Blog

Webinarium: Na czym polega content marketing

W sierpniu przeprowadziłem webinarium dla osób odpowiedzialnych za promocję produktów i usług z sektora B2B. Obecnych było prawie 150 osób, a mimo ponad godzinnego wystąpienia liczba zalogowanych nie spadła ani na moment poniżej 75. Jeszcze raz dziękuję wszystkim obecnym.

Oto zapis z wystąpienia, na którym opowiadałem m.in. o tym:

Czym jest Content Marketing?
Dlaczego Twoja firma powinna stosować CM?
Dlaczego CM jest stworzony dla sektora B2B?
Jakie treści powinny towarzyszyć kolejnym etapom ścieżki zakupowej?
Jak dystrybuować treści?
Jak mierzyć ich efektywność?
Jak wyznaczać cele i stworzyć strategię CM?
Dlaczego CM wymaga Platformy?

Pełen cykl webinariów dostępny jest pod tym adresem.

Bartek CiszewskiWebinarium: Na czym polega content marketing
read more

Sondaż DB: W co warto inwestować

Królują nieruchomości. Za nimi długo nic, a na czele peletonu: złoto, giełda i… lokata. Potem dzieła sztuki, fundusze i… obligacje. Zestawienie najbardziej zyskownych inwestycji według Polaków wydaje się zaskakujące, ale jest w tym szaleństwie metoda. Niestety wciąż jesteśmy głusi na najbardziej oczywistą odpowiedź, dzięki której nasze pieniądze mogą zacząć na nas pracować, przynosząc oczekiwany zysk.

Prawie połowa Polaków wciąż uznaje inwestycję w nieruchomości za najbardziej zyskowną. Taką odpowiedź wskazało aż 45 proc. ankietowanych w najnowszym badaniu Deutsche Bank. Odsetek ten nie zmienia się od czterech lat. Prawdziwe historie z czasów boomu sprzed 2007 roku, kiedy to wartość wielu domów i mieszkań wzrosła kilkukrotnie, są na tyle inspirujące, że legenda jest wciąż żywa. Nawet pomimo tego, że nieruchomości w ostatnich latach potaniały.

najbardziej zyskowna forma inwestycji

Siłę przyzwyczajenia widać też w ocenie zyskowności kolejnych inwestycji. Złoto jest uznawane za korzystną inwestycję przez ponad 7 proc. osób, chociaż w ostatnich trzech latach uległo znacznej przecenie. Podobnie lokata bankowa, której wysokie oprocentowanie sprzed kilku lat, sięgające dwucyfrowych liczb, było ewenementem spowodowanym m.in. reakcją rynków na gigantyczny kryzys finansowy. Warto zatem rozważyć, jakie są alternatywy, dzięki którym nasze pieniądze, zamiast wyłącznie leżeć na niskooprocentowanych lokatach, zaczną efektywnie pracować.

Zyskowne nieruchomości?

– Jednym z największych błędów w ocenie potencjalnego zysku z nieruchomości jest przywiązywanie zbyt dużej wagi do danych historycznych. A to często prowadzi do błędnych decyzji – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej Deutsche Bank.

W tę pułapkę wpadło wielu inwestorów. W latach 2004-2006 ceny mieszkań w największych polskich miastach podwoiły się, a w niektórych nawet potroiły. Pamiętajmy jednak, że tego typu dane dotyczą cen średnich, tymczasem rynek nieruchomości jest bardzo zróżnicowany. Nietrafione zakupy nie zyskały na wartości, natomiast największe okazje, perspektywicznie położone i dobrze skomunikowane, przyniosły inwestorom w krótkim czasie ogromny zysk.

– W głowach Polaków zrodził się mit o inwestycji w nieruchomości, na której można zarobić wielkie pieniądze. Osoby, które na tej fali kupiły nieruchomość po 2006 roku mocno się rozczarowały – mówi Monika Szlosek. – Nie oznacza to, że były to nietrafione inwestycje. Trzeba jednak pamiętać, że atut nieruchomości widać dopiero z perspektywy czasu, często kilkunastu czy kilkudziesięciu lat. Kupowanie mieszkań z myślą o sprzedaży za kilka lat jest ryzykowny, a dodatkowo wymaga znacznego kapitału – mówi.

Przekonały się o tym osoby, które przyjęły takie założenia siedem lat temu. Indeks średnich cen nieruchomości w Polsce mierzony co miesiąc przez firmę Home Broker spadł w tym czasie z 1000 punktów w grudniu 2007 r., do zaledwie nieco ponad 800 punktów obecnie.

Nie wszystko złoto…

O ile nieruchomości mają swoje wyjątkowe zalety w porównaniu z innymi inwestycjami: są funkcjonalne, kupujący mają szansę na własną rękę znaleźć wyjątkowe okazje, w długim terminie powinny zyskać na wartości, to druga pozycja na liście „najbardziej zyskownych” według Polaków form pomnażania pieniędzy jest dużo bardziej kontrowersyjna.

Jeszcze w 2011 r. aż 13,4 proc. ankietowanych przez Deutsche Bank wskazywało złoto, jako najbardziej zyskowną inwestycję. Obecnie już tylko 7,2 proc. Przyczyną są oczywiście okresowe wahania ceny złota. Akurat tak się składa, że w 2011 r. jego cena sięgnęła historycznych rekordów i wynosiła 1800 dol. za uncję. Wspięła się na ten poziom z nieco ponad 400 dol. za uncję w 2005 r. Szczęśliwcy, którzy nabyli złoto 10 lat temu zarobili 450 proc. w ciągu 6 lat. Wygląda na najlepszą inwestycję świata? Nie dla tych, którzy zaopatrzyli się sztabki w latach 2011-2012. Od tego czasu cena złota spadła już do około 1100 dolarów za uncję.

– Złoto jest bardzo specyficznym aktywem. Zastosowanie praktyczne metalu jest bardzo ograniczone, a jego wysoka wartość jest spowodowana tym, że wciąż funkcjonuje jako rezerwa w wielu bankach centralnych i postrzegane jest jako alternatywa dla współczesnego pieniądza – tłumaczy Monika Szlosek z Deutsche Bank. – Oznacza to, że jego przyszła cena w dużym stopniu zależy od decyzji gospodarczo-politycznych na najwyższym światowym szczeblu. Równie dobrze może poszybować w górę, co w dół. Dlatego można traktować je jako uzupełnienie portfela, swoiste ubezpieczenie na wypadek załamania się światowych walut, jednak inwestowanie w złoto znacznych oszczędności to już bardzo ryzykowna gra – dodaje.

Na trzecim miejscu najbardziej zyskownych inwestycji zdaniem Polaków znalazła się giełda. Z jednej strony to trafna ocena, bo wytrawni albo najszczęśliwsi gracze inwestując w akcje szybko rozwijających się niewielkich spółek mogą pomnożyć pieniądze w ciągu kilku dni. Jednak w tym samym czasie pechowcy tracą na nieudanych zakupach.

Od około pięciu lat indeks WIG20 trzyma w miarę stabilny poziom, jednak na horyzoncie pojawiają się oznaki poprawy światowej koniunktury. W niepamięć odchodzi też wspomnienie załamania cen akcji z lat 2007-2008, kiedy to indeks stracił ponad dwukrotnie na wartości. Ma to odzwierciedlenie w ocenach Polaków: w 2011 r. grę na giełdzie za najbardziej zyskowną inwestycję uznawało 4 proc. ankietowanych, a teraz już 7 procent.

Największe niedopatrzenie

Prawie 7 proc. ankietowanych w badaniu Deutsche Bank wskazało na lokatę bankową jako na najbardziej zyskowną formę inwestycji, 2,6 proc. za taką uznało obligacje. – To ocena, która zaskakuje. Obligacje są z pewnością jednymi z najbezpieczniejszych produktów inwestycyjnych, ale właśnie dlatego zysk jest mocno ograniczony – komentuje Monika Szlosek. – Jeśli chodzi o ogólnodostępne produkty finansowe, dużo większy potencjalny zysk oferują fundusze – zauważa.

