Kwiecień 2015

Analitycy: To dobry moment na zabezpieczone i długoterminowe inwestycje w akcje międzynarodowych firm

Największe banki centralne świata stymulują rynki wyjątkowo luźną polityką monetarną. Rośnie popyt, a inflacja pozostaje niska, co pozwala firmom zwiększyć sprzedaż i marże. Wyjątkowa sytuacja sprawia, że analitycy spodziewają się silnego wzrostu wartości międzynarodowych korporacji. To może być dobry moment na umiejętną inwestycję w tego typu aktywa.

Zdarza się, że inwestując lokalnie odczuwamy negatywne skutki wydarzeń w najbardziej odległych zakątkach świata. Kupując akcje na warszawskiej giełdzie możemy starannie analizować wyniki finansowe i perspektywy polskich spółek, trafnie wybrać te najlepsze, a mimo to stracić pieniądze z powodu nieoczekiwanego załamania koniunktury gdzieś po drugiej stronie oceanu. Istnieje jednak możliwość wyrównania szali i wykorzystania szans, które przynosi globalizacja.
Europa rozwija się znacznie wolniej niż Stany Zjednoczone, a te rozwijają się znacznie wolniej niż np. Azja Południowo-Wschodnia, gdzie według prognoz Banku Światowego PKB ma się zwiększyć aż o 6 procent w 2015 roku. Za wzrostem gospodarczym podążają ceny akcji. Potencjał globalnej koniunktury wykorzystują natomiast najlepiej międzynarodowe korporacje. Można zaobserwować splot kilku czynników pozwalających sądzić, że inwestycja w tego typu akcje może mieć duży potencjał zysku.

Prognozy dla gospodarki są optymistyczne

Ekonomiści spodziewają się utrzymania dobrej koniunktury na rozwiniętych, globalnych rynkach akcji. Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje nawet 3,6 procent wzrostu PKB w Stanach Zjednoczonych w 2016 roku. Strefa euro będzie rozwijać się wolniej, ale i na starym kontynencie przyspieszenie ma być bardziej odczuwalne. Analitycy Deutsche Bank prognozują dla tego regionu od 1,2 do 1,4 procenta wzrostu w tym i w kolejnym roku.

prognoza-pkb-w-skali-globalnej
Poprawę koniunktury zapowiadają również indeksy wyprzedzające m.in. indeks menedżerów logistyki PMI. – Rynkom akcji sprzyja luźna polityka monetarna głównych banków centralnych. Tempo wzrostu na starym kontynencie powinno przyspieszyć dzięki niskim stopom procentowym – zauważa Tomasz Kowalski, Dyrektor Biura Analiz i Doradztwa Inwestycyjnego KBC TFI. – Dodatkowo obawy o deflację skłoniły Europejski Bank Centralny do rozpoczęcia w marcu kolejnego programu skupu aktywów w ramach tzw. quantitative easing, które ma zakończyć się dopiero we wrześniu 2016, a bank już teraz zastrzega sobie możliwość jego przedłużenia – dodaje.

Takie decyzje EBC prędzej czy później powinny odbić się pozytywnie na rynku akcji. W Stanach Zjednoczonych co prawda FED zakończył skup w ramach QE, ale stopy procentowe powinny pozostać na historycznie niskich poziomach. Również bank centralny Japonii próbuje wesprzeć tamtejszą gospodarkę luźną polityką monetarną.

– Tak agresywna polityka pieniężna z dużym prawdopodobieństwem może prowadzić do wzrostu cen aktywów, jednak jak na razie poprawa tempa światowego wzrostu gospodarczego powinna odbywać się przy niskiej inflacji – mówi Piotr Tukendorf, doradca inwestycyjny, Biuro Maklerskie Deutsche Bank. – Wraz ze wzrostem gospodarczym rośnie popyt na wytwarzane towary i usługi, a niska inflacja oznacza brak presji kosztowej. Można się spodziewać, że pozwoli to firmom zwiększyć zarówno sprzedaż, jak i marże – dodaje.

Jednocześnie środowisko niskich stóp procentowych to niski koszt finansowania i dostęp do taniego kapitału. To kolejny argument za wzrostem zysków przedsiębiorstw w skali globalnej. Ponadto, obecna kondycja finansowa spółek jest na tyle dobra, że jeśli bieżące wyniki poprawią się, będą mogły sobie pozwolić na wypłatę dywidend i skup akcji własnych, a to wyjątkowo intratne decyzje dla udziałowców.

Obecna cena akcji międzynarodowych firm może być bardzo atrakcyjna

Mimo tak wielu sygnałów zwiastujących dobrą koniunkturę, ceny akcji międzynarodowych korporacji wciąż nie są wygórowane. W przypadku MSCI All Country World Index, na który składa się ponad 1600 spółek giełdowych z całego świata, wskaźnik ceny do zysku wynosi 17,5. Na najbliższe lata prognozowany jest jego spadek z powodu wzrostu zysków. Według konsensusu prognoz na 2015 rok zebranych przez agencję Bloomberg dla spółek wchodzących w skład indeksu MSCI ACWI wskaźnik ceny do zysku wynosi 16,7.

Z kolei wskaźnik ceny do wartości księgowej, uznawany przez niektórych za bardziej przydatny przy wycenie akcji, jako mniej podatny na wahania koniunkturalne, wynosi obecnie dla MSCI ACWI 2,1. – Oznacza to, że cena jaką średnio inwestorzy płacą za spółki wynosi zaledwie nieco ponad dwukrotność ich wartości księgowej. Należy mieć na uwadze, że są to spółki, które przetrwały próbę czasu, mają swoją ugruntowaną pozycję rynkową i klientów, oraz przynoszą zyski – mówi Tomasz Kowalski z KBC TFI. – W ujęciu historycznym, obecna wartość tego wskaźnika znajduje się istotnie poniżej średniej z ostatnich lat. Akcje nie są wycenione wysoko i nadal są atrakcyjne dla inwestorów – dodaje.

cena-akcji-miedzynarodowych-firm

Alternatywy dla akcji nie zachwycają

Ważnym elementem w ocenie atrakcyjności inwestycyjnej danej klasy aktywów jest ich porównanie z innymi. W przypadku akcji zestawia się je zwykle z obligacjami oraz instrumentami rynku pieniężnego. W sytuacji praktycznie zerowych stóp procentowych w USA i w strefie euro depozyty bankowe przynoszą realnie, po odliczeniu inflacji, stratę. Z kolei rentowności obligacji skarbowych są na poziomach zbliżonych do stopy dywidendy, jaką płacą spółki.

