTV, TVP (m.in. “Voice of Poland”) oraz TVP (“You Can Dance” oraz “Kuba Wojewódzki”).

Bartek CiszewskiW rozwiązaniach “second screen” technologia powinna być przeźroczysta
read more

4screens – platforma do budowy interaktywnych aplikacji – dostanie kilka mln zł na rozwój

Polski startup 4screens.net pozwala firmom z branży medialnej, marketingowej oraz e-commerce w prosty sposób tworzyć interaktywne aplikacje dostępne na wielu ekranach. Już teraz platforma dostarcza innowacyjne rozwiązania z (m.in. second screen oraz social hub) polskim nadawcom TV i właścicielom marek. Inwestycja ma pomóc wprowadzić usługę na globalny rynek B2B.

Internet Ventures FIZ, fundusz z Grupy MCI Management (MCI), którego współudziałowcem jest Krajowy Fundusz Kapitałowy (KFK), podpisał umowę inwestycyjną ze spółką NOPATTERN, producentem 4screens, platformy pozwalającej budować zintegrowane z mediami społecznościowymi aplikacje, umożliwiające interakcję z użytkownikiem w czasie rzeczywistym na wielu urządzeniach. Strony nie ujawniają dokładnej kwoty transakcji. Fundusz zainwestuje w spółkę kilka milionów złotych obejmując w niej mniejszościowe udziały.

Man listening to music

Z narzędzi 4screens korzystają polscy nadawcy telewizyjni m.in. TVN (“Kuba Wojewódzki”, “You Can Dance”), TVP (“The Voice of Poland”, “Dzięki Bogu Już Weekend” oraz “SuperSTARcie”) czy 4fun Media (aplikacja FunAPP dostępna w Google Play, App Store oraz Windows Store), a także przedstawiciele marek.

– Około 90 proc. wszystkich interakcji z mediami odbywa się na różnych ekranach – mówi założyciel oraz dyrektor zarządzający 4screens Piotr Szostak. – Coraz powszechniejszy jest tzw. multiscreening. Widzowie oglądają telewizję korzystając równocześnie z dodatkowego urządzenia (telefonu, tabletu, laptopa) z którym nadawcy muszą walczyć o uwagę. Aplikacje second screen zwiększają zaangażowanie odbiorców, oraz oferują nowe możliwości reklamowe – dodaje.

Dzięki modułowej strukturze, wykorzystując jeden silnik, 4screens realizuje potrzeby różnych grup klientów. Platforma jest przeznaczona dla nadawców telewizyjnych i radiowych, wydawców internetowych, organizatorów eventów, rynku e-commerce oraz przedstawicieli marek.

Od kilku lat realizujemy projekty second screen w Polsce, dlatego dobrze rozumiemy potrzeby rynku. Nasza platforma umożliwia budowę rozwiązań, które do tej pory wdrażało się wiele miesięcy, dużo szybciej i to za ułamek obowiązujących obecnie cen – mówi Piotr Szostak.

Man listening to music

Platforma 4screens pozwala budować własne, spersonalizowane aplikacje mobilne bądź strony internetowe zintegrowane w jeden system służące do angażowania odbiorców na wielu ekranach (urządzeniach mobilnych, komputerach osobistych, telewizorach, ekranach zewnętrznych). Można ją wykorzystać również do wzbogacenia istniejącej już aplikacji mobilnej bądź strony internetowej w interaktywne elementy (np. social hub, live feed, chat, quiz, voting).

– 4screens wpisuje się w najnowsze światowe trendy technologii mobilnych. Z jednej strony platforma umożliwia klientom samodzielną budowę aplikacji, z drugiej charakteryzuje się elastycznością ze względu na dostępność gotowych modułów, które można dowolnie modyfikować w zależności od potrzeb i na ich bazie tworzyć interaktywne aplikacje – mówi Tomasz Danis, zarządzający funduszem Internet Ventures. Platforma 4screens jest oferowana w modelu abonamentowym, jako usługa w tzw. chmurze (Software as a Service), dzięki temu model biznesowy posiada potencjał łatwego skalowania – dodaje.

Bartek Ciszewski4screens – platforma do budowy interaktywnych aplikacji – dostanie kilka mln zł na rozwój
read more

Deutsche Bank: Ignorancja młodych ludzi może ich słono kosztować

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Deutsche Bank, im Polak młodszy, tym mniej wie o inwestycjach i produktach finansowych, które pozwalają pomnażać pieniądze. Nie jest też nimi specjalnie zainteresowany. Nie wróży to dobrze przyszłości finansowej osoby wchodzącej na rynek pracy. Większość analiz pozbawia złudzeń na temat wydolności polskiego systemu emerytalnego. Pokolenie obecnych dwudziesto- i trzydziestolatków, będzie miało ogromny problem z zapewnieniem sobie starości na poziomie powyżej egzystencjalnego minimum, jeśli o odpowiednie zabezpieczenie finansowe nie zatroszczy się samodzielnie.

