Listopad 2011

Media społecznościowe w Chinach. Rewolucja pod parasolem cenzury (infografika)

dlaczego chinczycy korzystaja z social media

Jedna czwarta użytkowników social media mieszka w Chinach. Oznacza to, że prawie 500 milionów aktywnych, nowoczesnych internautów nie ma konta na Facebooku, Twitterze, nie korzysta z Google Docs ani YouTube. Warto ich poznać, zanim za kilka miesięcy zjawią się w Europie, by zarządzać firmą, w której pracujesz.

Z powodu różnic kulturowych, alfabetu i cenzury, w Chinach wytworzył się alternatywny internet, gdzie zamiast Twittera mamy Sina Weibo, zamiast Facebooka mamy Renren, a czatujemy na QQ. Internet, gdzie podstawą sukcesu jest sprawna moderacja społeczności, tak by użytkownik mógł się socjalizować a cenzor nie stracił pracy. Coś takiego jak polskie kino w latach 80.

Warto poświecić dwie minuty, żeby zrobić dobre wrażenie na przyszłym szefie.

media spolecznosciowe w Chinach

Autorem infografiki jest platforma pytań i odpowiedzi dla biznesu o nośnej nazwie G+. Co jak co, ale infografiki robią ładniejsze niż Google.

Bartek CiszewskiMedia społecznościowe w Chinach. Rewolucja pod parasolem cenzury (infografika)
read more

Czy możemy zaufać Markowi? Jak chronić prywatność na Facebooku

Dobra czy zła wiadomość dla użytkowników Facebooka? Serwis porozumiał się właśnie z Federalną Komisją Handlu w sprawie skargi, jaką przesłała pod koniec 2009 roku jedna z organizacji walczącej o ochronę prywatności w sieci. Zdaniem Electronic Privacy Information Center zmiany w regulaminie FB pozwalały postronnym na dostęp do osobistych informacji o użytkownikach, które wcześniej nie były dostępne. Jak wskazała Komisja, serwis społecznościowy umyślnie składał obietnice, których nie dotrzymywał. Miał nie dzielić się danymi z reklamodawcami, a robił to. Miał pozbywać się danych skasowanych przez użytkowników a trzymał je na serwerach. Teraz ma się poprawić. Zgodził się na zewnętrzne audyty prywatności, ma też informować o zmianach, które mogą mieć na nią wpływ.

Czy to oznacza, że możemy już w pełni zaufać Markowi Zuckerbergowi?

you-are-the-product

“Jeśli za coś nie płacisz, nie jesteś klientem, jesteś produktem”. Nie do końca zgadzam się z tym zdaniem. Według mnie szczególnie w internecie funkcjonuje wiele modeli biznesowych, w których możemy otrzymać naprawdę wiele za darmo. Ciekawie opisał je Chris Anderson w głośnej książce “Free. The Future of a Radical Price”. Trzeba jednak pamiętać, że wciąż najbardziej rozpowszechnionym jest model trójstronny, w którym ktoś płaci wydawcy (w tym wypadku Facebookowi) za to, że udostępnia nam swoją usługę.

image

Tradycyjne media sprzedają stworzone przez swoich pracowników treść, a właściwe naszą uwagę, którą te treści przykuwają. Media społecznościowe mają nieco inny charakter. Treści tworzymy w nich my i nasi znajomi. I to one, oprócz naszej uwagi, są przedmiotem handlu.  Komercyjne serwisy społecznościowe, nie mając innego źródła przychodów, będą chciały sprzedać nas jako produkt.

Dla przeciętnego użytkownika ugoda Facebooka z Federalną Komisją Handlu prawdopodobnie oznaczać będzie więcej, wyraźniej podsyłanych zmian regulaminu, które będziemy akceptować bez czytania. Dlatego korzystając z tej okazji warto przypomnieć sobie uniwersalne dobre praktyki korzystania z mediów społecznościowych. Osoby które cenią sobie prywatność mogą nadal w najlepsze korzystać z FB, ale warto zastosować się do tych rad:

1. Wypowiedzi w mediach społecznościowych z natury są publiczne. Serwisy pozwalają na ograniczenie ich widoczności, ale jeśli tego nie zrobisz, zawsze zakładaj, że to, co publikujesz (!) zobaczy więcej osób niż Ci się wydaje.

2. Nie umieszczaj swoich głównych namiarów: maila, numeru telefonu na profilu. Jeśli chcesz to zrobić, upewnij się, żeby nie były widoczne publicznie dokonując odpowiednich zmian w ustawieniach prywatności.

image

3. Nie upubliczniaj informacji o tym, gdzie jesteś, chyba, że naprawdę chcesz się tym pochwalić całemu światu.

4. Zanim klikniesz “Like”, zastanów się.

5. Używaj silnego hasła. Nawet, jeśli FB był początkowo tylko zabawą, siłą rzeczy z czasem informacje, które gromadzi są bardzo cenne. Warto je chronić.

Macie jeszcze jakieś propozycje?

Bartek CiszewskiCzy możemy zaufać Markowi? Jak chronić prywatność na Facebooku
read more

Competitive intelligence: biznesowy „biały wywiad” w służbie CFO

wywiad gospodarczy

Plany, praktyki, mocne i słabe strony konkurencji – ta cenna wiedza jest na wyciągnięcie ręki. Menedżerowie, którzy jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy nie tylko rezygnują z potężnego biznesowego narzędzia, ale też narażają się na niekontrolowane wycieki poufnych informacji. Świadomość tych procesów i znajomość zasad ich funkcjonowania jest szczególnie istotna dla dyrektorów finansowych, którzy operują kluczowymi dla działania organizacji informacjami.

Analityka biznesowa, czyli business intelligence (BI), oraz competitive intelligence to dwa gorące trendy, o których mówi się coraz głośniej. Wraz z rozwojem technologii analizy danych, coraz więcej informacji, które jeszcze 20 lat temu można było zrobić tylko za pośrednictwem kosztownego wywiadu albo nielegalnego szpiegostwa gospodarczego, leży na wyciągnięcie ręki.

Rewolucyjny rozwój internetu w ostatnich latach doprowadził do niespotykanej wcześniej przejrzystości działań w biznesie. – Nie ruszając się z miejsca przedsiębiorcy i menedżerowie planujący strategię dla swojej firmy mają dostęp do nieprzebranego morza informacji o rynku i funkcjonowaniu konkurencji – mówi Magdalena Hernandez, dyrektor ACCA Polska, międzynarodowej organizacji zrzeszającej specjalistów z zakresu finansów i rachunkowości. – Odpowiednie korzystanie z tych zasobów może stworzyć ogromną przewagę konkurencyjną – zauważa.

Żadne przedsiębiorstwo nie działa w odosobnieniu. To fakt, z którego zdaje sobie sprawę doświadczony menedżer. Każda firma jest uzależniona od otoczenia, na które składają się m.in. klienci, dostawcy, pracownicy oraz konkurenci. Analiza ich działań jest kluczowa dla skutecznego procesu podejmowania decyzji.

Dzięki zaawansowanym narzędziom BI, których dostawą zajmują się czołowi producenci rozwiązań technologicznych dla biznesu, firmy mogą gromadzić dostępne publicznie dane i na podstawie ich analizy dowiedzieć się, jaka jest strategia konkurencij. Jakie są ich zalety, gdzie są słabe punkty, w które można przeprowadzić atak, a gdzie silne, z których można spodziewać się zagrożenia.

Dlaczego analiza działań konkurencji jest tak ważna? Ponieważ konkurenci mają te same cele. Chcą zdobyć jak największy udział w rynku, siłą rzeczy często kosztem rywali. Niektórzy gracze znają go lepiej, bo mają większe doświadczenie. Inni wiedzą mniej, gdyż dopiero zaczynają poznawać zasady działania w danej branży. Jedni i drudzy mogą być źródłem bezcennych informacji. Z doświadczeń pierwszych, można nauczyć się najlepszych praktyk przetestowanych przez lata kosztownych eksperymentów. Obserwując drugich, można inspirować się świeżym, nieobarczonym stereotypami podejściem.

„Information wants to be free”

Legendarne zdanie wypowiedziane przez Stewarda Branda w 1984 roku po latach staje się faktem. W czasach sprzed internetowej rewolucji, zdobycie wiedzy o działaniu konkurencji nie było łatwe. Co prawda stosowano „biały wywiad”, jednak firmy i organizacje bardzo rygorystycznie kontrolowały informacje podawane publicznie. To już historia. W dobie wyszukiwarek, gdzie można często odnaleźć więcej informacji o przedsiębiorstwie niż zdaje sobie z tego sprawę jego zarząd, w nadchodzącej erze sieci społecznych, w których wszyscy, także klienci i pracownicy firm dzielą się informacjami często nie rozróżniając tych osobistych od zawodowych, dane leżą przed nami.

– Menedżerowie muszą zdać sobie sprawę, że nawet jeśli sami nie przeszukują zasobów sieci w poszukiwaniu informacji, to ich konkurenci zapewne już to robią – mówi Magdalena Hernandez. Dlatego zapoznanie się z nowoczesnymi praktykami business oraz competitive intelligence leży w interesie wszystkich działów organizacji, także w interesie dyrektorów finansowych.

Każda firma zadaje sobie szereg pytań na temat konkurentów: jak określić ich profil? Jak definiują cele? Jakie produkty planują? Jak będą je dystrybuować? Jakie są ich strategie cenowe? Czy planują kolejne przejęcia? Jak finansują rozwój? Skuteczna analiza danych dostarczanych przez narzędzia BI nie może się odbyć bez specjalistycznej wiedzy dyrektorów finansowych.

Gdzie można znaleźć cenne dane?

Proces business oraz competitive intelligence zaczyna się od zbierania danych. Chociaż nadal szczególnie duże organizacje pilnie strzegą wewnętrznych informacji, coraz więcej z nich jest upubliczniana. Ich źródłem mogą być dokumenty: strony internetowe, blogi, komunikaty prasowe i wypowiedzi w mediach, raporty, statystyki, wnioski patentowe. W świecie rozwiniętego internetu, dużą część ich pracy można wykonać za pomocą ogólnodostępnych narzędzi, które często są darmowe np. za pomocą takich usług jak Google Alerts można śledzić wszystkie pojawiające się w sieci informacje o konkurencji.