– To przemawia na korzyść rynku akcji tym bardziej, że kontynuacja poprawy koniunktury gospodarczej zwiększa ryzyko dla inwestujących w papiery skarbowe – mówi Piotr Tukendorf, doradca inwestycyjny, Biuro Maklerskie Deutsche Bank. – Wcześniej czy później utrzymujący się wzrost gospodarczy spowoduje wzrost stóp procentowych i tym samym spadek cen obligacji, czyli wzrost rentowności – dodaje.

Globalne akcje dla każdego i to z ograniczonym ryzykiem

Wśród polskich inwestorów akcje międzynarodowych firm są wciąż mało popularne. Głównym problemem jest bariera wejścia. Indywidualni inwestorzy rzadko kiedy mają wystarczającą wiedzę i kapitał. Dlatego na bardziej rozwiniętych rynkach finansowych masowi klienci najczęściej angażują się w globalne rynki za pośrednictwem funduszy.
Drugą przeszkodą jest bariera psychologiczna. Polscy inwestorzy wciąż pamiętają załamanie światowych rynków z 2008 roku i rozmiar strat, jakie można było w tym czasie ponieść angażując się w agresywne aktywa. Aby ją przełamać, wprowadzono fundusze z ograniczonym ryzykiem straty. Pozwalają one kupować akcje globalnych spółek, jednocześnie ograniczając maksymalną stratę do zaledwie 10 proc. zainwestowanego kapitału.

Dzięki mechanizmowi Constant Proportion Portfolio Insurance (CPPI), fundusz zabezpiecza 90 proc.  zainwestowanych aktywów netto na koniec każdego roku, nawet w przypadku załamania się rynków. Zarządzający dobierają automatycznie proporcje inwestycji w zależności od aktualnej sytuacji rynkowej. W przypadku sprzyjającej koniunktury angażują nawet 100 proc. inwestycji w  ryzykowne ale i z dużym potencjałem zysku fundusze akcyjne a nawet instrumenty pochodne. Jeśli rynki wyhamowują, zarządzający kupują uważane za bezpieczniejsze fundusze obligacyjne i pieniężne.

Na polskim rynku produkt stosujący taki mechanizm pojawił się w ofercie Deutsche Bank. – Polacy są bardzo wymagający wobec produktów inwestycyjnych. Oczekują wysokich stóp zwrotu  przy ograniczonym ryzyku straty. W dobie rekordowo niskich stóp procentowych fundusze z mechanizmem CPPI są jedną z niewielu form inwestycji spełniających te warunki – mówi Piotr Tukendorf, doradca inwestycyjny, Biuro Maklerskie Deutsche Bank.

Subskrypcja Subfunduszu Global Partners KBC Strategy 90 April, zarządzanego przez KBC Asset Management w Luksemburgu i reprezentowanego w Polsce przez KBC TFI SA, jest dostępna do końca kwietnia. Fundusz ma charakter otwarty, dzięki czemu wejście, jak i wyjście z inwestycji możliwe jest każdego dnia roboczego. Obecnie cena tytułu uczestnictwa wynosi 100 zł, a poziom zabezpieczenia aktywów określony jest na 90 zł. Jeśli po  roku wartość tytułu uczestnictwa wzrośnie np. do 120 zł, wówczas ustanowiony zostanie nowy poziom zabezpieczenia aktywów i w kolejnym roku obejmie 108 złotych (90% ze 120 zł). Minimalna wartość inwestycji wynosi 5 tys. zł, natomiast górny próg nie został określony. W okresie subskrypcji uczestnicy Subfunduszu Global Partners KBC Strategy 90 April mają dodatkowo możliwość zdeponowania środków na lokacie z oprocentowaniem 3 proc. w skali roku.

Subfundusz typu CPPI Global Partners KBC Strategy 90 April inwestuje do 100 proc. aktywów w fundusze pieniężne, obligacyjne i akcyjne zarządzane przez podmioty z Grupy KBC. Może też w ograniczonym stopniu wykorzystywać instrumenty pochodne. Część złożona z obligacji i instrumentów rynku pieniężnego służy stabilizacji i zabezpieczeniu wypracowanej stopy zwrotu. Z kolei część akcyjna w zdecydowanej mierze odpowiada za osiągnięcie przez subfundusz satysfakcjonującego zysku.

– Spółki, w które subfundusz inwestuje pośrednio poprzez inne fundusze to w większości ponadnarodowe korporacje, oferujące swoje produkty i usługi na wielu rynkach. Ze względu na dywersyfikację geograficzną, wyniki finansowe tych spółek nie zależą jedynie od koniunktury gospodarczej w pojedynczym kraju – tłumaczy Tomasz Kowalski, Dyrektor Biura Analiz i Doradztwa Inwestycyjnego KBC TFI. – Mamy nadzieję, że Polacy odkryją inwestycje w międzynarodowe firmy i w ten sposób zaczną również korzystać z globalizacji, skoro już teraz często ponoszą jej negatywne skutki.

Bartek CiszewskiAnalitycy: To dobry moment na zabezpieczone i długoterminowe inwestycje w akcje międzynarodowych firm
read more

Ich rodzice nie musieli tego robić, lecz dla młodych Polaków może to oznaczać być albo nie być na emeryturze

Zmiany demograficzne odwróciły do góry nogami finansową rzeczywistość Polaków. Obecni 20- i 30-latkowie powinni narzucić sobie obowiązek, którego nie musieli spełniać ich rodzice – samodzielnie oszczędzać na emeryturę. Nie muszą to być duże kwoty, jednak systematyczne odkładanie nawet niewielkiej sumy, to czynność, bez której pokolenia Z, X, Y, Alfa i kolejne, czeka ponura przyszłość – przekonują ekonomiści.