Sprawdźmy. Obecnie większość lokat terminowych, także tych na 1-2 lata, daje zarobić poniżej 3 proc. w skali roku. Oprocentowanie dwuletnich obligacji skarbowych to 2 proc., a czteroletnich 2,3 proc. Nie jest to zatem najbardziej zyskowna inwestycja.

Z największym niedoszacowaniem wśród ankietowanych spotkały się fundusze. Za najbardziej zyskowne uznało je mniej niż 4 proc. ankietowanych. – To zaskakujący wynik. Można przyjąć różne kryteria składające się na ogólną ocenę „zyskowności”: potencjalną roczną stopę zwrotu, ryzyko straty, elastyczność wejścia i wyjścia z inwestycji, barierę wejścia, wyniki historyczne, możliwość inwestycji w długim terminie. Jakkolwiek je nie zestawić, z punktu widzenia inwestora indywidualnego fundusze wypadają bardzo atrakcyjnie – mówi Monika Szlosek.

Spośród 450 najbardziej agresywnych funduszy akcji dostępnych w ofercie Deutsche Bank aż 200 w ciągu ostatnich 36 miesięcy, w czasie gdy WIG20 dryfował, wypracowało zysk przekraczający 40 procent, czyli ponad 13 proc. w skali roku. Pięć wiodących pozwoliło zarobić ponad 50 proc., a najlepszy prawie 70 proc. w skali roku. Inwestycje w akcje to oczywiście także ryzyko straty, ale sprawnie zarządzane fundusze je ograniczają. Straty w tym okresie odnotowało 60 funduszy.

średnie zyski z funduszy 2009-2014

Warto jednak również pamiętać, że fundusze są zróżnicowane i są wśród nich dostępne także dużo bezpieczniejsze kategorie, jak np. fundusze stabilnego wzrostu. Spośród 20 dostępnych w ofercie Deutsche Bank produktów z tej grupy, w ciągu ostatnich 3 lat wszystkie przyniosły zysk. Zaledwie cztery mniejszy niż 4 proc. rocznie, a aż 8 przekraczający 7 proc. w skali roku. Najlepsze dwa dały zarobić ponad 10 proc. rocznie.

– Najbardziej zyskowna inwestycja to trudne do zdefiniowania pojęcie. Pewnie najszybciej z dnia na dzień można zarobić kupując akcje niewielkiej spółki albo obraz genialnego, a nieodkrytego jeszcze  artysty. Są to jednak spekulacje, na których równie łatwo można stracić – mówi Monika Szlosek. – W mojej ocenie, jeśli chodzi o długoterminowe inwestycje, pozwalające naszym pieniądzom pracować przy jednoczesnym ograniczaniu ryzyka straty, zdywersyfikowany portfel funduszy jest najlepszym wyborem – dodaje.

Bartek CiszewskiSondaż DB: W co warto inwestować
read more

Micro Moments – rewolucja, której nie możesz przespać

W świecie deweloperów aplikacji mobilnych to jeden z najważniejszych trendów bieżącego roku. Ogromne wyzwanie, ale i szansa dla wszystkich uczestników rynku: producentów sprzętu i oprogramowania oraz użytkowników. Na czym polegają “mikrochwile” i co oznaczają dla firm i organizacji, które wykorzystują aplikacje mobilne w marketingu?

clocks

Nasze zachowania zmieniają się pod wpływem technologii. Jak zauważają autorzy książki “The Mobile Mind Shift”, tytułowy “mobilny mózg” działa inaczej niż ten sprzed ery smartfonów. Koncentruje się jedynie na chwilę, by tu i teraz wykonać zadania. Podejmuje szybkie decyzje, które chce egzekwować natychmiast. Szuka jednoznacznych odpowiedzi. Jak dojadę? Ile lat ma ten aktor? Gdzie w pobliżu zjem obiad? Ile to powinno kosztować? Co inni sądzą na temat tego produktu?

Kilka sekund, za to kilkadziesiąt razy na dobę

Aby zrealizować te potrzeby, wchodzimy w szybkie interakcje z narzędziami – zazwyczaj z przeglądarką albo aplikacją mobilną. Zwykle trwają one zaledwie kilka sekund. – Proste impulsy, jak powiadomienia, dźwięki czy nawet bodźce dotykowe, skłaniają konsumentów do podjęcia określonych działań zarówno na urządzeniach, jak i w świecie rzeczywistym. To są właśnie micro moments – piszą w prognozie trendów na 2015 rok analitycy Forrestera.

Nazwa może mylić. Mikrochwile mogą mieć ogromne znaczenie. Są rozproszone, ale składają w dziesiątki minut, nawet w godziny. Dzieje się tak dlatego, że zaglądamy do smartfonów coraz częściej. Wedlug należącego do Yahoo Flurry Analytics liczba najaktywniejszych użytkowników rośnie dużo szybciej niz pozostałych. W badaniu określono trzy grupy: “regularnych”, którzy korzystają z telefonu do 16 razy na dobę, “superużytkowników” – od 16 do 60 razy na dobę, oraz “uzależnionych” – korzystających ponad 60 razy na dobę. W ciągu roku liczba tych pierwszych zwiększyła się o 23 proc. do 784 milionów w skali świata, a tych ostatnich, aż o 123 proc. do 176 milionów. To bardzo wyraźny trend, którego nie można zignorować.

Tu i teraz, czyli w wielu różnych kontekstach

Jeszcze kilka lat temu ekscytowaliśmy się możliwością odnalezienia wszystkich informacji w internecie. One nadal tam są, jest ich nawet więcej, jednak zmienił się sposób, w jaki ich szukamy. Rozkład jazdy sprawdzaliśmy zawczasu, siedząc przed ekranem komputera, zanim wyszliśmy z biura. Wypatrzony w sklepie rower kupowaliśmy taniej w sklepie internetowym, ale dopiero po powrocie do domu. Wszystkie te czynności wykonywaliśmy w tym samym środowisku – w przeglądarce komputera osobistego.

W świecie mobilnym nadal z niego korzystamy, ale naprzemiennie ze smartfonem i tabletem, podłączonymi szerokopasmowo do internetu. Jak podała firma comScore, w styczniu urządzenia mobilne wygenerowały ponad połowę całego ruchu w amerykańskim internecie. Aż 47 procent wszystkich pobranych i wysłanych danych obsługiwały aplikacje, a 8 procent mobilne przeglądarki.

Współczesny odbiorca mediów przełącza się z jednego ekranu na drugi, wykonując różne czynności. Te interakcje zmieniają się w zależności od kontekstu, jednak naturalnie oczekujemy, że działanie podjęte na jednym urządzeniu będzie można kontynuować na innych.

Na desktopie w domu uzupełniamy listę zakupów, a w sklepie odczytujemy ją z telefonu, który możemy wykorzytać też do skanowania kodów i sprawdzenia informacji o produkcie. Nie zdziwi nas, jeśli przechodząc obok ekranu LCD w sklepie zobaczymy, co inni klienci sądzą o produkcie, który my dopiero zamierzamy kupić, bo nasza lista skontaktuje się z zamontowanym tam beaconem.

Korzystając z kolei z aplikacji serwującej wiadomości oczekujemy od niej, że sama do nas przemówi, kiedy coś się wydarzy, tak jak aplikacje społecznościowe, np. Facebook. Powiadomienia muszą być interaktywne i dostosowane do naszych oczekiwań. Dodatkowo chcemy mieć możliwość oceny artykułu, skomentowania go, polubienia albo udostępnienia innym. Na tym nie koniec. Aplikacja newsowa powinna też od razu prezentować wybrane posty z Twittera i Facebooka oraz pozwolić użytkownikom włączyć się do dyskusji, czy też wyjść z aplikacji i odebrać powiadomienie o nowym komentarzu za jakiś czas – na dowolnym urządzeniu.