Deutsche Bank sprawdził, ile wiemy o funduszach inwestycyjnych. – Inwestowanie w jednostki TFI jest jednym z podstawowych sposobów na pomnażanie oszczędności z myślą o przyszłości, poza narzędziami takimi, jak lokata w banku. W świetle nasilających się negatywnych komunikatów na temat wydolności systemu emerytalnego chcieliśmy sprawdzić, na ile Polacy znają i rozumieją mechanizmy ich funkcjonowania i na ile będą skłonni aby sięgnąć po TFI w celu zabezpieczenia swojej przyszłości finansowej – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej Deutsche Bank.

Wśród uczestników badania tylko co dziesiąty zadeklarował, że posiada jednostki funduszy. Zdecydowana większość (59 proc.) ankietowanych, ani nigdy nie inwestowała, ani nie ma zamiaru inwestować w fundusze. Kolejne 10 proc. w ogóle nie ma pojęcia czym fundusze inwestycyjne są. – Ta niewiedza powoduje, że zdajemy się wyłącznie na najprosze, choć niezbyt efektywne w długiej perspektywie rozwiązania, jak lokaty czy konta oszczędnościowe – komentuje Monika Szlosek. Tak powstają stereotypy. Wśród respondentów zapytanych przez Deutsche Bank o to, jakie sformułowanie najbardziej kojarzy się z funduszami inwestycyjnymi, aż 12,5 proc. nie potrafiło wskazać takiego terminu, 9 proc. wybrało „duże straty”, a 3,5 proc. „inwestycję krótkoterminową”.

Młode pokolenie musi pogłębić wiedzę

Wyniki badania wyglądają jeszcze ciekawiej, jeśli spojrzeć na nie pod kątem wieku respondentów. Niechętny stosunek do funduszy, a przede wszystkim brak wiedzy na ich temat to głównie domena ludzi młodych. Dwie trzecie osób w wieku 18-24 lata nigdy nie miało do czynienia z funduszami i nie ma zamiaru w nie inwestować. Trzeba odnotować, że w przypadku tej odpowiedzi wynik nie różni się znacząco od innych grup wiekowych. Bardziej niepokoi fakt, że zdecydowanie największa liczba młodych (aż 37 proc.) zadeklarowała, że nie wie w ogóle, czym są fundusze inwestycyjne. Wśród pozostałych respondentów odsetek takich odpowiedzi oscylował wokół 6-9 proc. Niemal co piąta osoba w wieku 18-24 lata kojarzy termin fundusze z inwestycją krótkoterminową, a ponad 18 proc. 25-34–latków przede wszystkim ze skomplikowanym mechanizmem.

O swoją przyszłość trzeba zadbać już teraz

Jak pokazuje opublikowany w ostatnich dniach przez firmę doradczą Deloitte raport, w chwili obecnej na jednego emeryta przypadają około trzy osoby, za które odprowadzane są składki. W 2050 r. pierwsza grupa zwiększy się o milion, a druga zmniejszy aż o 2 mln osób. Na jednego emeryta będą przypadały tylko około dwie osoby, za które odprowadzane są składki – a to oznacza poważny problem z wypłatami wysokich emerytur. Dwudziesto- i trzydziestolatkowie mogą mieć poczucie, że problem jeszcze ich nie dotyczy. – Nic bardziej mylnego – przkeonuje Monika Szlosek. – Im dłuższy horyzont inwestycji, tym większa szansa, że na niej faktycznie zarobimy. Potrzebny jest czas, który pozwoli na osiągnięcie satysfakcjonującej stopy zwrotu, nerwowe ruchy nie sprzyjają zyskom – dodaje.

Jak zaznacza Monika Szlosek z Deutsche Bank, podstawową zasadą każdego inwestora powinno być to, aby korzystać z takich instrumentów, które są dla niego zrozumiałe. Bez względu na to, jakimi kwotami dysponuje. – Niestety nasze badanie pokazuje, że fundusze to produkt inwestycyjny rozumiany w bardzo niewielkim stopniu, a im młodsza generacja, tym poziom deklarowanej wiedzy jest mniejszy – dodaje.