W Europie Zachodniej, USA czy Japonii wiedzą już o tym od dawna. Zaczyna się mówić nawet o nadmiarze prywatnych oszczędności na rynku (ang. savings glut). Lata zależności od powszechnych ubezpieczeń społecznych stępiły w Polakach ten instynkt. Ale sytuacja się zmienia. Zaczynamy oszczędzać coraz częściej, a grupami najczęściej inwestującymi w fundusze są obok osób powyżej 60. roku życia ci, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy – wynika z najnowszych badań Deutsche Bank.

Oszczędzanie jak oddychanie

W XX wieku liczba ludzi żyjących na świecie podwoiła się. W XXI wieku do tego najprawdopodobniej nie dojdzie, bo rodzi się dużo mniej dzieci, natomiast podwoi się liczba osób starszych niż 65 lat. Jak wynika z prognoz ONZ może to nastąpić w ciągu następnych 25 lat.  Obecnie na całym świecie żyje około 600 milionów osób w wieku ponad 65 lat. To 8 proc. wszystkich ludzi. W 2035 roku będzie ich już 1,1 miliarda, czyli 13 proc. populacji globu. W 2010 roku na 100 dorosłych w wieku 25-64 przypadało 16 emerytów. W 2035 roku będzie już ich 26 procent. W najtrudniejszej sytuacji znajdą się najbardziej rozwinięte gospodarczo kraje, jak Niemcy czy Japonia, gdzie już za 20 lat na 100 pracujących przypadnie ponad 60 emerytów. W Polsce proporcja ta utrzyma się w granicach 3 pracujących na jednego emeryta.

Przyczyną jest mniejsza liczba narodzin, ale też rosnąca oczekiwana długość życia. W Polsce wzrosła ona w ciągu zaledwie 12 lat o prawie 5 lat dla 30-letnich kobiet i o 6 lat dla 30-letnich mężczyzn. Jak poradzi sobie z tym nasza cywilizacja?
Ponieważ prognozy dotyczą masowych zjawisk w perspektywie wielu lat, hipotezy są różne. Niektórzy ekonomiści zakładają, że przystosujemy się do zmian i ludzie w wieku ponad 65 lat będą z powodzeniem wciąż na siebie zarabiać. Obecnie zakładamy, że po 65. roku życia się nie pracuje, tymczasem jest wiele zajęć, które można z powodzeniem wykonywać w bardziej zaawansowanym wieku. Dla przykładu w Stanach Zjednoczonych pracuje obecnie co piąta osoba w wieku ponad 65 lat, podczas gdy jeszcze 15 lat temu było to zaledwie 13 procent. Pracuje też prawie połowa Niemców w wielu 60-65 lat.

– Zdolność do dłuższej pracy jest silnie powiązana z wykształceniem i jest jeszcze jednym z argumentów za tym, żeby uczyć się jak najdłużej – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej, Deutsche Bank. – Praca do późnej starości nie przez wszystkich traktowana jest jako zło konieczne. Jednak jeśli chcielibyśmy w późniejszym wieku odpocząć od zawodowej kariery, musimy o to zadbać sami. I to im wcześniej tym lepiej. Jeśli odpowiednio wcześnie młodzi zaczną systematycznie oszczędzać nawet niewielkie kwoty, najprawdopodobniej w wieku 50-60 lat będą mogli sami wypłacać sobie dodatkową  emeryturę – dodaje.

Fundusze lepsze w długim terminie od lokat

Coraz więcej Polaków zdaje sobie sprawę z tego, że w znacznym stopniu muszą sami zatroszczyć się o swoją emeryturę. W ciągu roku liczba osób deklarujących oszczędzanie na ten cel poza systemem obowiązkowych ubezpieczeń społecznych wzrosła o jedną trzecią, według danych z raportu Deutsche Bank „Portret Finansowy Polaków”. Niezależnie od tego, czy robią to czy nie, ponad 70 procent ankietowanych jest skłonnych odkładać na emeryturę.

Najpopularniejszym produktem oszczędnościowym pozostają depozyty bankowe. Nie zmienia tego aktualna sytuacja rynkowa, która powoduje, że oprocentowanie lokat nie spełnia oczekiwań większości z nas. Rekordowo niskie stopy procentowe NBP sprawiły, że średni zysk z lokat terminowych, po uwzględnieniu 19-procentowego podatku, sięga dwóch procent w skali roku. Jak wynika z sondażu Deutsche Bank, jest to poziom satysfakcjonujący dla zaledwie 4 procent Polaków.

Aż 41 proc. respondentów badania spodziewa się znacznie większego, bo ponad 6-procentowego  zysku na lokacie. – Mając na uwadze obecną sytuację na rynku pieniężnym i historycznie niskie stopy procentowe, oczekiwania te wydają się nierealne – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej, Deutsche Bank. – Są natomiast inne produkty finansowe, które pozwalają osiągnąć taki zwrot z inwestycji. Najbardziej podstawowym i dostępnym już przy bardzo niskich kwotach wpłat są fundusze inwestycyjne – dodaje.

wiek-inwestujacych-w-funusze

Popularność funduszy różni się znacznie w zależności od wieku. Co ciekawe, swoje oszczędności najchętniej lokują w nich  osoby w wieku powyżej 65 lat, oraz najmłodsza grupa zarabiających, w wieku od 25 do 35 lat. – To bardzo pozytywny trend. Osoby, które dopiero wchodzą na rynek pracy przeważnie nie mają jeszcze zbyt dużych nadwyżek finansowych, ale mają za to czas na budowę kapitału – zauważa Monika Szlosek. – Zaletami funduszy inwestycyjnych, które są istotne z perspektywy młodych ludzi, a jednocześnie nie są przez nich dostrzegane, są łatwy dostęp do  środków  i możliwość wpłaty niewielkich kwot – dodaje.

Zaledwie 8 procent ankietowanych wskazało łatwość wpłat i wypłat jako atut funduszy inwestycyjnych. Tymczasem polski rynek stał się na tyle konkurencyjny, że niektóre banki zrezygnowały z jakichkolwiek prowizji od zakupu jednostek. Dzięki temu w odróżnieniu od tych na lokatach terminowych, z oszczędności trzymanych w funduszach można skorzystać w każdej chwili, nie tracąc wypracowanych zysków. Deutsche Bank poszedł krok dalej i w ramach promocji wypłaca klientom 1 proc. kwoty  zainwestowanej w fundusze. Maksymalny zwrot to nawet 20 tys. zł (przy wpłacie 2 mln zł), ale na bonus można liczyć już przy zakupie jednostek za 5 tys. zł.