Jeszcze cenniejsze informacje można pozyskać od konkretnych osób: klientów, dostawców, dziennikarzy, konsultantów. Dzięki internetowi można ich śledzić na w sieciach społecznych: skupionych wokół biznesu i kariery, jak LinkedIn czy Goldenline, oraz bardziej prywatnych, jak Twitter czy Facebook.

Jednak prawdziwym wyzwaniem jest drugi i trzeci krok, czyli filtrowanie danych oraz ich analiza. – Te działania są szczególnie istotne, w przypadku gdy chcemy wydobyć informacje, które interesują dyrektorów finansowych – mówi Magdalena Hernandez z ACCA. – Jednak mogą one okazać się tak cenne, że inwestycja w wiedzę i technologie związane z business intelligence zwróci się z nawiązką – dodaje.

O tym dlaczego analityka biznesowa oraz analiza konkurencji stanowią integralną część każdej spółki oraz w jaki sposób zapewnić rozwiązania organizacyjne mające służyć dyrektorom finansowym do podejmowaia skutecznych decyzji będą dyskutować uczestnicy konferencji CFO European Summit, która odbędzie się 1 grudnia w Hotelu Westinw Warszawie. Wśród tematów poruszanych w trakcie konfernecji znajdą się również zagadnieia take jak: rola agencji ratingowych w systemie globalnych rynków finansowych oraz innowacyjność w finansach.
CFO European Summit to największe międzynarodowe spotkanie osób związanych z finansami. Organizatorem spotkania jest ACCA, międzynarodowa organizacja zrzeszająca specjalistów z zakresu finansów i rachunkowości.

Partnerami wydarzenia są: Alma Consulting Group, Euler Hermes, Randstad

Agenda CFO European Summit dostępna jest tutaj: http://www2.accaglobal.com/cfoeuropeansummit/

ACCA (The Association of Chartered Certified Accountants) jest największą i najszybciej rozwijającą się międzynarodową organizacją zawodową skupiającą specjalistów z zakresu finansów i rachunkowości. Naszym celem jest oferowanie najwyższej jakości kwalifikacji z dziedziny finansów a także szerzenie wiedzy tworzenie dobrych praktyk oraz dzielenie się z nimi ze środowiskiem finansistów.
Posiadamy obecnie 147, 000 członków oraz 424 studentów w 170 krajach. 80 biur na całym świecie oferuje wsparcie podczas przygotowań do egzaminów, 440 akredytowanych firm szkoleniowych oferuje możliwość przygotowania się do egzaminów pod okiem najlepszych wykładowców. 350 centrów egzaminacyjnych daje możliwość zdawania egzaminów w dogodnej lokalizacji.

Kwalifikacja ACCA może być początkiem rozwoju zawodowego w każdej organizacji, jest także potwierdzeniem wymaganej wiedzy, profesjonalizmu, doświadczenia zawodowego. Przygotowuje do pracy na różnych stanowiskach w działach finansowych. Jest rozpoznawalna i doceniana przez pracodawców na całym świecie. Członkowie z dyplomem ACCA posiadają taką samą wiedzę i umiejętności jak ich konkurenci z innych części świata.

Organizacja współpracuje z ok. 8 tys. pracodawców, wśród których wyróżnia szczególnie tych, inwestujących w kapitał ludzki. Firmy, które wspierają rozwój zawodowy swoich pracowników otrzymują status ACCA Approved Employer, który daje wymierne korzyści członkom i studentom ACCA tam zatrudnionym, a także samym akredytowanym instytucjom.

fot. AttributionNoncommercial Some rights reserved by ocularinvasion

Bartek CiszewskiCompetitive intelligence: biznesowy „biały wywiad” w służbie CFO
read more

Oceny agencji ratingowych to często tsunami dla rynków. Czy są potrzebne?

lehman brothers

Działalność agencji ratingowych bardzo istotnie wpływa na sytuację na rynkach. W powszechnej ocenie ich bierność doprowadziła do niespodziewanych plajt banków inwestycyjnych i kryzysu subprime w 2008 i 2009 roku. Dzisiaj zaskakują decyzjami o obniżaniu ratingów kolejnych państw i sektorów, także w Polsce. Czy i w jaki sposób można odbudować reputację tak ważnych dla światowej gospodarki instytucji?

Kilka dni temu akcje największych polskich banków załamały się. Powodem było obniżenie ich ratingu przez jedną z trzech największych agencji na świecie – Moody’s. Amerykańska firma oceniająca wiarygodności kredytową spółek, organizacji i rządów uznała, że perspektywy rozwoju polskiej gospodarki są słabe, a to może przełożyć się na pogorszenie jakości aktywów krajowych banków, które w rezultacie będą zmuszone do ograniczenia akcji kredytowej. Moody’s obniżył swoją ocenę ze stabilnej na negatywną.

Dla dużych międzynarodowych inwestorów taka decyzja to jednoznaczny znak do sprzedaży. – Nawet, jeśli zagraniczne banki inwestycyjne dysponują wiarygodnymi informacjami i własną oceną rynku, to na tego typu rozterki czas przyjdzie później. Pierwsza decyzja jest automatyczna – mówi Magdalena Hernandez, dyrektor zarządzająca ACCA, międzynarodowej organizacji zrzeszającej specjalistów z zakresu finansów i rachunkowości.

Prezes NBP Marek Belka określił krok agencji Moody’s jako „zdumiewający” i „zaskakujący”. Największe polskie banki odnotowały w ostatnim czasie rekordowe zyski. Mimo to podczas ubiegłotygodniowej wtorkowej sesji notowania akcji dołowały. Akcje Getin Banku traciły w pewnym momencie 4,7 proc., a Pekao SA i PKO BP prawie 3 proc. „Moody’s uderza w polski sektor bankowy”, komentowali rodzimi analitycy. Mimo oburzenia nie byli zaskoczeni. Polska była w Europie wyjątkiem. Sektory bankowe w innych krajach już wcześniej otrzymały ocenę negatywną. Działalność agencji ratingowych od kilku lat wzbudza na całym świecie nieustannie kontrowersje.

Ważny element procesu decyzyjnego

Agencje ratingowe są bardzo ważnym ogniwem w coraz dłuższym łańcuchu globalnych finansów. Ich głównym zadaniem jest ocena ryzyka kredytowego poszczególnych podmiotów. Na podstawie ich raportów i etykiet, jakie przydzielają firmom, samorządom, państwom czy też samym papierom wartościowym rynki wyrabiają sobie zdanie na ich temat i przede wszystkim podejmują decyzję, czy warto kupić dane zobowiązanie, czyli jaka jest szansa, że rząd czy spółka spłacą w przyszłości dług razem z odsetkami. Z ratingów korzystają w procesie podejmowania decyzji nie tylko inwestorzy, ale też ubezpieczyciele, banki inwestycyjne i rządy. Dlatego działalność agencji ratingowych jest ceniona i dobrze opłacana przez ich klientów. Ich pracownicy wnikliwie analizują wyniki finansowe, struktury organizacji, perspektywy rozwoju rynków i sektorów, by na tej podstawie oszacować za innych ryzyko. Przez lata ten system działał bez zarzutów, jednak kryzys finansowy lat 2007-2009 znacznie podważył ich wiarygodność.

Rola ratingów znacznie wzrosła wraz z rozwojem bardziej złożonych instrumentów finansowych. Z początkiem XXI. wieku wśród dużych instytucjonalnych inwestorów, jak banki czy fundusze emerytalne, coraz większą popularnością zaczęły się cieszyć złożone produkty oparte na długu, nazywane CDO (collateralized debt obligation). Banki inwestycyjne łączyły pojedyncze zobowiązania (najczęściej kredyty hipoteczne) w większe pakiety, które sprzedawały dalej. Jak łatwo się domyślić, ich nabywca nie był w stanie samodzielnie oszacować ryzyka związanego z poszczególnym kredytem, dlatego w pełni zdawał się na zewnętrzną ocenę. – W skrócie można powiedzieć, że inwestorzy kupowali produkt kierując się tym, co napisane na etykiecie, czyli ratingiem – mówi Magdalena Hernandez z ACCA. – Złożony system finansowy z wykorzystaniem derywatów jest bardzo wrażliwy, może funkcjonować tylko pod warunkiem, że agencje ratingowe będą wykonywać swoją pracę bardzo rzetelnie. To klucz do budowania wzajemnego zaufania na rynku – dodaje.

W lipcu 2007 roku zbankrutowały dwa fundusze należące do amerykańskiego banku inwestycyjnego Bear Stearns. W październiku bank Merrill Lynch poinformował o stracie w trzecim kwartale w wysokości 7,9 miliarda dolarów. W sierpniu 2008 roku upadł bank Lehman Brothers. Jak do tego doszło?

Agresywna polityka kredytowa i inwestycyjna sprawiła, że coraz więcej instrumentów CDO opartych było o amerykańskie hipoteki subprime, udzielane klientom o wysokim ryzyku, np. o niższych przychodach czy niestabilnym zatrudnieniu. Oczywiście, oprocentowanie takich kredytów jest wyższe, przez co można na nich więcej zarobić. Gwarancją spłaty tych zobowiązań miały być rosnące ceny nieruchomości. W założeniu w przypadku utraty pracy, kredytobiorca mógł z zyskiem sprzedać dom i bezpiecznie spłacić pożyczkę. Niestety, okazało się, że ceny przestały rosnąć. Coraz więcej kredytów stało się zagrożonych. Wiedziały o tym firmy kontaktujące się bezpośrednio z amerykańskimi rodzinami, które zaciągnęły pożyczkę, powinny o tym wiedzieć agencje ratingowe. Jednak do samego końca Moody’s, Standard&Poors i Fitch przyznawały aktywom odpisywanym przez bankrutujące fundusze inwestycyjne i banki najwyższe noty.

Co dalej z ratingami?

Gdy te fatalne w konsekwencjach błędy agencji ratingowych wyszły na jaw, świat był w szoku. Jednak wciąż nie doprowadziło to do systemowych zmian. Sam agencje zmieniły jednak politykę. Starają się zawczasu obniżać ratingi. Zaskoczyły tym inwestorów w sierpniu tego roku, gdy niespodziewanie obniżyły rating Stanów Zjednoczonych. Dało to znak do wyprzedaży na giełdach. Po USA przyszedł czas inne kraje, a także banki komercyjne. Chociaż zmiana polityki agencji jest wyraźna, ekonomiści, jak chociażby prezes NBP, Marek Belka, wciąż nie mogą doszukać się w tych działaniach racjonalnych decyzji popartych danymi.