Wielu osobom, szczególnie młodym, może się wydawać, że trudno im będzie wygospodarować środki, które będą mogły regularnie inwestować z myślą o przyszłości, bliższej czy dalszej. Monika Szlosek z Deutsche Bank podkreśla, że w inwestowaniu, tak jak w oszczędzaniu ważna jest systematyczność. Czekając na moment, kiedy będziemy dysponować większą kwotą możemy nigdy niczego nie odłożyć. – Wpłaty mogą być niewielkie, znacznie bardziej istotne jest, aby były one inwestowane rozważnie i systematycznie. Uśrednianie ceny poprzez regularne zakupy to bardzo skuteczna strategia minimalizowania ryzyka inwestycyjnego – mówi.

Aby zachęcić Polaków do inwestowania banki i inni dystrybutorzy regularnie przygotowują różnego rodzaju promocje. Wspomagają ich niskie stopy procentowe i mało atrakcyjne oprocentowanie lokat. Osoby szukające ponadprzeciętnych zysków ze swoich oszczędności nie mają innego wyjścia, jak tylko przeniesienie ich części na rynek kapitałowy. Deutsche Bank wprowadza np. do funduszy inwestycyjnych znany z innych produktów (jak np. konta osobiste) mechanizm „cashback”. Klient dokonujący zakupu jednostek funduszy w Deutsche Bank, otrzyma bonus w postaci 1 proc. zainwestowanego kapitału, a dodatkowo nie poniesie opłat wstępnych za zakup jednostek. Premia może wynieść od 50 zł dla kwoty 5 tys. zł do maksymalnie 20 tys. zł brutto dla kwoty 2 mln zł. Minimalna kwota, którą klient musi zainwestować to 5 tys. zł, ale uczestnik promocji może także dokonać dowolnej liczby wpłat na sumę min. 5 tys. zł.

Bartek CiszewskiDeutsche Bank: Ignorancja młodych ludzi może ich słono kosztować
read more

Możesz samodzielnie zwiększyć swój zysk z inwestycji w fundusze

Na koniec grudnia ubiegłego roku środki powierzone w zarządzanie działającym w Polsce towarzystwom funduszy inwestycyjnych osiągnęły poziom 209 mld zł. Jak podał portal analizyonline.pl w całym 2014 roku saldo wpłat i wypłat do TFI wyniosło +12,1 mld zł. Utrzymujące się na niskim poziomie stopy procentowe i niemrawa giełda pozwalają według ekspertów spodziewać się, że również w  tym roku coraz większą część naszych oszczędności będziemy przeznaczać na inwestycje w TFI. Zdradzamy kilka sposobów na to, jak z tych inwestycji wycisnąć jeszcze więcej.

Podstawową motywacją do inwestowania w fundusze jest chęć osiągnięcia większego zysku, niż na lokacie w banku – pokazuje badanie Deutsche Bank przeprowadzone pod koniec 2014 roku. Taką odpowiedź wskazało więcej niż połowa badanych zapytanych o to, z jakiego powodu byliby zainteresowani inwestycją w TFI (53 proc.).  Zysk z inwestycji w fundusz to przede wszystkim kwestia wyniku, jaki on wypracuje. Pojedynczy inwestor indywidualny ma na to ograniczony wpływ. Efekty aktywności towarzystw zależą od wielu czynników – od talentów i wiedzy nimi zarządzających po globalną sytuację makroekonomiczną. Każdy jednak inwestor, nawet początkujący, może przyczynić się do tego, że ze swojej inwestycji wyciągnie więcej. Wystarczy, że umiejętnie uniknie opłat, które wiążą się z powierzeniem swoich pieniędzy funduszowi i będzie czujnie wypatrywał okazji. W walce o nasze oszczędności tak banki, jak i same fundusze sięgają do coraz ciekawszego asortymentu zachęt.

Nie płać, jeśli nie musisz

Nabywając jednostki uczestnictwa w funduszach trzeba być przygotowanym na dwa podstawowe rodzaje opłat – za nabycie jednostek i zarządzanie nimi. Prowizję za nabycie, jak sama nazwa wskazuje, ponosimy kiedy kupujemy jednostki. To, jak wysoki będzie to procent, zależy od rodzaju funduszu. Dla najbardziej obecnie popularnych funduszy rynku pieniężnego jest ona obecnie bliska zeru. Jednak decydując się na niektóre fundusze akcji, musimy liczyć się z ok 4-5 proc. prowizji. Oznacza to, że na każde 10 tys. zainwestowane w agresywny fundusz, już na wejściu tracimy do 500 zł. Drugiej opłaty trudno jest uniknąć. Pobierana jest najcześciej raz w roku, a jej wysokość zależy od wartości inwestycji. Jest ona też zależna od typu funduszu – im bardziej agresywny, tym jest ona wyższa. Aktualnie, fundusze w Polsce pobierają maksymalnie ok. 4 proc. za zarządzanie powierzonymi im środkami. Dlatego pierwszą zasadą inwestora, który chce maksymalizować swój zysk, jest poszukiwanie takiego funduszu i takiego dystrybutora, gdzie opłata za nabycie jest możliwie jak najniższa, albo w ogóle nie jest pobierana.