Nawet niewielkie kwoty zapracują na emeryturę

Co trzeci Polak kojarzy fundusze z inwestycją długoterminową. To dla nas dużo bardziej charakterystyczna cecha tego produktu niż np. “duże zyski”, które wskazało zaledwie 11 procent ankietowanych. Z inwestycją w długim horyzoncie kojarzy TFI aż 48 proc. zarabiających powyżej 5 tys. zł. – Oszczędzanie pieniędzy w funduszach w perspektywie kilku, kilkunastu a nawet kilkudziesięciu lat nie tylko pozwala maksymalizować zyski, ale też zmniejsza ryzyko straty – mówi Monika Szlosek z Deutsche Bank.

Aż 46 proc. Polaków posiadających jednostki uczestnictwa w TFI dokonała zakupu jednorazowo. Zaledwie co trzeci kupuje je regularnie. Dzięki  rozłożeniu transakcji w czasie, można uwolnić się od efektu chwilowych wahań wartości jednostek – tłumaczy Monika Szlosek z Deutsche Bank. -  Ważna jest systematyczność oszczędzania. Odkładając nawet niewielką kwotę co miesiąc nie tylko budujemy kapitał, ale też dywersyfikujemy ryzyko kupna „na górce” – dodaje.

Tymczasem regularne odkładanie nawet tak niewielkiej kwoty jak 200 złotych miesięcznie w perspektywie kilkudziesięciu lat może przynieść znaczące oszczędności. Deutsche Bank przeprowadził trzy symulacje dla trzech różnych grup funduszy. Nie uwzględniają one opłat za nabycie funduszy oraz podatku od zysków kapitałowych. – Symulacje różnią się od siebie stopniem ryzyka, a co za tym idzie i potencjalnym zwrotem z inwestycji – tłumaczy Monika Szlosek. – To jedynie teoretyczne symulacje. W praktyce najlepiej byłoby łączyć wszystkie trzy strategie – dodaje.

fundusze-akcji

Wybierając najbardziej agresywną z nich i inwestując 200 zł miesięcznie przez 40 lat w fundusze akcji można zaoszczędzić ponad pół miliona złotych. Kluczem jest czas i mechanizm procenta składanego, jako że odsetki doliczane są do pracującego na zysk kapitału. Pierwsze 200 zł wpłacone przez obecnego 25-latka może  pracować na jego emeryturę co najmniej 40 lat.

fundusze-rynku-pienieznego

Z kolei jedne z najbezpieczniejszych fundusze gotówkowe i rynku pieniężnego dają mniejszy potencjalny zysk. Analitycy Deutsche Bank oszacowali go na 3 procent w skali roku. Na przestrzeni lat zwrot z inwestycji ma więc dużo mniejszy potencjał, jednak mniej prawdopodobne są też wahania cen jednostek. Wciąż systematyczność i procent składany sprawiają, że 200 zł może urosnąć do pokaźnej sumy 185 tys. złotych.

W przypadku funduszy akcji, chociaż w długim okresie można liczyć na pokaźne zyski, w krótszym, kilkuletnim może dojść do silnej przeceny na rynku, a wartość zainwestowanych oszczędności może spaść. Jeśli okaże się, że pieniądze będą nam potrzebne i będziemy musieli wycofać środki, ryzykujemy stratę.fundusze-mieszane

Kompromisem pomiędzy dwiema skrajnym strategiami jest zakup jednostek funduszy mieszanych stabilnego wzrostu. Szacuje się, że w długim okresie średnioroczny zysk z takiej inwestycji wyniesie 5 procent. To w połączeniu z systematycznymi wpłatami pozwala uzbierać ponad 300 tys. złotych na czas emerytury.

– W obliczu nadchodzących zmian demograficznych, coraz większej oczekiwanej długości życia, tylko własny kapitał zapewni przyszłym emerytom zasobną starość. Fundusze inwestycyjne są produktem finansowym, który doskonale się do tego celu nadaje – mówi Monika Szlosek z Deutsche Bank.

Bartek CiszewskiIch rodzice nie musieli tego robić, lecz dla młodych Polaków może to oznaczać być albo nie być na emeryturze
read more

Micro Moments – rewolucja, której nie możesz przespać

W świecie deweloperów aplikacji mobilnych to jeden z najważniejszych trendów bieżącego roku. Ogromne wyzwanie, ale i szansa dla wszystkich uczestników rynku: producentów sprzętu i oprogramowania oraz użytkowników. Na czym polegają “mikrochwile” i co oznaczają dla firm i organizacji, które wykorzystują aplikacje mobilne w marketingu?

clocks

Nasze zachowania zmieniają się pod wpływem technologii. Jak zauważają autorzy książki “The Mobile Mind Shift”, tytułowy “mobilny mózg” działa inaczej niż ten sprzed ery smartfonów. Koncentruje się jedynie na chwilę, by tu i teraz wykonać zadania. Podejmuje szybkie decyzje, które chce egzekwować natychmiast. Szuka jednoznacznych odpowiedzi. Jak dojadę? Ile lat ma ten aktor? Gdzie w pobliżu zjem obiad? Ile to powinno kosztować? Co inni sądzą na temat tego produktu?

Kilka sekund, za to kilkadziesiąt razy na dobę

Aby zrealizować te potrzeby, wchodzimy w szybkie interakcje z narzędziami – zazwyczaj z przeglądarką albo aplikacją mobilną. Zwykle trwają one zaledwie kilka sekund. – Proste impulsy, jak powiadomienia, dźwięki czy nawet bodźce dotykowe, skłaniają konsumentów do podjęcia określonych działań zarówno na urządzeniach, jak i w świecie rzeczywistym. To są właśnie micro moments – piszą w prognozie trendów na 2015 rok analitycy Forrestera.