Tego samego dnia, gdy Moody’s zweryfikował ocenę polskich banków, Michel Barnier, unijny komisarz ds. rynku wewnętrznego i usług przedstawił projekt zmian prawnych, które mają rozmontować oligopol „wielkiej trójki” agencji ratingowych, do której należą Standard&Poor’s, Fitch oraz Moody’s. – Chcę wyciągnąć konsekwencje z kryzysu. Te agencje są bardzo ważne… Moim zdaniem ich rola jest zbyt duża – powiedział Barnier. Zmiany w przepisach proponowane przez komisarza mają zaostrzyć zasady działania agencji na terenie Unii Europejskiej. Komisarz chce m.in. zabronić im publikacji ratingów dla krajów, które korzystają z pomocy UE i MFW (jak np. Grecja). Sankcją byłaby utrata licencji.

Dodatkowo Barnier proponuje szereg zmian, które mają rozdrobnić rynek takich usług. Przedsiębiorstwa i jednostki administracji publicznej musiałyby co pięć lat zmieniać agencję, która ocenia wiarygodność emitowanych przez nie obligacji. Natomiast Europejski Urząd Akcji i Rynków opublikuje listę wszystkich działających na terenie Unii Europejskiej agencji ratingowych oraz stawki jakie pobierają za swoje usługi. Ma to zwiększyć konkurencyjność między poszczególnymi agencjami ratingowymi.

– Agencje ratingowe to instytucje kluczowe dla poprawnego działania globalnych rynków finansowych. Właśnie dlatego, że ich rola jest tak ważna powinny podlegać wyjątkowo ścisłej kontroli nie tylko prawnej ale też przez odpowiedni kodeks postępowania – zauważa Magdalena Hernandez z ACCA. – Standardem powinny być zewnętrzne audyty działalności agencji ratingowych, badania stosowności działania kadry zarządzającej wyższego szczebla i menedżerów odpowiedzialnych za wewnętrzną kontrolę. Tylko w ten sposób agencje będą mogły odzyskać nadwyrężoną w ostatnich latach reputację a ich klienci odzyskać tak potrzebne źródło informacji – dodaje.

***

Na temat roli agencji ratingowych w systemie globalnych rynków finansowych i ich wpływie na system finansowy będą dyskutować uczestnicy konferencji CFO European Summit, która odbędzie się 1 grudnia w Hotelu Westin w Warszawie. Wśród tematów zostną również poruszone takie kwestie jak: analityka biznesowa, analiza konkrencji oraz innowacyjność w finansach. CFO European Summit to największe międzynarodowe spotkanie osób związanych z finansami. Organizatorem spotkania jest ACCA, międzynarodowa organizacja zrzeszająca specjalistów z zakresu finansów i rachunkowości.

Partnerami wydarzenia są: Alma Consulting Group, Euler Hermes, Randstad

http://www2.accaglobal.com/cfoeuropeansummit/

fot. Attribution Some rights reserved by conorwithonen

Bartek CiszewskiOceny agencji ratingowych to często tsunami dla rynków. Czy są potrzebne?
read more

Polskie firmy gotowe do szarży na zagraniczne rynki

sarza-w-wawozie-samosierra

Małe i średnie przedsiębiorstwa z Polski już teraz konkurują globalnie. Głównymi motywami są dostęp do rynków zagranicznych oraz dążenie do rozwoju, gdy działalność w kraju już nie wystarcza. Atutami: wiarygodność, przedsiębiorczość, wciąż niskie koszty i… ceniona marka. Największą barierą – brak wiedzy niezbędnej do zagranicznej ekspansji. Firmy muszą nauczyć się korzystać ze wsparcia organizacji, które mogą im w tym pomóc, a organizacje muszą dostosować rodzaj udzielanego wsparcia do potrzeb firm. To główne treści wtorkowej konferencji „Wchodzenie MŚP na rynki zagraniczne”, zorganizowanej w Warszawie przez ACCA, organizację wspierającą małe i średni firmy w ich rozwoju, także międzynarodowym.

Aby odnieść sukces w przechodzącej rewolucję światowej gospodarce polskie firmy, muszą przystosować się do nowych wyzwań, nauczyć się ze sobą współpracować i lepiej wykorzystać pomoc w zdobyciu know-how oferowaną przez organizacje rządowe i prywatne – argumentowali eksperci. – Problemy z zewnętrznym finansowaniem, na które powszechnie skarżą się polskie firmy, nie muszą być przeszkodą – przekonywał Andrzej Hopko, członek ACCA, międzynarodowej organizacji skupiającej specjalistów z zakresu finansów i rachunkowości, działającej w 170 krajach. – Wręcz przeciwnie, można wskazać wiele przykładów, w których brak kapitału wymuszał wyjątkowe podejście innowacyjne. Pieniądze nie są jedynym warunkiem, podstawą jest przedsiębiorczość i wiedza – dodał.

W ciągu ostatnich pięciu lat wartość bezpośrednich inwestycji za granicą wzrosła sześciokrotnie z 6,3 do 36,6 miliardów dolarów, wynika z danych ONZ. Jednak prosperita polskiej gospodarki nie musi trwać w nieskończoność. – Do tej pory polskie firmy konkurowały kosztami – przestrzegał przedsiębiorców prof. Witold Orłowski, główny ekonomista PwC. Po transformacji Polska miała do pokonania ogromny dystans. Skróciliśmy go znacznie głównie dzięki „rencie zapóźnienia”. Jeszcze w 1990 roku PKB na głowę w Polsce wynosiło 30 proc. średniej w 15 krajach starej UE, obecnie już ponad połowę. Mimo to godzina pracy w naszym kraju jest wciąż pięciokrotnie tańsza niż w najbogatszych krajach UE. – Jednak możliwe, że za 20 lat wyniesie już 70-80 proc. Im większy sukces odniesiemy, tym trudniejszy będzie dalszy pościg, a najciężej będzie na finiszu – zauważa Orłowski. – Dalszy rozwój będzie zależał od naszych firm, a nie od tego, czy inwestorom zagranicznym będzie się opłacać lokować u nas produkcję czy też nie. Albo będziemy innowacyjną gospodarką, albo przestaniemy się rozwijać – ostrzega.

Właśnie dlatego polskie firmy powinny wykorzystać najbliższe lata do skutecznej ekspansji na rynki zagraniczne.

Przedsiębiorcy, którzy wyrośli z polskiego rynku

Dlaczego firmy decydują się na ekspansję? Główną motywacją jest chęć zdobycia dostępu do zagranicznych rynków. Prawie równie istotne jest dążenie do rozwoju, zwykle rozumianego jako zwiększenie sprzedaży, gdy już krajowy rynek jest zbyt mały. Wiele przedsiębiorstw decyduje się na taki ruch z myślą o konkurencji, by ją uprzedzić lub gonić. Jak pokazuje ankieta przeprowadzona przez PwC we współpracy z ACCA, dużą część przedsiębiorców, którzy zdecydowali się na inwestycje zagraniczne, zaskakuje niższa niż w kraju konkurencja oraz tańsza siła robocza.

O jakich rynkach myślą polscy przedsiębiorcy? Najczęściej firmy inwestują w najbliższym otoczeniu geograficznym. Liderem są: Ukraina, Czechy, Rumunia, Niemcy, Słowacja i Węgry. Poza Europą ich uwagę przyciągają wciąż Stany Zjednoczone i od niedawna Chiny. Na wielu zagranicznych rynkach, szczególnie na wschodzie, Polska ma dobrą markę. W krajach byłego ZSRR nasze firmy kojarzone są tradycyjnie z wiarygodnością i jakością Zachodu. Natomiast w Azji postrzegane są pozytywnie i jednoznacznie utożsamiane z Unią Europejską.

Na całym świecie rynki cenią też polskie firmy za wymierne zalety, takie jak wysoki stosunek jakości i technologii do ceny oraz różnorodność oferty i elastyczność. Nasz obszar kulturowy i przeszłość komunizmu sprawiają, że polscy pracownicy i przedsiębiorcy mają wyjątkowe doświadczenie i kompetencje pozwalające lepiej zrozumieć rynki wschodzące i funkcjonowanie gospodarek przechodzących transformację, np. w Europie Wschodniej, ale też potencjalnie np. na Bliskim Wchodzie.

Niedofinansowane przez co bardziej odporne na kryzys?

Zagraniczne inwestycje polskich firm finansowane są głównie ze środków własnych, bezpośrednio lub przez operacje na akcjach. Kredyty bankowe są dopiero trzecim źródłem. – Polskie firmy tradycyjnie mają mniejsze możliwości finansowania. Są też mniej skłonne do poszukiwania zewnętrznych źródeł niż kraje z Zachodniej Europy czy USA – tłumaczy Mateusz Waleski – ekonomista PWC – Dlatego Polska jest jedną z mniej „zlewarowanych” gospodarek, dzięki czemu tak bezpiecznie przechodzimy przez kryzys, chociaż ogranicza to możliwości naszych firm – dodaje.

Jak pokazują badania dla wielu firm hamulcem w ekspansji zagranicznej okazują się różnice w kulturze pracy.
– Prawdziwym wyzwaniem są różnice kulturowe, bo jest je najtrudniej zrozumieć. Jedyna ogólna zasada, do której można się uniwersalnie stosować brzmi: na obcym rynku zachowuje się tak, jak wymaga rynek, a nie tak, jak ja się chce – powiedziała Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka PKPP Lewiatan

Kolejnymi przeszkodami są: obciążenia administracyjne, korupcja, problemy językowe, związane z dystrybucją czy kosztami działalności w danym kraju, brak wykwalifikowanej siły roboczej, czy właśnie dostęp do finansowania.