Zarabiaj od ręki

Warto też pamiętać, że nawet w miejscach, gdzie opłaty za nabycie są zazwyczaj pobierane, można też dość regularnie zakupić jednostki w promocji i uniknąć tego kosztu lub znacząco go obniżyć. Banki, we współpracy z TFI regularnie organizują promocje, mające na celu zachęcenie Polaków do przeniesienia części oszczędności z nisko oprocentowanych obecnie ROR-ów, kont oszczędnościowych i lokat, do funduszy. Rynek jest tak konkurencyjny, że czasem zmniejszenie opłaty o połowę albo jej zlikwidowanie może już nie wystarczać. Niedawno Deutsche Bank wprowadził cashback za nabycie funduszy za jego pośrednictwem. Jak wyjaśnia Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej w Deutsche Bank, pomysł promocji ze zwrotem części środków zainwestowanych w TFI przyszedł z Włoch i Hiszpanii. – Doświadczenie naszego banku z taką ofertą były bardzo pozytywne na obu tych rynkach. Dlatego, zdecydowaliśmy się zaproponować cashback za nabycie jednostek TFI klientom – mówi Monika Szlosek. Mechanizm promocji jest bardzo prosty – klient kupuje w Deutsche Bank fundusze spośród oferty kilkunastu TFI, a bank wypłaca mu bonus w postaci 1 proc. zainwestowanego kapitału. Maksymalny zwrot, jaki przewidział bank, to nawet 20 tys. zł (przy wpłacie 2 mln zł), ale na bonus można liczyć już przy wpłacie 5 tys. zł.

Dwa w jednym

Innym sposobem na zwiększenie zysku z funduszu, już w momencie jego nabycia, jest skorzystanie z oferty wiązanej – czyli z funduszu z lokatą. To rozwiązanie szczególnie atrakcyjne dla klientów, którzy z funduszami nie czują się jeszcze pewnie i szukają rozwiązania z gwarantowanym zyskiem. Lokata z funduszem to produkt łączony – część wpłacanych pieniędzy trafia na wysokooprocentowaną lokatę, a reszta jest inwestowana w wybrane fundusze. W zależności od oferty, różny będzie stosunek pieniędzy wędrujących na lokatę, do tych przekazywanych do TFI. Najczęściej im większą część pieniędzy zdecydujemy się przeznaczyć na inwestycje, tym większy procent uzyskamy na kwocie pozostającej na lokacie. Najlepsze oferty to nawet 8 proc. rocznie dla lokaty na 3 miesiące. To ewenement, jako że, jak podaje porównywarka finansowa Comperia.pl, najlepsze oferty standardowych lokat o takiej długości nie przekraczają dziś 4,5 proc. Dodatkowo, w ramach promocji można zazwyczaj liczyć na obniżoną prowizję od zakupu jednostek funduszy, a nawet na jej całkowite zniesienie.

Im dłużej tym lepiej


Zarówno TFI, jak i banki liczą na klientów, którzy zainteresowani są długim horyzontem inwestycyjnym. Im dłuższa deklarowana relacja z towarzystwem, tym większe potencjalne zniżki w opłatach dystrybucyjnych. Jeśli zamiast jednorazowego zakupu jednostek, zdecydujemy się na  program systematycznego oszczędzania, deklarując wpłatę określnej kwoty przez dłuższy czas, TFI wynagrodzi naszą przyszłą lojalność premią. Opłata dystrybucyjna będzie niższa niż standardowa. To dobra motywacja. Warto też pamiętać, że im dłuższy horyzont inwestycji, tym większa szansa, że na funduszu faktycznie zarobimy. Zanim podpiszemy umowę z TFI na taki długoterminowy program, trzeba też koniecznie sprawdzić, ile będzie nas kosztowało wcześniejsze zakończenie tej relacji. To dlatego, że oprócz opłaty za zarządzanie, czy opłat dystrybucyjnych, klienci towarzystw muszą się również liczyć z opłatą umorzeniową. Na polskim rynku jest ona pobierana zwykle przy takich inwestycjach, gdzie z góry określony jest termin zapadalności, a także w programach regularnego oszczędzania (w „tradycyjnych” funduszach jest rzadkością). Jest to, jak łatwo się domyślić, prowizja pobierana w chwili umorzenia jednostek, czyli wyjścia z inwestycji. Opłata umorzeniowa będzie wskazana w cenniku TFI.

Bartek CiszewskiMożesz samodzielnie zwiększyć swój zysk z inwestycji w fundusze
read more