Nazwa może mylić. Mikrochwile mogą mieć ogromne znaczenie. Są rozproszone, ale składają w dziesiątki minut, nawet w godziny. Dzieje się tak dlatego, że zaglądamy do smartfonów coraz częściej. Wedlug należącego do Yahoo Flurry Analytics liczba najaktywniejszych użytkowników rośnie dużo szybciej niz pozostałych. W badaniu określono trzy grupy: “regularnych”, którzy korzystają z telefonu do 16 razy na dobę, “superużytkowników” – od 16 do 60 razy na dobę, oraz “uzależnionych” – korzystających ponad 60 razy na dobę. W ciągu roku liczba tych pierwszych zwiększyła się o 23 proc. do 784 milionów w skali świata, a tych ostatnich, aż o 123 proc. do 176 milionów. To bardzo wyraźny trend, którego nie można zignorować.

Tu i teraz, czyli w wielu różnych kontekstach

Jeszcze kilka lat temu ekscytowaliśmy się możliwością odnalezienia wszystkich informacji w internecie. One nadal tam są, jest ich nawet więcej, jednak zmienił się sposób, w jaki ich szukamy. Rozkład jazdy sprawdzaliśmy zawczasu, siedząc przed ekranem komputera, zanim wyszliśmy z biura. Wypatrzony w sklepie rower kupowaliśmy taniej w sklepie internetowym, ale dopiero po powrocie do domu. Wszystkie te czynności wykonywaliśmy w tym samym środowisku – w przeglądarce komputera osobistego.

W świecie mobilnym nadal z niego korzystamy, ale naprzemiennie ze smartfonem i tabletem, podłączonymi szerokopasmowo do internetu. Jak podała firma comScore, w styczniu urządzenia mobilne wygenerowały ponad połowę całego ruchu w amerykańskim internecie. Aż 47 procent wszystkich pobranych i wysłanych danych obsługiwały aplikacje, a 8 procent mobilne przeglądarki.

Współczesny odbiorca mediów przełącza się z jednego ekranu na drugi, wykonując różne czynności. Te interakcje zmieniają się w zależności od kontekstu, jednak naturalnie oczekujemy, że działanie podjęte na jednym urządzeniu będzie można kontynuować na innych.

Na desktopie w domu uzupełniamy listę zakupów, a w sklepie odczytujemy ją z telefonu, który możemy wykorzytać też do skanowania kodów i sprawdzenia informacji o produkcie. Nie zdziwi nas, jeśli przechodząc obok ekranu LCD w sklepie zobaczymy, co inni klienci sądzą o produkcie, który my dopiero zamierzamy kupić, bo nasza lista skontaktuje się z zamontowanym tam beaconem.

Korzystając z kolei z aplikacji serwującej wiadomości oczekujemy od niej, że sama do nas przemówi, kiedy coś się wydarzy, tak jak aplikacje społecznościowe, np. Facebook. Powiadomienia muszą być interaktywne i dostosowane do naszych oczekiwań. Dodatkowo chcemy mieć możliwość oceny artykułu, skomentowania go, polubienia albo udostępnienia innym. Na tym nie koniec. Aplikacja newsowa powinna też od razu prezentować wybrane posty z Twittera i Facebooka oraz pozwolić użytkownikom włączyć się do dyskusji, czy też wyjść z aplikacji i odebrać powiadomienie o nowym komentarzu za jakiś czas – na dowolnym urządzeniu.

Większość obecnych aplikacji popadnie w zapomnienie

Pulpity telefonów są pełne zainstalowanych aplikacji, ale większość z nich nie jest używana. Według Forrestera amerykański użytkownik smartfona korzysta średnio z 24 aplikacji w miesiącu, jednak aż 80 proc. czasu spędza na zaledwie pięciu. Jak łatwo się domyślić, dominują najwięksi: Facebook, YouTube, Mapy, Pandora i Gmail zabierają prawie 30 procent uwagi poświęconej wszystkim aplikacjom przez dorosłych użytkowników smartfonów.

Producenci aplikacji uczą się od najlepszych, jak angażować odbiorców. Według danych firmy analizującej rynek mobilny Localytics, podczas gdy w 2011 roku zaledwie 26 proc. aplikacji została użyta więcej niż 11 razy, już w 2014 roku odsetek ten wzrósł do 39 procent.

Jednak badania Nielsena sugerują, że tort do podziału nie może rosnąć w nieskończoność. Analitycy podejrzewają, że mogliśmy dotrzeć do górnego limitu. Mimo znacznego wzrostu średniego czasu spędzonego na używaniu jakichkolwiek aplikacji (z 23 do 30 godzin), liczba aplikacji wykorzystywanych choć raz w miesiącu pozostała bez zmian (średnio od 26 do 27). Jeśli rzeczywiście granica istnieje, oznacza to jeszcze większe korzyści dla tych, którzy znajdą się wśród aktywnie używanych aplikacji.

Jednym z poważniejszych problemów rynku twórców aplikacji jest od kilku lat tzw. fragmentacja. Chociaż wydawałoby się, że jest on starannie podzielony pomiędzy trzy czołowe ekosystemy, to ogromna liczba obsługiwanych w ich ramach urządzeń, szczególnie na platformie Android, różna jakość łącza internetowego oraz przede wszystkim różny kontekst korzystania z aplikacji sprawiają, że dostosowywanie się do każdego z tych parametrów z osobna stało się bardzo uciążliwe.

Dlatego w Dolinie Krzemowej okrzyknięto koniec “odizolowanych aplikacji”. Mają je zastąpić platformy, w których jeden proces może być obsługiwany przez szereg krótkich interakcji dokonywanych na różnych urządzeniach, w sposób zależny od kontekstu. Silnik aplikacji bedzie ten sam, lecz elastyczny interfejs zaadaptuje się do każdej sytuacji.

Katalizatorem tych zmian jest otwarcie się największych ekosystemów na zewnętrznych deweloperów. Zarówno Google, Apple, jak i Microsoft ścigają się w udostępnianiu coraz to nowych API, które silniej integrują zewnętrzne aplikacje z telefonem. Dla przykładu nowy iOS 8 pozwala zewnętrznym aplikacjom na współpracę ze sobą, dzięki czemu użytkownicy mogą wykonywać czynności w jednej za pośrednictwem innej. Zarówno Android jak i iOS8 pozwala już na obsługę aplikacji zewnętrznych z poziomu ekranowych powiadomień.