Z kolei zdaniem ekspertów, jedną z głównych barier uniemożliwiających ekspansję polskich firm jest brak odpowiedniej wiedzy i know-how. Na konferencji przedstawiciele rządowych i prywatnych instytucji, m.in. PARP, PAIiIZ, BGK, KIG, Unicorn SME Union, BIG oraz ACCA starali się zachęcić przedsiębiorców do korzystania z ich wsparcia. – Przynależność do organizacji jest kluczowa dla przedsiębiorców na zglobalizowanym rynku. Bez niej jest bardzo trudno rozwijać biznes – przekonywał Andrzej Hopko, ekspert ACCA.– Tylko w ten sposób można pozyskać nie tylko dostęp do wiedzy na temat poszczególnych rynków, ale też zdobyć bezpośrednich partnerów. Tylko za pośrednictwem rozbudowanej sieci placówek organizacji, której jesteśmy członkiem, możemy zadzwonić bezpośrednio do odpowiedniej osoby w Hongkongu w konkretnej sprawie – dodał.

Bartek CiszewskiPolskie firmy gotowe do szarży na zagraniczne rynki
read more

Jak bank ocenia klientów?

Jednym z głównych elementów oceny wiarygodności klienta banku, są dane zgromadzone w Biurze Informacji Kredytowej. Instytucje finansowe mają obowiązek każdorazowej oceny klienta pod kątem jego zdolności do spłacania rat kredytu. Informacje pozytywne, negatywne, a także brak jakichkolwiek informacji dotyczących historii kredytowej w BIK, są dla banku podstawą oceny wiarygodności osoby ubiegającej się o kredyt.

Biuro Informacji Kredytowej gromadzi dane o zobowiązaniach klientów banków i SKOK-ów (w tym np. o kredytach gotówkowych, hipotecznych, debetach w koncie lub zobowiązaniach na karcie kredytowej), które udostępniane są formie Raportów.

Raporty BIK zawierają szczegóły dotyczące kredytu oraz terminowości jego spłat i przekazywane są do banków i SKOK-ów każdorazowo, w odpowiedzi na zapytanie. Dzięki raportom możliwa jest również ocena aktywności kredytowej klienta. Dodatkowo BIK przekazuje ocenę punktową, a także ewentualne informacje pochodzące z bazy Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor, dotyczące przeterminowanych zaległości spoza sektora bankowego. Raport zawiera również informację z Systemu Dokumenty Zastrzeżone, która pozwala przeciwdziałać ewentualnym wyłudzeniom kredytów.

Raporty dotyczące klientów indywidualnych przekazywane do banków, zawierają zawsze te same typy informacji. Rozróżnia się je wyłącznie ze względu na powód złożonego do BIK zapytania. Podstawowym zestawieniem jest Bankowy Raport Kredytowy dla Klienta Indywidualnego. Umożliwia on określenie zdolności kredytowej w chwili ubiegania się o kredyt. Banki mogą wykorzystać go jednorazowo w chwili składania wniosku przez klienta.

Dodatkowym narzędziem dostarczanym przez BIK, które pomaga ocenić sytuację klienta jest tzw. scoring kredytowy. To metoda punktowej oceny ryzyka kredytowego, jakie wiąże się z finansowaniem danej osoby. Program scoringowy oblicza, jak duże jest prawdopodobieństwo, że dany klient spłaci zobowiązanie, na podstawie porównania go z profilem osób, które już wcześniej otrzymały kredyty. Im bardziej profil osoby ubiegającej się o kredyt przypomina profil klientów terminowo spłacających swoje zobowiązania w przeszłości, tym lepsza jest ocena punktowa tej osoby. Ponieważ scoring znajduje coraz szersze zastosowanie w bankowości, jest on wykorzystywany w tej chwili niemal dla wszystkich klientów posiadających lub ubiegających się o kredyty.

Wyższa ocena punktowa oznacza mniejsze prawdopodobieństwo, że dany klient przestanie terminowo spłacać raty kredytów. Osoby z wysokimi ocenami punktowymi są więc chętniej widziane w bankach, ponieważ są postrzegane jako bardziej wiarygodne.

Jak wyliczana jest ocena punktowa? Jest ona sumą punktów uzyskanych przez danego klienta za poszczególne elementy jego profilu. Takim elementem może być przykładowo największe zarejestrowane dotychczas opóźnienie w spłatach kredytów. Największą ilość punktów za ten element przyznaje się osobie, która nie miała nigdy żadnych opóźnień w spłatach, mniejszą klientowi, któremu zdarzały się opóźnienia w spłatach rat kredytowych. Innymi elementami oceny punktowej mogą być przekroczenia limitu na karcie kredytowej. Występuje więc oczywista zależność między charakterystyką profilu klienta, a jego wiarygodnością kredytową – osoby, które do tej pory spłacały terminowo swoje kredyty, z dużo większym prawdopodobieństwem będą równie sumiennie spłacać raty kolejnego kredytu.

Dzięki scoringowi instytucje finansowe mogą szybko, precyzyjnie i przede wszystkim obiektywnie ocenić, jakie jest ryzyko kredytowe dla danej osoby. Ocenie tej może podlegać zarówno stały klient danego banku lub SKOK-u, jak ubiegający się w nim pierwszy raz o kredyt. Oprócz przyspieszenia podjęcia decyzji kredytowej, scoring pozwala obniżyć koszty całego procesu. To z kolei może przełożyć się na bardziej atrakcyjną ofertę. Scoring umożliwia bankom i SKOK-om zarządzanie ryzykiem kredytowym w taki sposób, aby utrzymać wysoki poziom bezpieczeństwa zarówno dla kredytobiorcy jak i dla kredytodawcy, a tym samym zwiększać zaufanie banków i SKOK-ów do klientów.

Wszyscy mamy prawo dostępu do danych na swój temat gromadzonych w BIK. W każdej chwili można więc osobiście przekonać się, co wiedzą o nas banki i SKOK-i. Informacja z BIK może też pomóc zrozumieć decyzję banku lub SKOK-u odnośnie przyznania lub odmowy kredytu. Aby otrzymać raport z BIK zawierający ocenę punktową (Raport PLUS z Informacją o Ocenie Punktowej), wystarczy złożyć wypełniony wniosek w Biurze Obsługi Klienta lub wysłać go listem poleconym. Klienci iPKO, Inteligo i Meritum Banku mają możliwość pobrania takiego raportu poprzez swoje internetowe konto bankowe. Raport ten jest odpłatny.

Jeśli zależy nam na wysokiej ocenie punktowej, ze względu na chęć ubiegania się o kredyt w przyszłości, powinniśmy przede wszystkim dbać o terminowe regulowanie rat kredytów aktualnie spłacanych. Jeśli w najbliższej przyszłości możliwe są problemy ze spłatą zobowiązań, powinniśmy zrobić wszystko co w naszej mocy, aby zapobiec opóźnieniom. Można zwrócić się do banku lub SKOK-u z wnioskiem o zmianę warunków spłaty lub skorzystać z kredytu konsolidacyjnego. Trzeba robić wszystko, aby nie dopuścić do narastania zaległości.

Warto pamiętać, że o przyznaniu kredytu nie decyduje BIK, Dane pochodzące z Biura Informacji Kredytowej mają pomagać w ocenie rzetelności danej osoby oraz oszacować czy będzie w stanie spłacać zaciągnięty kredyt. BIK nie ocenia klienta, a jedynie pokazuje, jakie jest prawdopodobieństwo, że klient o danym profilu spłaci kredyt, o który się ubiega. Decyzje o przyznaniu kredytu podejmuje wyłącznie bank lub SKOK.

Bartek CiszewskiJak bank ocenia klientów?
read more

Jak małe i średnie firmy mogą skuteczniej wyszukiwać zagranicznych kontrahentów

Anglojęzyczna strona internetowa, firmowy profil na Facebooku czy Twitterze pozwalają nawet niewielkiemu, kilkuosobowemu polskiemu przedsiębiorstwu dotrzeć do klientów i kontrahentów w dowolnym miejscu na świecie. Czy dzięki internetowej rewolucji międzynarodowe kontakty biznesowe są łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej?

Niski kurs złotego, zawirowania w świecie finansów i zbliżające się spowolnienie gospodarcze mogą okazać się szansą dla małych i średnich polskich firm na skuteczne rozszerzenie działalności poza granice kraju. W ciągu zaledwie dwóch miesięcy złoty stracił na wartości względem dolara i euro około 11 proc. Daje to dodatkową premię polskim eksporterom, których towary i usługi automatycznie stały się dla odbiorców tańsze. Z kolei załamanie się finansowania europejskich firm stworzy w najbliższym czasie lukę, którą mogą zapełnić firmy z Polski, gdzie sytuacja póki co jest stabilniejsza.

– Coraz więcej przedsiębiorców rozważa zagraniczną ekspansję, a jednym z pierwszych pytań jakie sobie stawiają to jak znaleźć pierwszych kontrahentów – mówi Magdalena Hernandez, dyrektor zarządzająca ACCA, międzynarodowej organizacji zrzeszającej specjalistów z zakresu finansów i rachunkowości. – W ostatnich latach, dzięki rozpowszechnieniu się niskokosztowej komunikacji za pośrednictwem internetu, padła kolejna bariera, która im to utrudniała – dodaje.

Zdefiniuj rynki

Wciąż najczęściej operacje polskich małych firm na zagranicznych rynkach zawiązują się przez przypadek. Do kontaktów handlowych dochodzi w wyniku spotkania podczas podróży, konferencji albo wakacji, przez polecenie czy więzi osobiste. Takie metody mają jednak swoje oczywiste ograniczenia. A współczesny internet oferuje szereg narzędzi – takich jak wyszukiwarki, reklama kontekstowa, serwisy społecznościowe – które pozwalają dotrzeć do wybranych odbiorców niezależnie, bez względu na granice geograficzne. Od czego zacząć?

Najlepiej od zdefiniowania najważniejszych rynków dla naszych produktów i usług na mapie świata. Tradycyjnym sposobem jest odnalezienie swoich produktów w Zharmonizowanym Systemie Oznaczenia i Kodowania Towarów (HS) prowadzonym przez Światową Organizację Ceł. Gdy już uda się to zrobić, z łatwością można odnaleźć globalne statystyki importu z ostatnich lat. Kraje, których mieszkańcy kupują najwięcej naszego produktu, powinny znaleźć się na samej górze naszej listy. Jednak jest prawdopodobne, że globalni konkurenci też zastosowali podobną metodologię i mają te same kraje na celowniku. Dlatego sposobem na odnalezienie intratnej zagranicznej niszy może być prześledzenie trendów z ostatnich kliku latach i koncentracja także na rynkach, gdzie zapotrzebowanie na produkt dopiero zaczyna szybko rosnąć.