Większość obecnych aplikacji popadnie w zapomnienie

Pulpity telefonów są pełne zainstalowanych aplikacji, ale większość z nich nie jest używana. Według Forrestera amerykański użytkownik smartfona korzysta średnio z 24 aplikacji w miesiącu, jednak aż 80 proc. czasu spędza na zaledwie pięciu. Jak łatwo się domyślić, dominują najwięksi: Facebook, YouTube, Mapy, Pandora i Gmail zabierają prawie 30 procent uwagi poświęconej wszystkim aplikacjom przez dorosłych użytkowników smartfonów.

Producenci aplikacji uczą się od najlepszych, jak angażować odbiorców. Według danych firmy analizującej rynek mobilny Localytics, podczas gdy w 2011 roku zaledwie 26 proc. aplikacji została użyta więcej niż 11 razy, już w 2014 roku odsetek ten wzrósł do 39 procent.

Jednak badania Nielsena sugerują, że tort do podziału nie może rosnąć w nieskończoność. Analitycy podejrzewają, że mogliśmy dotrzeć do górnego limitu. Mimo znacznego wzrostu średniego czasu spędzonego na używaniu jakichkolwiek aplikacji (z 23 do 30 godzin), liczba aplikacji wykorzystywanych choć raz w miesiącu pozostała bez zmian (średnio od 26 do 27). Jeśli rzeczywiście granica istnieje, oznacza to jeszcze większe korzyści dla tych, którzy znajdą się wśród aktywnie używanych aplikacji.

Jednym z poważniejszych problemów rynku twórców aplikacji jest od kilku lat tzw. fragmentacja. Chociaż wydawałoby się, że jest on starannie podzielony pomiędzy trzy czołowe ekosystemy, to ogromna liczba obsługiwanych w ich ramach urządzeń, szczególnie na platformie Android, różna jakość łącza internetowego oraz przede wszystkim różny kontekst korzystania z aplikacji sprawiają, że dostosowywanie się do każdego z tych parametrów z osobna stało się bardzo uciążliwe.

Dlatego w Dolinie Krzemowej okrzyknięto koniec “odizolowanych aplikacji”. Mają je zastąpić platformy, w których jeden proces może być obsługiwany przez szereg krótkich interakcji dokonywanych na różnych urządzeniach, w sposób zależny od kontekstu. Silnik aplikacji bedzie ten sam, lecz elastyczny interfejs zaadaptuje się do każdej sytuacji.

Katalizatorem tych zmian jest otwarcie się największych ekosystemów na zewnętrznych deweloperów. Zarówno Google, Apple, jak i Microsoft ścigają się w udostępnianiu coraz to nowych API, które silniej integrują zewnętrzne aplikacje z telefonem. Dla przykładu nowy iOS 8 pozwala zewnętrznym aplikacjom na współpracę ze sobą, dzięki czemu użytkownicy mogą wykonywać czynności w jednej za pośrednictwem innej. Zarówno Android jak i iOS8 pozwala już na obsługę aplikacji zewnętrznych z poziomu ekranowych powiadomień.

Do micro moments dostosowane są takie usługi jak Google Now czy Siri, które same próbują odgadnąć kontekst zadawanych przez użytkownika pytań. W najnowszych wersjach Androida czy iOS zewnętrzne aplikacje mogą być obsługiwane bezpośrednio z poziomu powiadomień telefonu.

Jak wykorzystać Micro Moments?

W wieloekranowym świecie aplikacje otrzymują wiele kilkusekundowych szans na zaangażowanie użytkownika. Trzeba je wykorzystać, aby dotrzeć do niego ze swoim przekazem. Trzeba połączyć pojedyncze chwile w historię. Każdy jej odcinek musi być dostosowany do kontekstu w jakim się pojawi, jednak za wszystkimi wariacjami interfejsu powinna stać jedna platforma, pozwalająca na kontrolę treści i spójny komunikat.

Odizolowane aplikacje nie spełnią tego wymogu. Muszą być umieszczone w ekosystemie dostępnym na każdym ekranie. Deweloperzy aplikacji muszą więc stworzyć platformę, w której z poziomu jednego panelu użytkownik będzie mógł obsłużyć wszystkie kanały, którymi może angażować odbiorców. Co więcej, na podstawie tych interakcji powinien być w stanie dostosować rozwiązanie do oczekiwań fanów, widzów czy klientów.

Co oznacza to dla firm wykorzystujących media do promocji swoich produktów i usług? Muszą jak najszybciej dostosować komunikację do micro moments. Warto trzymać się kilku podstawowych zasad:

– przekaz musi być dostępny w odpowiednim kontekście na każdym ekranie: laptopów, smartfonów, tabletów, zewnętrznych ekranów;

– aplikacje, które udostępniasz użytkownikom muszą być intearaktywne i angażujące. Powinny wysyłać im praktyczne powiadomienia i umożliwiać łatwą akcję (polubienie, głosowanie w ankiecie, komentarz);

– interakcje muszą odbywać się w czasie rzeczywistym. Klient musi od razu zobaczyć swój komentarz na ekranie sklepowym, a widz swoje polubienie na ekranie telewizora;

– inwestycja w aplikacje musi być efektywna kosztowo. Budowa własnych dedykowanych aplikacji na wszystkie platformy jest czasochłonna i kosztowna;

Micro moments są wyzwaniem dla deweloperów aplikacji, jednak dla firm i organizacji, wykorzystujących nowoczesne media dla content marketingu, są kolejnym trendem, w który trzeba się wpisać. Kto jako pierwszy odnajdzie się w nowej rzeczywistości, zyska przewagę nad konkurencją i zwiększy udziały w rynku.

photo: bjearwicke / freeimages.com

Bartek CiszewskiMicro Moments – rewolucja, której nie możesz przespać
read more

W rozwiązaniach “second screen” technologia powinna być przeźroczysta

placeit (13)

Angażowanie widzów za pośrednictwem aplikacji second screen nie jest celem, ale środkiem do zwiększenia oglądalności i stworzenia nowych kanałów przychodu dla nadawców. Najwyższy czas, aby przestali postrzegać je jako defensywną broń w walce o uwagę publiczności, lecz jako szansę.

Czy zdarzyło Ci się w czasie ulubionego programu sprawdzać pocztę, przeglądać Facebooka, szukać dodatkowych informacji na Wikipedii? Badania sugerują, że większość z Was powinna w tym momencie przytaknąć. Już czterech na pięciu widzów ogląda telewizję korzystając jednocześnie z drugiego ekranu, najczęściej smartfona, laptopa albo tabletu.

Kto miał okazję obserwować zachowanie nastolatków przed telewizorem, zauważy z kolei, że tylko od czasu do czasu odrywają wzrok od telefonu, gdy w TV dzieje się coś wyjątkowo ciekawego. W ich przypadku termin “second screen” nabiera innego znaczenia. Rozproszenie uwagi widza to nieodwracalny trend. Fala, która narasta z każdym pokoleniem.

Widzimy to śledząc statystyki naszych aplikacji. Te towarzyszące programom z młodą widownią są nie tylko popularniejsze, ale biją też rekordy zaangażowania. Podczas niedawnej emisji odcinka hitu wśród nastolatków użytkownik generował średnio aż 25 interakcji. Podczas godzinnego programu przeciętna długość sesji w aplikacji sięgała 28 minut! To prawie pół godziny nieprzerwanej interakcji widza z nadawcą na dwóch uzupełniających się ekranach jednocześnie.

Osią zaangażowania w naszych aplikacjach są quizy i ankiety w czasie rzeczywistym. Widz głosuje na występy uczestników konkursu, ocenia żarty prowadzących, wygląd gości. Użytkownicy mogą natychmiast sprawdzić, czy mają podobne zdanie co inni. Natomiast na ekranie telewizora pojawiają się wyniki ich głosowania a wraz z nimi zbiorowe emocje, bo od razu widać, czy werdykt jury zgadza się z oceną publiczności.

Te interakcje powodują spiralę zaangażowania. Kontrowersyjne decyzje jurorów, sprzeczne z vox populi, prowokują gwałtowny przyrost komentarzy na czacie oraz wzmianek dotyczących programu w mediach społecznościowych. Te pierwsze wciągają jeszcze mocniej w oglądane treści, te drugie są wirusową promocją nadawanego programu.