Do micro moments dostosowane są takie usługi jak Google Now czy Siri, które same próbują odgadnąć kontekst zadawanych przez użytkownika pytań. W najnowszych wersjach Androida czy iOS zewnętrzne aplikacje mogą być obsługiwane bezpośrednio z poziomu powiadomień telefonu.

Jak wykorzystać Micro Moments?

W wieloekranowym świecie aplikacje otrzymują wiele kilkusekundowych szans na zaangażowanie użytkownika. Trzeba je wykorzystać, aby dotrzeć do niego ze swoim przekazem. Trzeba połączyć pojedyncze chwile w historię. Każdy jej odcinek musi być dostosowany do kontekstu w jakim się pojawi, jednak za wszystkimi wariacjami interfejsu powinna stać jedna platforma, pozwalająca na kontrolę treści i spójny komunikat.

Odizolowane aplikacje nie spełnią tego wymogu. Muszą być umieszczone w ekosystemie dostępnym na każdym ekranie. Deweloperzy aplikacji muszą więc stworzyć platformę, w której z poziomu jednego panelu użytkownik będzie mógł obsłużyć wszystkie kanały, którymi może angażować odbiorców. Co więcej, na podstawie tych interakcji powinien być w stanie dostosować rozwiązanie do oczekiwań fanów, widzów czy klientów.

Co oznacza to dla firm wykorzystujących media do promocji swoich produktów i usług? Muszą jak najszybciej dostosować komunikację do micro moments. Warto trzymać się kilku podstawowych zasad:

– przekaz musi być dostępny w odpowiednim kontekście na każdym ekranie: laptopów, smartfonów, tabletów, zewnętrznych ekranów;

– aplikacje, które udostępniasz użytkownikom muszą być intearaktywne i angażujące. Powinny wysyłać im praktyczne powiadomienia i umożliwiać łatwą akcję (polubienie, głosowanie w ankiecie, komentarz);

– interakcje muszą odbywać się w czasie rzeczywistym. Klient musi od razu zobaczyć swój komentarz na ekranie sklepowym, a widz swoje polubienie na ekranie telewizora;

– inwestycja w aplikacje musi być efektywna kosztowo. Budowa własnych dedykowanych aplikacji na wszystkie platformy jest czasochłonna i kosztowna;

Micro moments są wyzwaniem dla deweloperów aplikacji, jednak dla firm i organizacji, wykorzystujących nowoczesne media dla content marketingu, są kolejnym trendem, w który trzeba się wpisać. Kto jako pierwszy odnajdzie się w nowej rzeczywistości, zyska przewagę nad konkurencją i zwiększy udziały w rynku.

photo: bjearwicke / freeimages.com

Bartek CiszewskiMicro Moments – rewolucja, której nie możesz przespać
read more

Wspólne inwestycje – holenderski wynalazek, który przyjął się na całym świecie

Nie każdego stać na to, by samodzielnie kupić udziały w perspektywicznym przedsiębiorstwie albo obligacje rządu dynamicznie rozwijającego się egzotycznego kraju. Jednak jeśli wielu indywidualnych inwestorów połączy siły, razem staną się wpływowym graczem na rynku. Nic dziwnego, że produkt finansowy oferujący takie rozwiązanie zrobił furorę. Fundusze inwestycyjne mają już ponad 240 lat i są jedną z najpopularniejszych form długoterminowego inwestowania.

Historycy nie mają pewności co do tego, kiedy pojawił się pierwszy fundusz inwestycyjny. Jednak wielu wskazuje na to, że pomysł zgromadzenia oszczędności wielu osób w jedną pulę, by w ten sposób skuteczniej pomnażać je i konkurować z najbogatszymi zrodził się w XVIII wieku w Holandii, w tym czasie stolicy handlu i finansów zachodniej cywilizacji. 

Sposób na dywersyfikację po kolejnym krachu

Najczęściej jako wynalazcę tego produktu wskazuje się holenderskiego kupca Adriaana van Ketwicha, który w 1774 roku zaczął sprzedawać jednostki uczestnictwa  w funduszu powierniczym pod hasłem Eendragt Maakt Magt, czyli „w jedności siła”. – Zachodnia Europa właśnie wychodziła z kryzysu finansowego. Ketwich chciał stworzyć narzędzie dywersyfikacji inwestycji, z którego mogliby korzystać także mniej zamożni, dysponujący mniejszym kapitałem. To idea, która zawsze przyświecała twórcom i klientom funduszy inwestycyjnych – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej, Deutsche Bank.

Fundusz Ketwicha starał się rozkładać ryzyko angażując się w różnych częściach Europy, a także w obu Amerykach. Inwestował w obligacje, nie w akcje (w tym czasie na giełdzie w Amsterdamie notowanych było zaledwie kilka spółek). Co ciekawe, z założenia nie inwestował w obligacje holenderskiego rządu, ani miast. Pierwszy fundusz inwestycyjny był więc funduszem zagranicznym.

– W dzisiejszym rozumieniu Eendracht Maakt Magt był funduszem zamkniętym, czyli miał określoną liczbę jednostek uczestnictwa, które ich posiadacze mogli dowoli odsprzedawać. W przeciwieństwie do dominujących obecnie funduszy otwartych, od których klienci kupują jednostki bezpośrednio – tłumaczy ekspert Deutsche Bank.

Kapitalizacja Eendracht Maakt Magt w momencie rozpoczęcia działalności wynosiła milion guldenów i była podzielona na 2000 jednostek wartych 500 guldenów każda. Funduszem zarządzało dwóch dyrektorów, którzy musieli trzymać się wytycznych inwestycyjnych zapisanych w statucie.

Z Holandii do USA

Chętnych do zdywersyfikowanych inwestycji w fundusze było wielu. Już na początku XIX wieku własne fundusze zaczął sprzedawać król Holandii Wilhelm I. Kolejne fundusze uruchamiano w Szwajcarii w 1849 roku, Szkocji pod koniec XIX wieku, wreszcie we Francji i Wielkiej Brytanii, skąd trafiły do Stanów Zjednoczonych.