Znajdź odbiorców

Gdy już firma zdefiniuje obszary geograficzne czy kulturowe, które ją interesują, powinna zacząć pozyskiwanie odbiorców. – Można to zrobić na trzy sposoby: aktywny kontakt z wybranymi firmami, pasywną promocję oraz poprzez bezpośredni networking – radzi Magdalena Hernandez z ACCA.

Jak znaleźć firmy, które mogą być zaineresowane produktami określonej kategorii? Tradycyjnie służą do tego listy eksporterów i importerów prowadzone przez urzędy celne, biura promocji importu czy też związki importerów. Internet daje dużo więcej możliwości. Dzięki niemu możemy szukać potencjalnych kontrahentów wśród producentów, hurtowników, sprzedawców detalicznych praktycznie nie ponosząc dodatkowych kosztów, oprócz tych związanych z czasem spędzonym przed ekranem monitora.

Na tym nie koniec. Powoli język przestaje być barierą. Przynajmniej we wstępnym badaniu rynków, a to i tak duże ułatwienie dla planowania międzynarodowej działalności. Automaty tłumaczące (np. Google Translator) pozwalają w ciągu ułamka sekundy przełożyć na polski albo angielski treść strony internetowej napisanej w jednym z około 50. języków. Nie zawsze wynik jest poprawny gramatycznie, jednak w większości przypadków treść zaprezentowaną przez internetowego tłumacza można jednoznacznie zrozumieć. Gdy są z tym kłopoty, można wesprzeć się słownikiem lub profesjonalnym wsparciem tłumacza.

Po tym, jak sporządzimy już bazę najważniejszych adresów e-mail, sam list intencyjny można już sporządzić w angielskim lub innym międzynarodowym języku, powszechnie znanym w danej części świata (np. francuski czy hiszpański).

Reklama – niekoniecznie płatna

Często skuteczniej można nawiązać kontakt z zagranicznymi partnerami biznesowymi korzystając z nowoczesnych narzędzi wyszukiwania i przetwarzania informacji. A raczej: aktywnie dając się znaleźć innym. Jak to zrobić? Odpowiedź jest prosta – zadbać o jak najlepszą obecność we wszystkich miejscach, gdzie sami szukalibyśmy kontrahenta.

Współczesne firmy powinny co jakiś czas wyszukiwać siebie same. Sprawdzać, czy są uwzględnione i odpowiednio wyeksponowane w dostępnych katalogach eksporterów czy importerów. We współczesnym internecie do pozyskiwania nowych informacji biznesowych służą przede wszystkim wyszukiwarki (takie jak Google, Bing, Yandex w Rosji czy Baidu w Chinach). Dlatego priorytetowe dla firmy, która chce być widoczna dla potencjalnych kontrahentów, jest obecność w katalogach, stronach branżowych, serwisach stowarzyszeń eksporterów czy importerów, wyświetlanych przez wyszukiwarki na najwyższych pozycjach po wpisaniu kluczowych fraz zawierających nazwy i kategorie naszych produktów.

Wśród marketerów zajmujących się internetem dominuje przekonanie, że treść jest najważniejsza („Content is King”). Oznacza to, że szczególnie w tym medium, aby skutecznie wypromować swój produkt, firma powinna jak najczęściej wypowiadać się na jego temat. Dlatego warto tworzyć i publikować regularnie informacje prasowe o swoich produktach, działalności, branży, prowadzić własny blog opisujący trendy rynkowe, praktyczne wskazówki dla klientów, albo specjalistyczny serwis poświęcony produktom. Dobrze, by nie były wydawane jedynie w języku polskim, ale też angielskim i w innych językach używanych w krajach, do których kierujemy naszą ofertę. Magia treści w sieci polega właśnie na tym, że wartościowa, oryginalna treść wypromuje się sama. Ale nie oznacza to, że nie można jej pomóc.

Dysponując już odpowiednio sformatowaną treścią, można zadbać o odpowiednią promocję. W tym względzie najlepszy efekt odniosą działania nie związane bezpośrednio z płatną reklamą. Roboty wyszukiwarek zaprojektowane są tak, by same mogły wychwycić treści dobrej jakości. Dodatkowo wartościowe informacje, które stworzymy z dużym prawdopodobieństwem pojawią się w serwisach społecznościowych, na forach. Mimo to warto wesprzeć te działania kampanią. Najlepiej kontekstową, np. w systemie AdWords. Reklamy w wyszukiwarkach pozwolą nam dotrzeć do użytkowników, którzy mogą być zainteresowani naszą ofertą. Dodatkowo ich koszt automatycznie dostosowany jest do zasięgu działalności firmy. Reklama na niszowych rynkach jest kilkakrotnie tańsza niż w najbardziej obleganych.

Networking

Coraz ważniejszą rolę w promocji pełni media społecznościowe, takie jak Facebook, Twitter, LinkedIn, a także fora internetowe, platformy sprzedaży związane z naszą branżą. Warto rozpocząć za ich pośrednictwem komunikację z potencjalnymi klientami i kontrahentami dopiero w momencie, gdy mamy już przygotowaną odpowiednią treść. To za jej pośrednictwem możemy promować swoją markę jako eksperta w dziedzinie produkcji i eksportu naszych towarów czy usług. Wchodząc w bezpośrednią komunikację, odpowiadając na pytania związane z produktami i rynkiem możemy odnieść efekt podobny do bezpośredniego networkingu, z tym, że w większej skali.

– Oczywiście, nowoczesne narzędzia komunikacyjne nie zastąpią bezpośredniego kontaktu. Nadal, jeśli przedsiębiorcy mogą sobie na to pozwolić, najskuteczniejszym sposobem poznawania partnerów handlowych są bezpośrednie spotkania, wymiana doświadczeń między dostawcami, odbiorcami, pośrednikami a także konkurentami – zauważa Magdalena Hernandez z ACCA.

***

Do firm, które chcą zdobyć niezbędny know-how, aby rozpocząć ekspansję na zagraniczne rynki, skierowana jest bezpłatna konferencjaWchodzenie małych i średnich przedsiębiorstw na rynki zagraniczne. Kolejne z cyklu międzynarodowych spotkań organizowanych przez ACCA we współpracy z kluczowymi partnerami odbędzie się 22 listopada w hotelu Mariott w Warszawie. Zaproszeni prelegenci, przedstawiciele agencji rządowych, członkowie ACCA, przedstawiciele organizacji zawodowych i stowarzyszeń branżowych przeanalizują problemy związane z zagranicznym rozwojem polskich MSP. Współorganizatorem wydarzenia jest firma doradcza PricewaterhouseCoopers, która na potrzeby konferencji przygotowała specjalny raport o korzyściach i wyzwaniach związanych z zagraniczną ekspansją.

Bartek CiszewskiJak małe i średnie firmy mogą skuteczniej wyszukiwać zagranicznych kontrahentów
read more

Polskie firmy mogą podbić świat. Jak im w tym pomóc?

Małe i średnie przedsiębiorstwa mogą wykorzystać nadchodzący kryzys. W Europie i wielu innych miejscach na świecie w wyniku spowolnienia gospodarczego pojawią się niezagospodarowane nisze, które będą mogły zapełnić sprawnie zarządzane polskie firmy, umiejętnie korzystające z premii wynikającej z osłabienia się kursu złotego. Ekspansji polskich firm na rynki zagraniczne poświęcona będzie konferencja, która odbędzie się we wtorek 22 listopada w warszawskim hotelu „Marriott”, organizowana przez ACCA i PWC. Konferencja jest bezpłatna.

Konferencja „Wchodzenie małych i średnich przedsiębiorstw na rynki zagraniczne” jest kolejną z cyklu spotkań organizowanych na świecie przez międzynarodową organizację ACCA, zrzeszającą specjalistów z zakresu finansów i rachunkowości. – Z naszych obserwacji wynika, że jedną z głównych barier powstrzymujących polskie firmy przed wyjściem na zagraniczne rynki jest brak świadomości dostępnych możliwości – mówi Magdalena Hernandez, dyrektor zarządzająca ACCA. – Chcemy pobudzić wyobraźnię przedsiębiorców. Mamy nadzieję, że po konferencji wielu z nich zdecyduje się na ten krok i odniesie sukces na międzynarodowych rynkach – dodaje.

Zaproszeni prelegenci, wśród których znaleźli się przedstawiciele agencji rządowych, członkowie ACCA, przedstawiciele organizacji zawodowych i stowarzyszeń branżowych w Polsce, wspólnie przeanalizują najistotniejsze problemy ale także szanse i możliwości związane z wchodzeniem firm z sektora MŚP na rynki zagraniczne.

Specjalnie na potrzeby konferencji PwC, współorganizator imprezy, przygotował raport o korzyściach
i wyzwaniach związanych z działalnością zagraniczną
. Jego wyniki przedstawi Mateusz Walewski Senior Economist PwC. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC, opowie o najważniejszych aspektach działalności zagranicznej a Jerzy Samborski, prezes Unicorn SME UNION Polska, o wsparciu na jakie mogą liczyć przedsiębiorcy, którzy się na nią zdecydują. Po każdej prezentacji temat będzie omawiany w panelach dyskusyjnych z udziałem najbardziej uznanych ekspertów w kraju. Szczegółowy program konferencji dostępny jest na stronach ACCA.

ACCA (The Association of Chartered Certified Accountants) jest największą najszybciej rozwijającą się międzynarodową organizacją zawodową skupiającą specjalistów z zakresu rachunkowości i finansów. Stowarzyszenie, które ma już ponad sto lat liczy obecnie 424 tys. studentów i 147 tys. członków w 170 krajach. Kluczowym celem ACCA jest promowanie najwyższych standardów zawodowych, etycznych i zarządczych oraz wspieranie interesu publicznego. Korzystając z fachowej wiedzy i doświadczenia swoich członków, ACCA wspiera rządy, instytucje i organizacje zawodowe.

Organizacja współpracuje z ok. 8 tys. pracodawców, wśród których wyróżnia szczególnie tych, inwestujących w kapitał ludzki. Firmy, które wspierają rozwój zawodowy swoich pracowników otrzymują status ACCA Approved Employer, który daje wymierne korzyści członkom i studentom ACCA tam zatrudnionym, a także samym akredytowanym instytucjom.