Co ciekawe, z naszych doświadczeń wynika, że apogeum zaangażowania wcale nie zbiega się z kulminacyjnym punktem nadawanego programu. Do eksplozji interakcji, sprawiających, że słupki rozsadzają nasze panele ze statystykami, dochodzi w regularnych odsępach… podczas emisji reklam. Znudzeni użytkownicy wpisują mechanicznie to, co widzą na ekranie. Na wyścigi zgadują nazwy reklamowanego produktu. Odruchowo stukają w ekrany smartfonów. To moment, w którym odpowiednio wykorzystana aplikacja second screen staje się żyłą złota. Dla reklamodawców i nadawców.

Połączenie telewizji z interaktywnym ekranem, wykorzystywanym już teraz przez widzów do czynności zakupowych, stwarza wiele możliwości: “zamów jazdę próbną!”, “kup podczas trwania programu o 15 proc. taniej”, “zobacz nasz katalog”! To szansa na skok, nadanie reklamie telewizyjnej nowego wymiaru użyteczności. Na zachodnich rynkach takie rozwiązania już są stosowane. Według badań Nielsena wśród amerykańskich widzów jedną z najpopularniejszych czynności “second screen” są zakupy.

Podczas emisji jednego programu użytkownicy naszych aplikacji wykonują w nich nawet pół miliona czynności. Jeśli chociaż kilka procent z nich nadawcy przekierują do sklepów swoich klientów, mają szansę otworzyć zupełnie nowe źródło przychodów. Nowoczesną reklamę rozliczaną w modelu efektywnościowym, ale powiązaną z siłą zbiorowego przekazu telewizyjnego: tu i teraz.

Jest jeszcze jedna ogroma korzyść płynąca z “second screen”, której nadawcy zdają się w pełni nie doceniać. Własne aplikacje dają możliwość poznania z osobna każdego zaangażowanego widza. Aby oddać swój głos albo wypowiedzieć się na czacie, użytkownik loguje się za pomocą Facebooka. W ten sposób udostępnia nam publiczne dane swojego profilu. Wiemy jak się nazywa, ile ma lat, skąd pochodzi, czym się zajmuje, jakie ma zainteresowania. Proste rozwiązanie obecne w internecie od wielu lat otwiera nowe możliwości segmentacji przekazu. Pozwala nie tylko z chirurgiczną precyzją śledzić zaangażowanie poszczególnych grup widzów, ale też buduje długoterminową bazę odbiorców, którzy zostaną z nadawcą po zakończeniu emisji programu.

W USA czy Europie Zachodniej rozwiązania “second screen” nabierają tempa. Towarzyszą praktycznie wszystkim ważniejszym programom. Polscy nadawcy dopiero zaczynają się do nich przekonywać. Jedną z głównych przyczyn są dosyć wysokie koszty wdrożeń. Budowa dedykowanych aplikacji jest czasochłonna. Co więcej producenci programów telewizyjnych otrzymują aplikację, nad którą nie mają kontroli. W takich warunkach trudno jest osiągnąć satysfakcjonujący zwrot z inwestycji, zwłaszcza że mamy do czynienia z innowacyjnym produktem, do którego reklamodawcy nie są jeszcze przyzwyczajeni.

Moim zdaniem przyszłość “second screen”, podobnie jak w przypadku innych technologicznych produktów związanych z zarządzaniem treścią, należy do platform pozwalających nadawcom na samodzielne budowanie aplikacji osobom bez umiejętności programistycznych. Technologia standaryzuje się, natomiast wyzwaniem staje się stworzenie atrakcyjnej dla odbiorców interakcji oraz nowatorskich produktów sprzedażowych dla klientów. To juz pole do popisu dla samych nadawców i ich ekip producenckich. Im szybciej zaczną eksperymentować z “drugim ekranem”, tym większe szanse na zdobycie unikalnego know-how i wypracowanie przewagi konkurencyjnej.

4screens to platforma do budowy interaktywnych aplikacji dostępnych na wielu ekranach (mobile, tablet, desktop, TV, digital signage). Oferuje rozwiązania przeznaczone dla nadawców TV (second screen), nadawców radiowych (jako narzędzie komunikacji ze słuchaczami), organizatorów eventów, w handlu detalicznym, jak również do promocji marki (content marketing). W Polsce z “second screen” dostarczonego przez 4screens korzystali m.in. 4funTV, TVP (m.in. “Voice of Poland”) oraz TVP (“You Can Dance” oraz “Kuba Wojewódzki”).

Bartek CiszewskiW rozwiązaniach “second screen” technologia powinna być przeźroczysta
read more

Media społecznościowe dla szkół językowych [prezentacja]

Prezentacja ze szkolenia dla Helen Doron Poland – angielski dla dzieci, które przeprowadził Bartek w ten weekend w Lublinie. Piękne miasto, bardzo sympatyczna organizacja. Franczyza zrzeszająca szkoły językowe stosujące autorską metodę nauczania to doskonały temat narracji w mediach społecznościowych. Pozwólcie tylko wypowiedzieć się zadowolonym rodzicom.

Dziękujemy za zaproszenie i życzymy powodzenia!

Bartek CiszewskiMedia społecznościowe dla szkół językowych [prezentacja]
read more

BGŻOptima podpowiada jak obniżyć rachunki za prąd

żarówka

Przeciętna polska rodzina płaci kwartalnie ok. 300 zł za prąd, każdego roku wydajemy więc na to 1200 złotych. Dla wielu gospodarstw domowych to spory wydatek, warto więc poszukać oszczędności. Wprowadzając kilka prostych zmian, można obniżyć rachunki za prąd o 20-25 proc. To oznacza 250-300 zł oszczędności w skali roku i to bez poważnych wyrzeczeń.

Pierwszym pomysłem jaki przychodzi do głowy gdy myślimy o oszczędzaniu energii będą prawdopodobnie energooszczędne żarówki. Jednak z danych Agencji Rynku Energii wynika, że na oświetlenie przeciętne polskie gospodarstwo domowe zużywa około zaledwie 20 proc. energii. Nie znaczy to bynajmniej, że nie warto tu szukać oszczędności.

Kwoty wydawane na oświetlenie można obniżyć przede wszystkim rezygnując z energetycznego marnotrawstwa – jak światła włączone w pustym pomieszczeniu. Szybko zwracającą się inwestycją są czujniki ruchu w domu czy mieszkaniu, dzięki którym światło włącza się tylko wtedy i tylko tam, gdzie rzeczywiście jest potrzebne. Dopiero kolejny etap to żarówki energooszczędne. Przy kupowaniu ich trzeba pamiętać, że zużywają dużo energii w chwili uruchamiania, nie sprawdzą się więc w miejscach, gdzie światło jest włączane tylko na chwilę, jak np. w toalecie. Nie każdy też lubi światło, jakie dają lampy wyposażone w energooszczędne żarówki. Dlatego coraz większą popularność zdobywają te w technologii LED, które zużywają mało energii, a jednocześnie dają światło o ciepłej barwie. Na razie jednak dobrej jakości żarówki LED są dość drogie.

Co jednak warto odnotować, według firm produkujących energię, największym prądożercą w naszych domach nie są wcale żarówki, a. lodówka. Jest ona włączona 24 godziny na dobę i siedem dni w tygodniu. Ten jeden sprzęt w naszym domu jest odpowiedzialny za 25-30 proc. zużycia energii. Rozglądając się za oszczędnościami warto więc zacząć od niej. Zatem wybierając chłodziarkę dla siebie koniecznie zwróć uwagę na tak zwaną klasę energetyczną. To literowo-znakowe oznaczenie, mówi o tym, ile energii zużywa dane urządzenie. Pamiętajcie jednak, że dane podawane przez producentów często mijają się z rzeczywistością (zupełnie jak w przypadku średniego spalania paliwa w samochodach).