To tam w czasach prosperity lat 20. XX w. inwestowanie w fundusze stało się powszechne. Pierwszy nowoczesny fundusz inwestycyjny Massachusetts Investors’ Trust powstał w 1924 rok w Bostonie. Konkurencja na rynku była coraz ostrzejsza. Cztery lata później pojawił się pierwszy fundusz bezprowizyjny, który nie pobierał opłat za transakcje. W tym samym roku działalność rozpoczął Wellington Fund, pierwszy fundusz skupujący akcje, a nie jak do tej pory inwestujący bezpośrednio w przedsiębiorstwa.

Coraz popularniejsze stawały się fundusze otwarte, które mogły emitować dodatkowe jednostki uczestnictwa. W 1929 roku w USA działało takich funduszy 19, wobec 700 zamkniętych. Jednak rychły krach na giełdzie odwrócił trend. Zamknięte fundusze zniknęły z rynku a ich miejsce zajęły mniejsze fundusze otwarte, które dominują do dzisiaj. W odpowiedzi na załamanie się Wall Street wprowadzono też regulacje rynkowe. Od tej pory działalność funduszy kontrolowała Komisja Papierów Wartościowych i Giełdy (SEC).

– Koniunktura na giełdzie zawsze sprzyja popularności funduszy inwestycyjnych. Wysoki zysk z tych najbardziej agresywnych działa na wyobraźnię. Jednak długoterminowo najlepiej na inwestycji wychodzili ci klienci, którzy dywersyfikowali swoje oszczędności – mówi Monika Szlosek z Deutsche Bank.

W latach 50. XX w. podczas powojennego boomu liczba otwartych funduszy w USA przekroczyła 100. W kolejnej dekadzie podwoiła się. Pojawiły się fundusze agresywne, nastawione na wzrost, kosztem większego ryzyka. Natomiast w 1971 roku powstał pierwszy fundusz indeksowy, których wartość zależała od wybranych indeksów giełdowych.

Symbol polskiego kapitalizmu

Lata 80. i 90. XX w. to prawdziwe apogeum popularności funduszy w Stanach Zjednoczonych. Zarządzający najlepszych z nich urośli do rangi gwiazd. To też czas, gdy fundusze inwestycyjne trafiły do Polski. Ich działalność umożliwiła wprowadzone 24 lata temu Prawo o publicznym obrocie papierami wartościowymi i funduszach powierniczych. Najstarszym TFI działającym w Polsce jest Pionieer TFI, które powstało w 1992 roku.

Obecnie w Polsce zarejestrowane są 23 Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych (dane z czerwca 2014), które łącznie udostępniają klientom detalicznym ponad 7100 różnego rodzaju funduszy, subfunduszy oraz funduszy zamkniętych. Aktywa jakimi zarządzają TFI to ponad 213 mld zł. Działa też na naszym rynku 6 zagranicznych funduszy inwestycyjnych, które łącznie zarządzają  aktywami  blisko 7 mld zł (dane na wrzesień 2014). Tylko w  ofercie Deutsche Bank znaleźć można ponad 700 lokalnych i zagranicznych produktów z oferty 18 TFI.

Niestety, mimo ponad 20 letniego doświadczenia, popularność funduszy w Polsce jest wciąż dużo mniejsza niż na Zachodzie. Największe polskie TFI PZU zarządza aktywami  przekraczającymi 22 miliardy złotych. Dla porównania amerykańskie BlackRock LTD., zarządza aktywami 4,1 bilionami dolarów.W Europie fundusze inwestycyjne zarządzają aktywami o wartości 7,8 bilionów euro. Ze względu na korzystne opodatkowanie prawie jedna trzecia tej kwoty należy do funduszy z siedzibą w Luksemburgu. Aktywa polskich funduszy  to tylko 0,3 proc. europejskich aktywów.

W Stanach Zjednoczonych co drugie gospodarstwo domowe inwestuje swoje środki za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych. W Polsce niecałe 2 miliony osób. – To zrozumiałe, z racji dużo krótszej historii funduszy. W ciągu dwóch dekad zdążyliśmy przeżyć zaledwie raz entuzjastyczne zachłyśnięcie się zyskami podczas giełdowej hossy i rozczarowanie podczas bessy, przypadających odpowiednio na lata 90. XX w. i później po 2008 r. Tymczasem  na bardziej dojrzałych rynkach inwestorzy przeszli przez te cykle wielokrotnie. Największą wartość tego typu inwestycji poznaje się w długim okresie, systematycznie lokując oszczędności w instrumenty różnego typu – zauważa ekspert z Deutsche Bank.

Popularność funduszy w Polsce stale rośnie. W lutym krajowe TFI pozyskały prawie 2 mld złotych, wynika z danych Analiz Online. – Nasze społeczeństwo coraz chętniej korzysta z tej formy inwestowania. Cieszy fakt, że jak wynika z naszych badań fundusze są popularne wśród Polaków zaczynających pracę zarobkową, w  przedziale wiekowym od 25 do 34 lat. To osoby, które na długoterminowych inwestycjach mogą zyskać najwięcej. I dla których samodzielne inwestowanie z myślą o przyszłej emeryturze jest nieodzowne – dodaje.

Bartek CiszewskiWspólne inwestycje – holenderski wynalazek, który przyjął się na całym świecie
read more

W rozwiązaniach “second screen” technologia powinna być przeźroczysta

placeit (13)

Angażowanie widzów za pośrednictwem aplikacji second screen nie jest celem, ale środkiem do zwiększenia oglądalności i stworzenia nowych kanałów przychodu dla nadawców. Najwyższy czas, aby przestali postrzegać je jako defensywną broń w walce o uwagę publiczności, lecz jako szansę.

Czy zdarzyło Ci się w czasie ulubionego programu sprawdzać pocztę, przeglądać Facebooka, szukać dodatkowych informacji na Wikipedii? Badania sugerują, że większość z Was powinna w tym momencie przytaknąć. Już czterech na pięciu widzów ogląda telewizję korzystając jednocześnie z drugiego ekranu, najczęściej smartfona, laptopa albo tabletu.