Bartek CiszewskiPolskie firmy mogą podbić świat. Jak im w tym pomóc?
read more

Kryzys finansowy szansą dla polskich firm na podbicie zagranicznych rynków

Kryzys gospodarczy oprócz zagrożenia, może nieść także szansę. Kłopoty z długiem publicznym państw strefy euro i spodziewane spowolnienie gospodarcze przetestują siłę rynkowych graczy. Wiele wskazuje na to, ze wobec trudności międzynarodowych konkurentów, polskie firmy będą mogły wyjść z zawirowań obronną ręką.

W ciągu niespełna dwóch miesięcy złoty stracił na wartości 11 procent. Jeszcze w lipcu euro kosztowało 3, 93 zł, pod koniec sierpnia jego cena sięgnęła 4, 50 zł, a obecnie oscyluje w granicach 4, 36 zł. Wobec kryzysu zadłużenia państw strefy euro jeszcze bardziej zyskał na wartości amerykański dolar. Osłabienie się złotego powinno mieć pozytywny wpływ na konkurencyjność polskiego eksportu, bo oznacza, że towary i usługi, których koszty produkcji pokrywane są w złotych, stają się tańsze.  Wielu ekonomistów wskazuje znaczne osłabienie się wartości naszej waluty w drugiej połowie 2008 roku jako na jedną z przyczyn, dla których Polska wyszła obronna ręką z poprzedniego kryzysu. Polscy eksporterzy, już teraz konkurencyjni na międzynarodowych rynkach, dostaną od rynku walutowego kolejną premię. Będą jednak musieli ją umiejętnie wykorzystać, bo prognozy wzrostu gospodarczego w 2012 w Stanach Zjednoczonych i Unii Europejskiej nie są optymistyczne.

Dobra pozycja startowa

Eksport polskich firm, choć startuje z niskiego poziomu rozwija się bardzo dynamicznie.
W ciągu ostatnich 10 lat eksport liczony na jednego mieszkańca zwiększył się trzykrotnie osiągając w ubiegłym roku wartość 3,8 tys. euro, wynika z danych Eurostatu. Mimo pozytywnego trendu, wciąż jesteśmy daleko w tyle za innymi krajami UE, gdzie eksport na głowę jest średnio o 150 proc. wyższy.  Wartość towarów i usług sprzedanych za granicą, przypadająca na jednego Niemca, jest wyższa o 250 proc., a na Francuza o 100 proc.  W tej statystyce w Unii wyprzedzamy jedynie Bułgarię i Rumunię. Inne kraje regionu – Węgry, Słowacja, Czechy – przewyższają nas znacznie. Eksport na mieszkańca wyniósł tam w zeszłym roku odpowiednio 8,2 tys., 9,6 tys. oraz 10,4 tys. euro.

Trudno zakładać, że wynika to z nadzwyczajnej nieporadności polskich przedsiębiorców. Nasz krajowy 40-milionowy rynek jest chłonny, dlatego wiele firm z powodzeniem prowadzi ekspansję wewnątrz granic. Mimo to obserwacje na całym świecie pokazują, że kraje które eksportują więcej, są bogatsze.

– Dużym problemem jest brak spójnej strategii wizerunkowej promującej Polskę jako markę na zagranicznych rynkach – mówi Magdalena Hernandez, dyrektor zarządzająca ACCA, międzynarodowej organizacji zrzeszającej specjalistów z zakresu finansów i bankowości. – Nasze firmy udowadniają od wielu lat, że są w stanie skutecznie konkurować na międzynarodowych rynkach. Trzeba jednak pamiętać, że doświadczenie polskich firm w działalności międzynarodowej jest wciąż stosunkowo niewielkie, dlatego potrzebują wsparcia i konsultacji – tłumaczy.

Jak zaznacza Magdalena Hernandez wciąż stosunkowo mało rozwinięty eksport jest ogromną szansą dla firm, które rozważają taki ruch. – Bez wątpienia w naszym regionie, a także na bardziej odległych rynkach wciąż jest wiele niezagospodarowanych nisz a w związku z nadchodzącym spowolnieniem mogą pojawić się nowe – zauważa.

Podstawy wzrostu polskiego eksportu są silne. Coraz bardziej atrakcyjna staje się struktura polskiego eksportu. W miejsce tradycyjnych sektorów, jak włókienniczy, metalowy czy wydobywczy na znaczeniu zyskują te bardziej rozwojowe: motoryzacja, a w szczególności produkcja części i akcesoriów samochodowych, czy produkcja urządzeń elektrycznych. Dobrze radzą sobie polskie firmy technologiczne, rywalizujące na rynkach opartych na wiedzy: firmy IT czy producenci oprogramowania, w szczególności dynamicznie rozwija się w ostatnich latach polska produkcja gier komputerowych.

Polskie firmy, które dominują na zagranicznych rynkach

Z międzynarodową konkurencją skutecznie rywalizują też polskie firmy farmaceutyczne, które przygotowały się z wyprzedzeniem do ekspansji. W okresie dobrej koniunktury lat 2004-2008 zainwestowały wg danych GUS ok. 2,8 mld złotych m.in. w modernizację linii produkcyjnych. W tej branży koncerny z całego świata skupiają się w ostatnich latach na najbardziej dynamicznych rynkach w Azji i Ameryce Południowej. Według szacunków firmy IMS Health rynek farmaceutyczny w Chinach zwiększy się do 2013 roku o 40 miliardów dolarów. W Rosji, Indiach czy Brazylii wzrost szacowany jest od 5 do 15 miliardów dolarów.

Polscy producenci już obecni są w Rosji, gdzie Polpharma skutecznie prowadzi działalność poprzez spółkę zależną Akrihin.  Według danych firmy jedna piąta przychodów pochodzi dziś ze sprzedaży leków i substancji farmaceutycznych za granicą. Poprzez spółkę córkę operuje w Indiach Bioton. W dalszej kolejności firma biotechnologiczna rozwijać sprzedaż insulin w Ameryce Łacińskiej. Z kolei grupa Adamed koncentruje się na rynkach w Turcji i Ukrainie. Polskie firmy farmaceutyczne są przygotowane do zagranicznej ekspansji.

Od prawie dekady świetnie radzą sobie na zagranicznych rynkach polskie marki odzieżowe. Lider eksportu odzieży – Grupa LPP – sprzedaje z powodzeniem produkty marki Reserved, Cropp, House czy Mohito na niezbyt odległych, ale dynamicznie rosnących rynkach Europy Środkowej i Wschodniej: rosyjskim, ukraińskim, czeskim, słowackim czy estońskim. Innym przykładem są sklepy z bielizną Atlantic. Od czterech lat firma prowadzi sprzedaż we własnych sklepach najpierw w Rosji i na Ukrainie, obecnie także w Czechach, na Słowacji, w Mołdawii i Armenii. Najdłuższe tradycje ma firma Big Star, będąca w posiadaniu polskich udziałowców. Producent odzieży sprzedaje swoje wyroby w Niemczech, Francji, Rosji, a także w Tunezji, Wietnamie  i Libanie. 

Zagraniczną sieć sprzedaży aktywnie rozwijają też firma Wittchen (62 punkty sprzedaży w Rosjii i 36 na Ukrainie) i Gino Rossi (jej buty można kupić w większości krajów Europy Środkowej i Wschodniej, a także w Niemczech). W 34 krajach od Stanów Zjednoczonych, przez Malezję po Dubaj salony otwiera firma kosmetyczna Inglot. Meble Vox można kupić w 15 krajach w Europie oraz w Stanach Zjednoczonych. A inna marka z branży – Kler, znana jest także w Kanadzie i Japonii.

Konkurencyjne polskie technologie

Do niedawna polski eksport kojarzył się z produkcją nowoczesną, choć wciąż konkurującą głównie ceną. Oczywiście zdarzały się wyjątki, jak podpoznańska firma Solaris, której nie tylko dzięki niskim kosztom, ale również wysokiej jakości produkowanych autobusów udało się podbić największy rynek w Europie. Pojazdy Solaris jeżdżą w ponad stu niemieckich miastach.

Od niedawna coraz głośniej jest o polskich firmach w prestiżowej branży opartej na wiedzy, jaką jest produkcja gier komputerowych. To bardzo konkurencyjny międzynarodowy rynek, na którym rywalizują firmy z całego świata. Polscy producenci gier mają na swoim koncie hity ostatnich lat, takie jak „Call of Juarez” z 2006 roku. Gra stworzona przez polską firmę Techland sprzedała się w 1,5 milionach egzemplarzy na całym świecie. Na polskiej literaturze sukces zbudował CD Projekt. „Wiedźmin” z 2007 roku, oparty na prozie Andrzeja Sapkowskiego pobił rekord Techlandu i sprzedał się w nakładzie 1,7 miliona egzemplarzy. Według branży rok 2011 ma być jeszcze lepszy.

Wciąż dobrze radzą sobie na międzynarodowych rynkach tradycyjni polscy potentaci IT: Asseco i Comarch. Pierwszy gracz uzyskał dominującą pozycję po agresywnych przejęciach w Czechach, na Słowacji, w Bułgarii, Serbii, Rumunii, ale też i w Niemczech czy Turcji. Od trzech lat ekspansję na zachodnie rynki prowadzi Comarch. Stawia na Niemcy, Austrię, Szwajcarię, Beneluks i Skandynawię.

Europa najbliższa, Azja największym wyzwaniem
Eksperci zwracają uwagę, że coraz bardziej nieuchronny kryzys, chociaż dla większości firm będzie oznaczał cięcia kosztów i restrukturyzację dotychczasowych strategii, dla zwycięskiej mniejszości z pewnością okaże się przełomowy.

– Sukces odnoszą zazwyczaj te firmy, które zareagują najszybciej – mówi Magdalena Hernandez z ACCA. – Podczas, gdy inne firmy znajdą się w kłopotach, wprowadzenie w porę koniecznych zmian, np. redukcji kosztów, pozwoli bardziej przewidującym firmom wykorzystać szansę – dodaje.