Wyniki badań osiągane są w warunkach laboratoryjnych i dla przeciętnego użytkownika są nieosiągalne. Instytut Appliance Testing for Energy Label Evaluation (inicjatywa Komisji Europejskiej) zbadał deklarowane przez producentów parametry i okazało się, że zgadzają się one tylko w przypadku połowy lodówek. Przeglądając etykietę doliczmy więc 20-30 proc. do podawanego przez producenta zużycia energii.

Energooszczędność w granicach rozsądku

Obecnie najbardziej energooszczędne lodówki mają klasę A+++, ale jest ich niewiele i są dość drogie. Rozsądnym kompromisem pomiędzy ceną i energooszczędnością są aktualnie lodówki o klasie A++. Wprawdzie zużywają o 100-120 kWh rocznie więcej prądu (oszczędność na rachunkach rzędu 50-70 zł rocznie) niż te z trzema plusami, ale kosztują nawet o tysiąc złotych mniej. Różnice w cenach pomiędzy A++ i niższymi klasami są dużo mniejsze.

Ilość zużywanej przez lodówkę energii można też zmniejszyć przygotowując odpowiednie warunki pracy urządzenia. Zadaniem lodówki jest chłodzenie, więc jeśli postawimy ją obok sprzętów generujących ciepło, to będzie potrzebowała więcej prądu. Nie warto więc stawiać jej obok grzejnika, kuchenki czy zmywarki. Zadbajmy też o dobrą wentylację -lodówka powinna być odsunięta od ściany o 8-10 cm.

W trakcie codziennego użytkowania powinniśmy pamiętać o kilku zasadach. Przede wszystkim lodówka powinna być jak najkrócej otwarta. Trzeba więc dokładnie domykać drzwi i utrzymywać w środku porządek, który sprawi, że domownicy szybko znajdą niezbędne produkty i zamkną lodówkę zamiast długo ją wertować w poszukiwaniu jedzenia. Dodatkowo unikajmy wkładania do lodówki ciepłych potraw (będzie niepotrzebnie marnować energię na ich schłodzenie) oraz pilnujmy, by na jej ściankach nie gromadziła się wilgoć, bowiem wilgotne powietrze chłodzi się wolniej niż suche. Wilgotne potrawy lepiej więc włożyć do pudełka czy słoiczka, lub choćby owinąć folią aluminiową.

Pralka i zmywarka również mają klasy energetyczne, przy czym nowsze urządzenia zużywają nie tylko mniej prądu, ale i mniej wody, oszczędność może więc być podwójna. Kupując takie urządzenie trzeba przeliczyć, czy opłaca się inwestować w najwyższą klasę energetyczną. Zwiększony wydatek na energooszczędne urządzenie powinien zwracać się nie dłużej niż 7-8 lat. Pralka i zmywarka nie powinny robić "pustych przebiegów", im urządzenie będzie bardziej zapełnione, tym będzie efektywniej pracować. Znaczenie mają też parametry działania – pranie w wysokiej temperaturze to znacznie wyższe zużycie prądu, bo pralka musi wodę podgrzać.

Wyłączając wyłączaj!

Wg danych Energi, jednego z największych producentów energii elektrycznej w kraju, każdego roku Polacy wydają na prąd o 800 mln zł za dużo tylko przez to, że zostawiają domowe urządzenia w trybie czuwania ("stand-by"). Wychodząc do pracy zostawiamy telewizor, dekoder, router, komputer, odtwarzacz DVD i kilka kolejnych urządzeń, które powoli acz systematycznie zużywają prąd. Jedyna (wątpliwa) korzyść to fakt, że za pomocą pilota można taki telewizor szybko uruchomić po powrocie do domu. Aby nie marnować zbędnie prądu wystarczy wyłączyć urządzenie także przyciskiem on/off. Dobrym rozwiązaniem może być podłączenie całego zestawu RTV do jednej listwy (jeśli zainwestujemy w listwę dobrej jakości to przy okazji będzie ona chronić urządzenia przed przepięciami w sieci energetycznej) i wyłączanie jej wraz z końcem oglądania filmu czy meczu. Przez noc, czy podczas nieobecności domowników urządzenia te nie będą zużywać energii i rachunki za prąd spadną.

Sporo energii zużywać może także wyłączony komputer. Warto bowiem wiedzieć, że stojący pod biurkiem PC cały czas zasila wszystkie podłączone go jego portów USB i urządzenia takie jak dyski zewnętrzne (co z kolei one sygnalizują świecącą diodą). Jeśli nie wyłączymy komputera przełącznikiem z tyłu obudowy lub z sieci, może przez miesiąc zużyć prądu za kilka złotych.

Wyjeżdżając na dłużej warto nie tylko zadbać o dokładne wyłączenie telewizora czy DVD, ale można też zastanowić się nad opróżnieniem i wyłączeniem lodówki. Jeśli ze względu na zgromadzone zapasy jest to niemożliwe to można choć podnieść nieco temperaturę chłodzenia, bo na czas wyjazdu w środku zostaną raczej tylko produkty z długim terminem ważności, które w temperaturze 9-10 stopni nie stracą swych właściwości.

Wdrażając w domu plan oszczędzania prądu trzeba pamiętać o zachowaniu zdrowego rozsądku. Chodzi przede wszystkim o przekonanie domowników, że ucząc się paru prostych nawyków jesteśmy w stanie zaoszczędzić pieniądze. Gaszenie światła w pustym pomieszczeniu, rozsądne korzystanie z pralki i zmywarki, czy porządek w lodówce to nie są czynności wymagające niespotykanego zaangażowania. Podobnie jak wyciąganie z gniazdka ładowarki od telefonu i laptopa czy wyłączenie telewizora przyciskiem on/off, a nie tylko pilotem. Wyrabiając w sobie te nawyki możemy obniżyć rachunki za prąd nawet o jedną czwartą, co średnio przekłada się na 300 zł gotówki więcej w portfelu.

Marta Domańska-Trzaskoma, ekspertka Banku BGŻOptima

Bartek CiszewskiBGŻOptima podpowiada jak obniżyć rachunki za prąd
read more

Żyj sprytnie i oszczędzaj wodę

woda

Oszczędzanie wcale nie musi być trudne. Wystarczy pomyśleć, zmienić nieco nawyki i już kilkaset złotych rocznie przybędzie w naszym portfelu. Jednym ze sposobów szukania pieniędzy w domowym budżecie jest zmniejszenie rachunków za wodę. Poniżej kilka sposobów na to jako oszczędzać wodę. Wyliczenia przygotowaliśmy na podstawie normy średniego zużycia wody w gospodarstwie domowym, które według rozporządzenia Ministra Infrastruktury wynosi między 4,2 a 5,5 metra sześciennego na osobę miesięcznie. Przyjęliśmy średnią cenę wody wraz z odprowadzeniem ścieków podawaną przez portal cena-wody.pl. Na dzień 5 września 2013 roku wynosi ona 10,41 zł za m3. Część zużywanej przez nas wody musi być podgrzana i różne szacunki mówią, że dotyczy to 25-40 proc. wody. My przyjęliśmy poziom 30 proc., a cenę podgrzania wody na poziomie 15 zł za m3.

Eureka! Mam jeszcze prysznic
Grecki uczony Archimedes dokonał w wannie genialnego odkrycia. Jeśli jednak nam zależy głównie na oszczędzaniu wody, to wannę lepiej sobie darować. Taka kąpiel to bowiem jednorazowo zużycie co najmniej 200 litrów wody. Z kolei na szybki prysznic potrzeba jedynie 50 litrów. Zakładając, że w ciągu tygodnia zamienimy trzy kąpiele w wannie na prysznice to już rocznie możemy zaoszczędzić prawie 276 zł. To jeden z najprostszych i najbardziej skutecznych sposobów oszczędzania wody.
Zaciśnij zęby i zakręć kran

Może na niektórych szum wody lecącej z kranu w trakcie mycia zębów działa kojąco, jednak to czyste marnotrawstwo. Kilka minut takiego szczotkowania i już 15 litrów wody trafiło do kanalizacji. A gdyby tak odkręcać wodę tylko wtedy, kiedy naprawdę jej potrzebujemy, to spokojnie wystarczy 5 litrów. Zakładając, że myjemy zęby dwa razy dzienne, choć podkreślmy, że to zdecydowanie za mało, możemy zaoszczędzić 20 litrów wody każdego dnia, czyli 7,3 m3 rocznie, a to około 86 zł w naszym portfelu. Przy okazji warto wspomnieć, że właśnie z powyższych powodów dużo lepsze są baterie z mieszaczem wody, niż te tradycyjne z dwoma kurkami, gdzie zakręcanie i odkręcanie wody jest bardziej kłopotliwe.