Kto miał okazję obserwować zachowanie nastolatków przed telewizorem, zauważy z kolei, że tylko od czasu do czasu odrywają wzrok od telefonu, gdy w TV dzieje się coś wyjątkowo ciekawego. W ich przypadku termin “second screen” nabiera innego znaczenia. Rozproszenie uwagi widza to nieodwracalny trend. Fala, która narasta z każdym pokoleniem.

Widzimy to śledząc statystyki naszych aplikacji. Te towarzyszące programom z młodą widownią są nie tylko popularniejsze, ale biją też rekordy zaangażowania. Podczas niedawnej emisji odcinka hitu wśród nastolatków użytkownik generował średnio aż 25 interakcji. Podczas godzinnego programu przeciętna długość sesji w aplikacji sięgała 28 minut! To prawie pół godziny nieprzerwanej interakcji widza z nadawcą na dwóch uzupełniających się ekranach jednocześnie.

Osią zaangażowania w naszych aplikacjach są quizy i ankiety w czasie rzeczywistym. Widz głosuje na występy uczestników konkursu, ocenia żarty prowadzących, wygląd gości. Użytkownicy mogą natychmiast sprawdzić, czy mają podobne zdanie co inni. Natomiast na ekranie telewizora pojawiają się wyniki ich głosowania a wraz z nimi zbiorowe emocje, bo od razu widać, czy werdykt jury zgadza się z oceną publiczności.

Te interakcje powodują spiralę zaangażowania. Kontrowersyjne decyzje jurorów, sprzeczne z vox populi, prowokują gwałtowny przyrost komentarzy na czacie oraz wzmianek dotyczących programu w mediach społecznościowych. Te pierwsze wciągają jeszcze mocniej w oglądane treści, te drugie są wirusową promocją nadawanego programu.

Co ciekawe, z naszych doświadczeń wynika, że apogeum zaangażowania wcale nie zbiega się z kulminacyjnym punktem nadawanego programu. Do eksplozji interakcji, sprawiających, że słupki rozsadzają nasze panele ze statystykami, dochodzi w regularnych odsępach… podczas emisji reklam. Znudzeni użytkownicy wpisują mechanicznie to, co widzą na ekranie. Na wyścigi zgadują nazwy reklamowanego produktu. Odruchowo stukają w ekrany smartfonów. To moment, w którym odpowiednio wykorzystana aplikacja second screen staje się żyłą złota. Dla reklamodawców i nadawców.

Połączenie telewizji z interaktywnym ekranem, wykorzystywanym już teraz przez widzów do czynności zakupowych, stwarza wiele możliwości: “zamów jazdę próbną!”, “kup podczas trwania programu o 15 proc. taniej”, “zobacz nasz katalog”! To szansa na skok, nadanie reklamie telewizyjnej nowego wymiaru użyteczności. Na zachodnich rynkach takie rozwiązania już są stosowane. Według badań Nielsena wśród amerykańskich widzów jedną z najpopularniejszych czynności “second screen” są zakupy.

Podczas emisji jednego programu użytkownicy naszych aplikacji wykonują w nich nawet pół miliona czynności. Jeśli chociaż kilka procent z nich nadawcy przekierują do sklepów swoich klientów, mają szansę otworzyć zupełnie nowe źródło przychodów. Nowoczesną reklamę rozliczaną w modelu efektywnościowym, ale powiązaną z siłą zbiorowego przekazu telewizyjnego: tu i teraz.

Jest jeszcze jedna ogroma korzyść płynąca z “second screen”, której nadawcy zdają się w pełni nie doceniać. Własne aplikacje dają możliwość poznania z osobna każdego zaangażowanego widza. Aby oddać swój głos albo wypowiedzieć się na czacie, użytkownik loguje się za pomocą Facebooka. W ten sposób udostępnia nam publiczne dane swojego profilu. Wiemy jak się nazywa, ile ma lat, skąd pochodzi, czym się zajmuje, jakie ma zainteresowania. Proste rozwiązanie obecne w internecie od wielu lat otwiera nowe możliwości segmentacji przekazu. Pozwala nie tylko z chirurgiczną precyzją śledzić zaangażowanie poszczególnych grup widzów, ale też buduje długoterminową bazę odbiorców, którzy zostaną z nadawcą po zakończeniu emisji programu.

W USA czy Europie Zachodniej rozwiązania “second screen” nabierają tempa. Towarzyszą praktycznie wszystkim ważniejszym programom. Polscy nadawcy dopiero zaczynają się do nich przekonywać. Jedną z głównych przyczyn są dosyć wysokie koszty wdrożeń. Budowa dedykowanych aplikacji jest czasochłonna. Co więcej producenci programów telewizyjnych otrzymują aplikację, nad którą nie mają kontroli. W takich warunkach trudno jest osiągnąć satysfakcjonujący zwrot z inwestycji, zwłaszcza że mamy do czynienia z innowacyjnym produktem, do którego reklamodawcy nie są jeszcze przyzwyczajeni.

Moim zdaniem przyszłość “second screen”, podobnie jak w przypadku innych technologicznych produktów związanych z zarządzaniem treścią, należy do platform pozwalających nadawcom na samodzielne budowanie aplikacji osobom bez umiejętności programistycznych. Technologia standaryzuje się, natomiast wyzwaniem staje się stworzenie atrakcyjnej dla odbiorców interakcji oraz nowatorskich produktów sprzedażowych dla klientów. To juz pole do popisu dla samych nadawców i ich ekip producenckich. Im szybciej zaczną eksperymentować z “drugim ekranem”, tym większe szanse na zdobycie unikalnego know-how i wypracowanie przewagi konkurencyjnej.

4screens to platforma do budowy interaktywnych aplikacji dostępnych na wielu ekranach (mobile, tablet, desktop, TV, digital signage). Oferuje rozwiązania przeznaczone dla nadawców TV (second screen), nadawców radiowych (jako narzędzie komunikacji ze słuchaczami), organizatorów eventów, w handlu detalicznym, jak również do promocji marki (content marketing). W Polsce z “second screen” dostarczonego przez 4screens korzystali m.in. 4funTV, TVP (m.in. “Voice of Poland”) oraz TVP (“You Can Dance” oraz “Kuba Wojewódzki”).

Bartek CiszewskiW rozwiązaniach “second screen” technologia powinna być przeźroczysta
read more