Na to mogą liczyć polskie firmy planujące ekspansję do Unii Europejskiej. Mają atut uczestniczenia we wspólnym rynku unijnym, a jednocześnie zachowują premię związaną z niższymi w ostatnim czasie notowaniami złotego wobec euro. Jednak ekonomiści zauważają, że o wiele większe możliwości obiecują bardziej egzotyczne rynki Azji i Ameryki Południowej.

– Te regiony mają wciąż ogromny potencjał wzrostu. Dotarcie do nich nie jest tak łatwe, jak eksport do państw europejskich, jednak jeśli uda się je pokonać korzyści mogą być dużo większe – zauważa Magdalena Hernandez z ACCA. – Polskie mają wszelkie predyspozycje do tego, by skutecznie wkroczyć na te rynki, jednak wciąż hamuje je stosunkowo niewielkie doświadczenie w kontaktach handlowych z tymi częściami świata, dlatego by w pełni wykorzystać swój potencjał potrzebują wsparcia – dodaje.

Do firm, które chcą zdobyć niezbędny know-how, aby wykorzystać okazję i rozpocząć ekspansję na zagraniczne rynki, skierowana jest bezpłatna konferencja „Wchodzenie małych i średnich przedsiębiorstw na rynki zagraniczne”.  Odbędzie się 22 listopada 2011 r. w hotelu Mariott w Warszawie.

Podczas spotkania zaproszeni prelegenci, przedstawiciele agencji rządowych, członkowie ACCA, przedstawiciele organizacji zawodowych i stowarzyszeń branżowych omówią  problemy związane z zagranicznym rozwojem polskich MSP.

Więcej informacji na stronie: http://www2.accaglobal.com/konferencjamsp.pdf

Bartek CiszewskiKryzys finansowy szansą dla polskich firm na podbicie zagranicznych rynków
read more

Kredyty gotówkowe z górnej półki na 150 tys. Kto z nich korzysta?

Zamożni Polacy coraz chętniej sięgają po pożyczki gotówkowe na pokaźne sumy. Banki podnoszą pułap dostępnych kredytów ze 100 do 150, a nawet 500 tys. złotych. Można je zaciągnąć na 6-7 lat. Eksperci potwierdzają – popularność tych produktów rośnie. Kto i w jakim celu z nich korzysta?

Kredyty gotówkowe kojarzą się zazwyczaj z niespodziewanymi wydatkami czy trudnymi sytuacjami życiowymi. Zgodnie z obiegową opinią zaciągają ją mniej zamożni, którym z trudem starcza do pierwszego, albo nie są w stanie zapewnić sobie „poduszki bezpieczeństwa” na wypadek niefortunnych zdarzeń.

Tymczasem w Polsce dynamicznie rozwija się rynek kredytów gotówkowych przeznaczonych dla zamożnych klientów. Sięgają oni po kwoty rzędu kilkudziesięciu, a nawet ponad 100 tys. złotych. – Wysokokwotowe kredyty gotówkowe banki oferowały już wcześniej, ale istotnie ostatnio odnotowaliśmy znaczny wzrost zainteresowania i zapotrzebowania na tego typu finansowanie ze strony klientów – zauważa Michał Kuchta, dyrektor Centrum Finansowania Klienta Indywidualnego Deutsche Bank PBC.

Klienci w Internecie rozważają coraz większe pożyczki

Chociaż średnia wysokość kredytu gotówkowego w Polsce wynosi ok. 4 tys. złotych, najnowsza analiza przeprowadzona przez porównywarkę finansową Comperia.pl potwierdza, że zwiększa się udział wysokich sum w całkowitej liczbie kredytów, o jakie pytają klienci. Analitycy Comperia.pl zestawili liczbę zapytań użytkowników serwisu o kredyty gotówkowe w ostatnim roku, dzieląc je na 15 kategorii cenowych – począwszy od kwot mniejszych niż 2 tysiące, skończywszy na tych przewyższających 200 tysięcy złotych. Zbadali też interesujące użytkowników okresy kredytowania.

Jak można się domyślić, jeśli chodzi o liczbę potencjalnych kredytobiorców, dominują mniejsze kwoty. Przeciętnie, w zależności od sezonu, od 70 do 80 proc. użytkowników Comperii zainteresowanych było kredytami poniżej 10 tys. złotych. Podobnie obserwacje ma Open Finance. – Na rynku wciąż dominują kredyty od 3 do 5 tys. złotych. Są banki, gdzie średnia jest niższa, są takie, w których wynosi 10 tys. złotych – mówi Halina Kochalska, analityk Open Finance. – Niezależnie od kwoty pożyczki gotówkowe najczęściej przeznaczane są na bieżącą konsumpcję, np. samochód albo spłatę zobowiązań – dodaje.

Jednak wyraźnie widać rosnące zapotrzebowanie na wyższe kwoty. Jeszcze w sierpniu ubiegłego roku 91 proc. szukających pożyczek gotówkowych za pomocą porównywarki, interesowało się kwotami poniżej 10 tys. złotych, natomiast w czerwcu 2011 r. kredytów o wyższej wartości szukał już co trzeci użytkownik serwisu.

kredyty gotówkowe - kwota kredytu

Dane Comperii potwierdzają też, że internautów interesują coraz dłuższe okresy kredytowania. O ile w sierpniu 2010 r. zdecydowana większość użytkowników, aż 94 proc., zainteresowana była pożyczkami na mniej niż 3 lata, to już w czerwcu 2011 co czwarty szukał kredytów z dłuższym okresem spłaty.

kredyty gotówkowe - okres kredytu

– Udział kredytów z „wysokiej półki”, na kilkadziesiąt, nawet 100 tys. złotych rośnie – zauważa Halina Kochalska. – Widać to chociażby po rosnącym pułapie oferowanym przez banki – dodaje.

Kredyty gotówkowe na 100 tys. złotych oferują już: mBank, Bank Pocztowy, BNP Paribas czy Getin. O 120 tys. można ubiegać się w Citibanku Handlowym. Wyższe kwoty oferują m.in. Deutsche Bank PBC – do 150 tys. złotych, oraz PKO BP, który udzieli kredytu gotówkowego nawet na pół miliona złotych.

Zamożni i świadomi ryzyka

Kto jest skłonny wziąć kredyt „od ręki” na tak dużą kwotę? Zdaniem ekspertów są to osoby, które mają zdolność kredytową, ale nie chcą lub nie mogą już pożyczyć pieniędzy pod hipotekę, bo stanowi już ona zabezpieczenie np. kredytu mieszkaniowego. – Są to klienci o wysokich dochodach, na ogół zatrudnieni na czas nieokreślony, często też przedstawiciele wolnych zawodów – mówi Michał Kuchta z Deutsche Bank PBC. – Osoby te mają większe od przeciętnych potrzeby konsumpcyjne – dodaje.

Zauważa, że chociaż w teorii banki pozwalają spłacać kredyty gotówkowe nawet w pięć lat, to w praktyce nawet największe kredyty są zaciągane na okres od 72 do 84 miesięcy. Oznacza to, że rata pożyczki na 100 tys. złotych może przekroczyć 2 tys. a nawet 2,5 tys. złotych. To na tyle duża kwota, że oferta adresowana jest do klientów ze stałym źródłem wysokich dochodów. – Takie osoby osiągnęły już pewien poziom stabilizacji, najczęściej też mają doświadczenie z kredytem hipotecznym – mówi Kuchta. – Są to więc klienci świadomi – dodaje.

Co skłania klientów banków do korzystania z wyżej oprocentowanych kredytów na tak duże kwoty? – Po tak duże sumy sięgają w sytuacji, gdy pieniędzy z kredytu hipotecznego zabrakło na wykończenie mieszkania czy zakończenie budowy domu – tłumaczy Halina Kochalska z Open Finance. Jak zauważa, zdarza się, że kredytem gotówkowym finansuje się zakup nietypowej nieruchomości np. działki letniskowej, budowlanej czy siedliska. W takich sytuacjach, gdy bankowi trudno jest wycenić ich wartość, uzyskanie kredytu hipotecznego jest czasochłonne i niepewne. – Sporą część tych kredytów biorą ludzie prowadzący działalność gospodarczą – mówi Kochalska. – Kredyty gotówkowe są droższe, ale dużo łatwiejsze do uzyskania.

Michał Kuchta z Deutsche Bank PBC zwraca uwagę na dwa główne cele: – Kredyty o wysokich kwotach przeznaczane są często na konsolidację zadłużenia w innych bankach. W drugiej kolejności na remonty lub wykończenie zakupionych nieruchomości – mówi. – Oczywiście zdarza się też zapotrzebowanie na kredyt w celu zakupu dóbr konsumpcyjnych o wyższej wartości, np. samochodów. Właśnie po takie kredyty często zwracają się do nas prawnicy, architekci czy lekarze, czyli reprezentanci wolnych zawodów.

Bartek CiszewskiKredyty gotówkowe z górnej półki na 150 tys. Kto z nich korzysta?
read more

Komputer, aparat? Po co? iPhone sam napisze ci bloga

Kto by pomyślał, że jeszcze niecałe pokolenie wstecz działalność wydawnicza wymagała pracy zespołu osób, którzy za pomocą profesjonalnych, wyspecjalizowanych maszyn zbierali informacje, pisali teksty, robili zdjęcia, wreszcie składali wszystkie te elementy do druku. Czcionka po czcionce, obrazek po obrazku, na każdym etapie sprawdzając błędy…

Dzisiaj całą machinę wydawniczą można zmieścić w kieszeni nawet przyciasnych spodni.

to nie jest Tom, ale to jest iPhone

Tak jak Tom Martin. Tom od kilku miesięcy przeprowadza wywiady z liderami branży technologicznej. Tworzy i publikuje je wyłącznie za pomocą iPhone’a. No, prawie.

Ostatnio w serwisie socialmediaexaminer.com podzielił się tajnikami swojego fachu przedstawiając bardzo fajną listę porad dla wszystkich zainteresowanych “sprzętowym minimalizmem”.

Audio

Co prawda sama aplikacja Voice Memos jest wystarczająca do nagrywania rozmów, to jednak problemem może być wbudowany mikrofon, który po prostu nie daje rady i obniża jakość materiału. Także pierwsza rada dotyczy właśnie tego elementu.