Oszczędności z powietrza

W szukaniu oszczędności przyda nam się również trochę magii. Prosta sztuczka spowoduje, że wodę zastąpimy powietrzem. Z pozoru brzmi to niedorzecznie, ale wystarczy instalacja prostego urządzenia o nazwie perlator napowietrzającego wodę. Dzięki temu mamy wrażenie, że lecący z kranu strumień jest taki sam, choć w rzeczywistości wydobywa się z niego co najmniej 15 proc. mniej wody. Oczywiście jeśli potrzebujmy napełnić garnek, to i tak zużyjemy tę samą ilość wody, ale już w przypadku brania prysznica, czy mycia naczyń perlator na pewno nam się przyda. Jeśli przyjmiemy, że dotyczy to jednej trzeciej przelewanej w domu wody, i udaje się zmniejszyć zużycie o 15 proc., to w naszej kieszeni zostanie rocznie co najmniej 30 zł. Pozostaje jeszcze tylko inwestycja rzędu 10-20 zł za jeden perlator.

Kropla kosztów, morze oszczędności
Kap, kap, kap. Ten dźwięk bywa trudny do zniesienia. Niestety również finansowo, bo taki drobny przeciek może oznaczać poważne koszty. Według Wodociągów Ustka, jeśli z kranu co sekundę kapie kropla wody, to rocznie daje to nam 11 935 straconych litrów. I to zostanie dopisane do naszego rachunku. Wystarczy kapiący kran naprawić i zaoszczędzimy rocznie ponad 120 zł. Jeszcze więcej wody zmarnujemy jeśli mamy nieszczelną i cieknącą spłuczkę. Warto więc takie usterki usuwać jak najszybciej, żeby nie tracić pieniędzy w prozaiczny sposób.
Woda na młyn oszczędności

Zmniejszanie zużycia wody nie musi się ograniczać do wyżej wymienionych sposobów. Mycie naczyń w zapełnionej zmywarce jest dużo efektywniejsze niż robienie tego ręcznie. Poza tym im nowocześniejsza zmywarka, czy pralka tym zużycie wody będzie mniejsze. Kwiaty możemy podlewać wodą, w której wcześniej płukaliśmy warzywa. Lista pomysłów na to jak zmniejszyć zużycie wody jest długa. Jeśli podliczymy oszczędności z tych najważniejszych, wymienionych w naszym poradniku, otrzymamy wynik 515 zł rocznie. I to na jedną osobę. Pamiętajmy, oczywiście że to tylko symulacja i dla różnych gospodarstw domowych skala oszczędności może być inna. Jedno jest jednak pewne, tak jak kropla drąży skałę, tak nawet drobne oszczędności na zużyciu wody, pomogą podreperować domowy budżet. Co zrobić z takimi niespodziewanie wygenerowanymi oszczędnościami? Jeśli chcemy być konsekwentni – zainwestujmy je, aby pomnożyć. Możliwości jest wiele, zaczynając od zwykłego konta oszczędnościowego, przez lokaty, a na kupnie jednostek funduszy inwestycyjnych kończąc. Wyobraźmy sobie na koniec, jak wiele uda nam się w ten sposób zyskać po 10 latach oszczędzania… wody. Uzbiera się spokojnie na całkiem przyzwoite wakacje. Pamiętajmy: takie "wodne inwestycje" nic nas nie kosztują, możemy wyłącznie zyskać.

Marta Domańska-Trzaskoma, ekspert Banku BGŻOptima

Bartek CiszewskiŻyj sprytnie i oszczędzaj wodę
read more

Dlaczego social media manager musi chodziaż udawać zachwyt kotami [infografika]

ScreenShot144

Ładna i ogromna infografika została przygotowana przez fachowców z Nowsourcing (specjalistów w tej dziedzinie). Nasza fascynacja kotami ma wielotysięczne tradycje. Raz widzieliśmy w nich boga, innym razem wysłannika szatana, dzisiaj zastępują nam dziennikarzy i profesjonalnych szołmenów. Oto dlaczego

koty

Bartek CiszewskiDlaczego social media manager musi chodziaż udawać zachwyt kotami [infografika]
read more

Czas na drzemkę: Sen w trakcie dnia pomaga biznesowi

image

Serwis dailyinfographic.com sporządził bardzo ciekawe graficzne studium drzemki. Można na nim zobaczyć obyczaje z nią związane w różnych częściach świata, wpływ drzemki na zdrowie oraz wyniki firm. Drzemka nie tylko zmniejsza poczucie senności w trakcie dnia, ale podnosi nastrój, polepsza nasze interakcje z pracownikami, wytrzymałość i zdolności logicznego rozumowania. Infrastrukturę i politykę pozwalającą pracownikom drzemać w trakcie dnia wprowadziły najbardziej innowacyjne firmy jak Nike czy Google.

Bartek CiszewskiCzas na drzemkę: Sen w trakcie dnia pomaga biznesowi
read more

Prasa bez pośredników: Czy wierni czytelnicy zdołają utrzymać ulubiony tytuł?

Zaczynają powstawać pisma sponsorowane przed ich publikacją przez samych czytelników. Ciekawy artykuł o tym w dzisiejszej “Gazecie Wyborczej”.  Model, który testują na razie m.in. producenci gier, którzy szukają finansowania na serwisach takich jak kickstarter.com, przebija się do branży prasowej.

Na powstanie „De Correspondent” ponad 17 tys. osób wpłaciło po 60 euro. I gdy cyfrowa gazeta wystartuje, to za te 60 euro będą mieli wykupiony abonament na cały rok.

[…] Na początku tego roku z serwisu Daily Beast postanowił wynieść się – wraz ze swoim blogiem Daily Dish – popularny Andrew Sullivan. I ogłosił, że zamyka dostęp do treści, będzie oferował czytelnikom roczny abonament w wysokości 19,99 dol. Za darmo zostawił, na wzór dziennika „The New York Times”, możliwość czytania siedmiu artykułów w miesiącu. Początek był zaskakujący – w ciągu 24 godzin Sullivan miał na koncie ponad 330 tys. dolarów, po kilku tygodniach ta kwota urosła do 611 tys. dol. Potem entuzjazm nowych abonentów do płacenia przygasł. – W ciągu trzech miesięcy mamy już zebrane 72 proc. potrzebnej kwoty. Ale też ci abonenci, którzy i tak by dołączyli, już to zrobili. Teraz będzie nam coraz trudniej – napisał Sullivan na blogu. Wylicza, że na pokrycie kosztów całego projektu potrzebuje 900 tys. dolarów rocznie. I zaczął swoją ofertę zmieniać – wprowadził np. abonament miesięczny (1,99 dol.) i obciął znacząco bezpłatne czytanie do pięciu tekstów, i to na dwa miesiące.

W Polsce na razie skromnie, ale dzieje się:

Z kolei w Polsce ruszył magazyn publicystyczny „W Punkt”, tylko w wersji na tablety i bezpłatny. Jego twórcy, dziennikarze i redaktorzy związani z takimi tytułami jak „Gazeta Wyborcza”, „Newsweek Polska” czy „Forbes” zapowiadają, że „magazyn będzie bronić tematów istotnych, które giną w zalewie informacji, zwalczać stereotypy historyczne, kulturowe, polityczne, szerzyć wiedzę o przeszłości, a przede wszystkim – koncentrować się na nowych zjawiskach społecznych”.
Wydanie jednego numeru kosztuje 5 tys. zł, zrzucają się na to chętni czytelnicy. Na ostatni numer zrzuciło się 39.

Moim zdaniem dziennikarstwo jako takie nie jest zagrożone, bo zapotrzebowanie na dobre teksty, pisane przez zawodowców nie zniknie. Jednak, podobnie jak w innych dziedzinach, internet doprowadzi na tym rynku do decentralizacji. Czytelnicy będą bezpośrednio płacić autorom z pominięciem wydawców. Jeśli intuicja mnie nie zawodzi i sprawdzi się optymistyczny scenariusz, okaże się, że wartościowe treści kupowane od samych producentów są tak tanie, że rzesze “drobnych mecenasów” będzie na nie stać bez przymusu paywalla.

Trzymamy kciuki! Początki są trudne. Od kilku lat śledzę amerykański podcast “No Agenda” zajmujący się “dekonstrukcją mediów” i chociaż tworzą go tylko dwie osoby a jest bardzo popularny, to wciąż narzekają na finanse. Miejmy nadzieję, że to kwestia odpowiedniej promocji finansowania.

źródło: wyborcza.biz

Bartek CiszewskiPrasa bez pośredników: Czy wierni czytelnicy zdołają utrzymać ulubiony tytuł?
read more

Czy Facebook stanie się sprzedawcą powierzchni reklamowej, jak tradycyjne portale?

Czym są ciasteczka powinien wiedzieć każdy Polak, dzięki kampanii zafundowanej nam przez ustawodawców. Dla tych, którzy nie czytają komunikatów, ciasteczka są plikami przechowywanymi przez przeglądarkę, które zostawiają w niej odwiedzane witryny internetowe. Pozwalają rozpoznać użytkownika i np. zaserwować mu komunikat reklamowy: “Witaj, tylko do jutra mamy dla Ciebie promocję”, gdy przychodzi po raz pierwszy, lub “Specjalnie dla ciebie przedłużamy promocję o jeden dzień”, gdy przychodzi po raz drugi.

Facebook, jako sieć społeczna, która w przeciwieństwie np. do Google dobrze wie, kim są jego użytkownicy, bo sami skrupulatnie wypełniają rubryki poświęcone wiekowi, płci, pracy, do tej pory gardził ciasteczkami. Był to dla niego prymitywny, automatyczny i niedokładny sposób rozpoznawania ludzi. I na tej podstawie FB miał budować nową przyszłość.

Około tygodnia temu Facebook ogłosił, że pozwoli zamieszczać reklamy zakupione za pośrednictwem Facebook Ad Exchange (FBX) między postami wiadomości w widoku serwisu. Co więcej te reklamy mają być targetowane także na podstawie danych reklamodawcy, czyli w przypadku firm e-commerce głównie na podstawie ciasteczek. FB pogodził się z nimi.

Poza tym sieć społecznościowa kupiła w ostatnim czasie firmę udostępniającą ad-servery Atlas oraz weszła w partnerstwo z Acxiom. Wygląda więc na to, że Facebook powoli odchodzi od swoich ideałów – reklamy społecznej, sponsorowanych wydarzeń, historii – na rzecz tradycyjnego marketingu internetowego.

Jaka może być tego przyczyna? Pieniądze. Reklamodawcy oczekują konkretnej reklamy pozwalającej im zwiększyć sprzedaż i dokładnie mierzyć konwersję. Taką reklamę daje im Google, tak do pewnego stopnia działa reklama display w internecie. I za to chcą płacić.

Sieci społeczne świetnie sprawdzają się w budowie świadomości marki. Udane kampanie wirusowe małym kosztem pozwalają zwiększyć sprzedaż. Ale to działania, za które firmy chcą płacić twórcom treści i kreatywnych reklam, a nie samemu serwisowi. Reklamy stosowane na Facebooku pozwalają dać impuls dobrej treści do dalszego wirusowego rozpowszechniania się. Pozwalają zwiększyć bazę fanów, dzięki której te komunikaty mogą się rozprzestrzeniać. Jednak to za mało, by zapewnić satysfakcjonujące zyski ogromnej spółce giełdowej.

Social media pozwalają dotrzeć z atrakcyjnym przekazem do milionów bez dodatkowych kosztów. To jest ich natura. Dlatego właściciel nawet największej platformy ma duże problemy z zarobieniem na reklamach.

źródło: AdAge

Bartek CiszewskiCzy Facebook stanie się sprzedawcą powierzchni reklamowej, jak tradycyjne portale?
read more

Prawdziwa historia “Harlem Shake”, czyli dlaczego warto odgrzewać suchary

Jednym z największych błędów ludzi korzystających z nowych technologii i social media jest obsesja bieżącymi wydarzeniami. Informacje starsze niż kilka godzin, dowcipy starsze niż jeden dzień są “sucharami”. Modnymi memami mamy prawo dzielić się najwyżej kilka tygodni. Tymczasem dopiero z perspektywy czasu można poznać ich prawdziwą naturę. Wtedy okaże się, że rzeczy wydawały nam się inne niż są w rzeczywistości.

Ostatni hit internetu – mem “Harlem Shake” – wypromowała wytwórnia muzyczna, wynika ze “śledztwa” jakie przeprowadził publicysta magazynu “Quartz” Kevin Ashton (jeśli masz czas, polecamy ten artykuł). Dlatego warto przyjrzeć się modom właśnie w momencie, gdy ogół stwierdza, że “this silly trend is officially dead. Please move on”:

Moda na zwariowane filmiki w rytm utworu techno z frazą “con los terroristas” zrodziła się zupełnie przypadkowo, bez udziału wielkich firm, z eksperymentów wideo milionów amatorów. Ale wpełzała na monitory całego świata, dzięki sprytnej promocji wytwórni muzycznej.

Oto 30 stycznia George Miller, amerykański student, autor komediowych filmików o umiarkowanej popularności, opublikował materiał, który zaczynał się krótką surrealistyczną sceną tańca w dziwacznych strojach. Wykorzystał do niego kawałek “Harlem Shake” DJ Baauera, który z kolei wcześniej użył sampli z utwóru, w którym pojawia się “Harlem Shake” dokładnie w tej minucie. Utworu Baauera nie znał pies z kulawą nogą, ale to miało się wkrótce zmienić.

Intro zachwyciło widzów jego kanału na YT. Powstało wideo tylko i wyłącznie z nim a 2 lutego powstał pierwszy “prawdziwy” Harlem Shake, czyli pierwszy, który był globalnie oglądany i dzisiaj ma 25 mln wyświetleń. Autorami są nastoletni… Australijczycy:

I zaczęło się. Kolejne imitacje mema odnosiły się do filmu chłopaków z antypodów, nie do oryginału amerykańskiego studenta. Wtedy do akcji włączyły się firmy. Jak pisze Ashton, pierwszą firmą, która podchwyciła trop była wytwórnia internetowych wideo Maker Studios, w części własność Time Warnera. Po nich do gry włączyła się firma fonograficzna Mad Decent, do której należy utwór DJ Baauera. Ashton odkrył, że twitterowe konta artystów ze stajni Mad Decent (m.in. Majora Lazera) linkując do filmu Australijczyków przyczyniły się w dużym stopniu do jego popularności, dając pierwszego “kopa”, po którym stał się globalnym wirusem.

Zaczęło się. Wideo kręcili studenci, ale też firmy, które szukały rozgłosu na fali mody a także celebryci i sportowcy. A kawałek Baauera? 20 lutego wskoczył na 1 pozycję w rankingu Billboard Hot 100. To dopiero 21. w historii magazynu, kiedy zdarzyło się to artyście wcześniej zupełnie nieznanemu.

Na popularności Harlem Shake skorzystał DJ Baauer i jego wytwórnia, skorzystało też Maker Studios. Wygrali też autorzy najpopularniejszych wideo (w tym Australijczycy) oraz korporacje, które użyły modnego mema do promocji i podkreślenia swojej “fajności”. Jak to bywa sam autor pomysłu George Miller pozostał niedostrzeżony. Ba, Ashton dotarł nawet do jego tweeta, w którym zaprasza Baauera, człowieka któremu rozpromował utwór, na pizzę. Niestety, nie dostał odpowiedzi.

Hity w internecie powstają dzięki ślepym eksperymentom milionów amatorów, ale zarabiają na nich głównie profesjonaliści.

źródło: Quartz

Bartek CiszewskiPrawdziwa historia “Harlem Shake”, czyli dlaczego warto odgrzewać suchary
read more

Nowy magazyn “micromarketing” w wersji mobilnej, czyli rewolucyjna aktualizacja Flipboarda

Content Curation, czyli “opiekowanie się treścią”, “bycie kuratorem treści”, to jedna z podstawowych czynności, jaką wykonują współcześni menedżerowie social media, np. prowadząc fan page na Facebooku. To sztuka, którą promujemy od początku naszej działalności, bo to właśnie dobór ciekawych dla naszych odbiorców linków, zdjęć i filmów jest kluczem do ich zaangażowania. Mogą to być screeny z programów telewizyjnych, zabawne nagłówki albo filmy z mklubowych imprez. Takie tematy już teraz świetnie działają na polskim Facebooku. Jednak kurator treści niekoniecznie musi dostarczać tylko rozrywki. Może przesiewać zasoby elektronicznych mediów w poszukiwaniu wartościowych informacji. Także dotyczących zagadnień profesjonalnych.

Taka jest właśnie misja Flipboarda,  jednej z naszych ulubionych aplikacji mobilnych (pierwotnie na iPada, ale już dostępnej na iPhone’ach oraz Androidach), która wbrew naszym prognozom wciąż nie stała się popularna w Polsce. Może najnowsza aktualizacja to zmieni?

Flipboard to magazyn przeznaczony na tablety. Jednak sam nie tworzy żadnej treści. Podstawą usługą jest algorytm automatycznie składający źródło treści (np. RSS) w estetyczny magazyn ze zdjęciami i tekstowymi wyimkami, który możemy przeglądać muskając ekran palcem. Najładniej wygląda w wersji zarezerwowanej dla partnerów – producentów treści. Są wśród nich już prawie wszystkie znane globalne anglojęzyczne tytuły, m.in. “Fast Company”, ESPN, BBC, Guardian, Techcrunch itd. Udostępniają treści Flipboardowi, który robi z nich prawdziwy magazyn przerywany prawdziwymi soczystymi reklamami na “trzeciej stronie”.

Poniżej przykład reklamy serwisu brokerskiego Ameritrade w magazynie “Fast Company”. Stukając w jedne z dwóch obszarów na dole strony zostaniemy przeniesieni do kolejnego magazynu tym razem przygotowanego przez Ameritrade, bądź na stronę sprzedażową.

zdjęcie 3

Na rynku rozwiązań dla kuratorów treści jest ostatnio gorąco. Przyczyną jest rezygnacja Google z utrzymywania ulubionego narzędzia internetowych dziennikarzy  Czytnika RSS, który w latem zniknie z sieci. Wśród potencjalnych zamienników Google Readera wymieniane są serwisy www takie jak Feedly.com oraz aplikacje mobilne jak Zite czy właśnie Flipboard.

Flipboarda używa już ponad 50 milionów osób. W najnowszej aktualizacji udostępniono usługę tworzenia własnego magazynu każdemu. Od razu z niej skorzystaliśmy. Magazyn micromarketing jest uzupełnieniem tego bloga oraz profilu na Facebooku. Mamy nadzieję, że będziecie chętnie z niego korzystać.

image

Jaki będzie następny krok Flipboarda? Dyrektor zarządzający firmy Mike McCue w rozmowie z “FC” zastrzega, że nie chcą być siecią społeczną. Nie chcą się stać też katalogiem wszystkich treści:

Nie indeksujemy całego Internetu, jak Google; indeksujemy tylko to, co jest udostępniane na Flipboardzie, więc jest to katalog bardzo wysokiej jakości. […] Jesteśmy w mniejszym stopniu siecią społeczną, raczej siecią treści. […] Motywem przewodnim Facebooka będą znajomi, Twittera śledzenie wpływowych osób, LinkedIna kariera. Chociaż we Flipboardzie możemy robić podobne rzeczy, to jednak będziemy koncentrować się na świetnej treści.

Jest jednak obszar działalności, który interesuje wszystkie te firmy. To domena takich firm jak Amazon czy Allegro, czyli e-commerce. Flipboard ogłosił wczoraj partnerstwo z Etsy, platformą sprzedaży rękodzieła. – Zakupy na Flipboardzie to będzie naprawdę fajna sprawa – przekonuje McCue.

Bartek CiszewskiNowy magazyn “micromarketing” w wersji mobilnej, czyli rewolucyjna aktualizacja Flipboarda
read more

Czyszczenie Facebooka po “byłym” lub “byłej”? Pomysł na biznes…

Jeszcze nie tak dawno, gdy dziewczyna złapała chłopca na zdradzie, wystarczyło wyrzucić jego płyty przez okno, spalić listy i zadbać, by wszyscy znajomi dowiedzieli się o jego występku i zdecydowali: ona albo on. W tych paru krokach można było zakończyć znajomość i skutecznie odizolować się od niegdyś kochanego, dziś znienawidzonego.

W dobie serwisów społecznościowych sytuacja jest dużo trudniejsza. Jak rozplątać złożoną sieć powiązań? Jak sprawić, żeby jego zdjęcia w jej objęciach nie nachodziły zranionej duszy? Oczywiście można zrezygnować z Facebooka, ale dlaczego skazywać się na towarzyską śmierć? Z pomocą przychodzą przedsiębiorcy, którzy pomyśleli i o tym problemie.

Powstało już parę amerykańskich serwisów ułatwiających defriending, czyli usuwanie znajomych. Jednym z Nich jest KillSwitch App, mobilne narzędzie, które ma ułatwić gorycz rozstania (“making breakups suck less”).

image

Aplikacja usunie wszystkie posty i zdjęcia związane z daną osobą z twoich archiwów Facebooka. To wydaje się całkiem przydatną usługą nie tylko w przypadku miłości, ale też innych relacji, których nie chcemy już kontynuować.

Druga aplikacja zapewnia bardziej zwariowane funkcjonalności. Ex-Lover blocker nie tylko zablokuje możliwość kontaktu z “byłym” bądź “byłą” (chociaż wydaje się, że produkt skierowany jest do młodych dziewcząt), ale pozwoli też wyznaczyć 5 przyjaciółek-strażniczek, które będą pilnować, czy konsekwentnie w chwili słabości nie próbujesz kontaktować się z ex-partnerem. Jeśli tak się wydarzy, aplikacja wyśle alarm przyjaciółkom, które będą miały dwie minuty na ratunek. Jeśli nie zainterweniują, aplikacja poinformuje o tym wszystkich na Facebooku. automatycznie wyśle wiadomość do wszystkich znajomych.

iPhone Screenshot 1

Ciekawe, czy rozwiązania staną się na tyle użyteczne, że doczekają się polskich klonów…

Bartek CiszewskiCzyszczenie Facebooka po “byłym” lub “byłej”? Pomysł na biznes…
read more

Andy Rubin, szef projektu Android w Google, rezygnuje

Ważna wiadomość. Chociaż może wydawać się insajderską plotką, zmiany w zespole zajmującym się rozwojem wiodącej platformy mobilnej powinny interesować nie tylko miłośników telefonów z Androidem.

Za decyzją stoi oczywiście dyrektor zarządzający Google Larry Page, który na stanowisko Andy’ego Rubina powołał swojego bliskiego współpracownika Sundara Pichai, dotychczasowego szefa projektu Google Chrome, najpierw przeglądarki, potem systemu operacyjnego dla laptopów, który podobnie jak Android oparty jest na Linuksie.

Według komentatorów, to kolejny krok w zmianach organizacyjnych Google, który sztywnieje i coraz bardziej typową korporacją. Ale co to oznacza dla rynku? Jedna osoba odpowiedzialna za oba systemy to prawdopodobnie znak, że Google Chrome i Android z czasem staną się jednym systemem.

Bartek CiszewskiAndy Rubin, szef projektu Android w Google, rezygnuje
read more