Żeby zapewnić wysoką jakość nagrania, przyda się wam zewnętrzny mikrofon. Tom poleca Brando Mini Directional mic: mały, lekki, idealny do przeprowadzania wywiadów. Znaleźliśmy jeszcze kilka innych modeli, wszystkie w podobnej cenie i o podobnych gabarytach, także możemy po prostu zaufać rekomendacji Toma, żeby ułatwić sobie wybór.

 

Brando Mini Directional mic

 

Można go nosić w kieszeni, w odpowiednim momencie wpiąć w gniazdko słuchawkowe, skierować w stronę osoby, z którą rozmawiacie i gotowe – wasze nagranie będzie czystsze i głośniejsze. Trzeba jednak pamiętać, że mikrofon wzmacnia wszystkie dźwięki dochodzące do niego, także nadal przyda się w miarę spokojne i ciche miejsce do przeprowadzenia rozmowy.

 

image

Jeżeli chcecie nagrać  materiał lepszej jakości w głośniejszych okolicznościach – na przykład na konferencji lub w knajpie, przyda się wam trochę bardziej profesjonalne narzędzie. Tyle że iPhone nie pozwala na wpięcie mikrofonów używających standardowych 3,5 milimetrowych końcówek. Na szczęście na rynku można znaleźć odpowiednie adaptery i tu Tom poleca KV Connection iPhone Microphone Adapter, ale na polskim rynku znajdą się pewnie tańsze zamienniki (widziałam kilka archiwalnych aukcji na allegro za kilka złotych). Dzięki tej małej przejściówce będziecie mogli używać każdego rodzaju mikrofonu.

Foto

Zainwestujcie w kilka zewnętrznych obiektywów do waszego iPhona. Tom poleca zestaw rybie oko, makro i obiektyw szerokokątny. W sieci można też znaleźć np. obiektywy teleskopowe. Będziecie w stanie trzaskać foty na zupełnie nowym poziomie. Dobierzcie sobie zestaw, który przyda się wam najbardziej w prowadzeniu waszej działalności wydawniczej (np. jeśli prowadzicie bloga podróżniczego, fajnym dodatkiem jest szerokokątny, który powiększa fotografowaną powierzchnię nawet o kilka metrów).

 

zdjęcie iPhone + obiektyw teleskopowy

 

Oczywiście ważne są aplikacje, które pomogą wam w obróbce zdjęć i tu znów odwołujemy się do rekomendacji Toma, który używa Photogene, ale możecie na początek wypróbować np. darmowej aplikacji Adobe Photoshop Express, która zbiera nawet niezłe recenzje w iSklepie.

Będziecie mogli od razu na swoim telefonie dokonać podstawowej obróbki fotek – przycięcia, wyostrzenia, redukcji szumu, poprawienie kolorów, nakładania filtrów. Prosta zabawa, która pozwoli wam na szybkie dopracowanie zdjęć i wrzucenie ich bezpośrednio do sieci.

 

obróbka zdjęć na iPhone

 

Wideo

Podobnie jak w przypadku dźwięku podstawowe funkcje iPhona powinny wam wystarczyć do nagrania poprawnego materiału wideo. I to macie za darmo – jeżeli jednak chcecie pójść dalej, przyjrzyjcie się aplikacjom i programom do edytowania filmów. Posiadaczom Maców Tom poleca iMovie (w którym tworzył wszystkie filmiki dostępne na blogu). Można w nim między innymi przycinać i wycinać, dodawać osobną ścieżkę dźwiękową, dodatkowe plansze z napisami czy tłumaczenia, co w zupełności wystarczy do stworzenia naprawdę fajnego materiału wideo.

 

iMovie

 

Jak się nie jest MacManem, można spróbować pobawić się z LightWorks, opensourcowym oprogramowaniem do edycji treści wideo (było wykorzystywane w profesjonalnych produkcjach takich jak Mission Impossible, Braveheart czy Pulp Fiction).

I ostatnia rzecz, dla państwa zajawkowiczów  – zerknijcie na apkę Flare, która pozwala na poprawianie jakości nagrania na żywo, w trakcie kręcenia (np. dodanie efektów HDR i zoomowanie).

 

flare–ponoć najlepsza apka wideo na rynku

I tyle: kilka prostych trików i gadżetów, które sprawią, że twój stary, wyświechtany iPhone zmieni się w prawdziwie multimedialny kombajn tworząco-publikujący.

Fajne, nie?

klu

fot. Mackley,  Attribution-NonCommercial-ShareAlike 2.0 Generic (CC BY-NC-SA 2.0); thinkgeek.com

Ola KluzekKomputer, aparat? Po co? iPhone sam napisze ci bloga
read more

Kto okupuje Wall Street? [infografika]

rzecznicy Occupy Wall Street

Wielu z Was zainteresował nasz wpis o rewolucji wspomaganej mediami społecznościowymi, nie na Bliskim Wschodzie, ale w USA i Europie Zachodniej. Problem polega na tym, że socjologowie i dziennikarze mają trudności z zakwalifikowaniem grupy społecznej która się buntuje. Pierwszy tym: studenci. Ale czy tak jest naprawdę?

Po obejrzeniu tego wywiadu można zacząć wątpić:

A jest jeszcze druga część.

Temat zaczyna się komplikować. W połowie października analityk Harrison Schultz i prof. Hektor R. Cordero-Guzman z Baruch College przeanalizowali ponad 5 tys. ankiet wypełnionych na stronach occupywallst.org, witryny, która w ciągu 40 dni odwiedziło 4,7 unikalnych użytkowników. Główny wniosek: ponad 70 proc. respondentów określa siebie jako “politycznie niezależnych”. Jak ich sklasyfikować?

Chyba najlepiej sięgnąć bo database journalism. W Stanach działa już kilka agencji interaktywnych specjalizujących się w wizualizacji danych. Jedną z nich jest jess3, która na zlecenie Fast Company wykonała tę infografikę:

occupy-wall-street-infographic-960-1575

Protestujący to głównie biali mężczyźni, w zróżnicowanym wieku (w większości po studiach), wykształceni, pracujący, o niższych dochodach no i… korzystający głównie z Facebooka.

Bartek CiszewskiKto okupuje Wall Street? [infografika]
read more

Data journalism– dziennikarstwo oparte na danych

Hans Rosling - wizualizacja

Czy zauważyliście, gdy skanujecie codziennie dziesiątki, setki tytułów i linków na ekranach swoich komputerów, tabletów albo smartfonów, które z nich coraz częściej przyciągają waszą uwagę? Obrazki. Internet sprawił, że porzucamy kulturę opartą na słowie (mówionym czy też pisanym).  Słowo wymaga czasu. Zdania łączą się długie ciągi. Historie opowiedziane słowami trzeba niekiedy w pośpiechu przewijać do końca, by usłyszeć pointę.

Co trzeci uczeń powyżej 15. roku życia nie przeczytał w 2010 r. żadnej książki, a aż 27 proc. uczniów, że nie przeczytało w ciągu miesiąca tekstu dłuższego niż trzy strony. Grupa osób z wyższym wykształceniem również deklaruje dość niskie czytelnictwo – co czwarty Polak z tej grupy przyznał, że przez cały rok nie wziął do ręki ani jednej książki, także w wersji cyfrowej – to pierwsze z brzegu badanie, już dawno nie szokuje.

Prawdziwa rewolucja dopiero nadchodzi wraz z pokoleniem wychowanym od kołyski w kulturze obrazkowej. Czy gdybym w wieku kilku lat zamiast “Koziołków Matołków”, “Tytusów”, książek Curwooda mógł całymi dniami macać iPada byłbym w stanie przeczytać, co dopiero napisać taką średniodługą blogonotkę? Nie sądzę.

Jak w takich warunkach przekazać odbiorcy bardziej wymagający komunikat? Jak opowiedzieć mu np. o zaletach nieco bardziej złożonego produktu? Trzeba sięgnąć po “data journalism” (“database journalism” lub też “data driven journalism”).

To forma dziennikarstwa, która w Polsce dopiero raczkuje, ale zachodnie media są nią już przesiąknięte od paru dobrych lat. Dziennikarstwo oparte na danych to złożone pojęcie, które warto zdekonstruować.

Najłatwiej zacząć obserwację z wierzchu. Wizualizacje danych świetnie rozpowszechniają się w mediach społecznościowych. Na naszym blogu infografiki należą do jednych z  chętniej komentowanych działów. Przed ostatnimi wyborami Gazeta.pl stworzyła serię diagramów prezentujących historię, poglądy, szanse poszczególnych partii. A wcześniej redakcja Forsal.pl latem “podgrzała” swoją oglądalność infografiką rodem z South Parku:

Czy rozmiar ma znaczenie? Dla gospodarki im krócej, tym lepiej

Ten prosty przykład pozwoli nam zrozumieć, na czym polega proces tworzenia treści w nowym nurcie dziennikarstwa. O ile tradycyjny autor koncentruje się na zdobywaniu unikalnych informacji i budowaniu na ich podstawie narracji, to dziennikarz “bazodanowy” zwykle korzysta z informacji ogólnodostępnych. Na przykład z tabel Międzynarodowego Funduszu Walutowego z zeszłego roku. Zbiera je, filtruje, prezentuje w atrakcyjnej formie (najlepiej graficznej) i opatruje krótkim opisem, raczej statycznym.

Proces wygląda tak:

The data-driven journalism process.

Jeszcze lepiej, jeśli infografika będzie interaktywna, jak ta poniżej (dopiero, gdy w nią klikniecie):

image

Takie rozwiązanie mają jeszcze jedną zaletę. Można je łatwo aktualizować. Dla przykładu “Guardian” udostępnia swoje infografiki razem z arkuszami danych.

Tu dochodzimy do kolejnego źródła data journalism. Równie ważna dla jego rozwoju, co odejście od kultury słowa do kultury obrazkowej jest rewolucja w dostępie do informacji. Czy pamiętacie, że 10 lat temu szukając wsparcia dla danych powoływaliśmy się na artykuły prasowe? Bo to dziennikarze wydobywali je z roczników statystycznych i upubliczniali w druku. Dzisiaj każdy ma dostęp do praktycznie tych samych danych, depesz agencyjnych, zdjęć satelitarnych, notowań, co profesjonalne redakcje. O ile nie wszyscy zgadzają się z tym, czy na pewno chciała, ale informacja wyzwoliła się – to fakt.

Wizualizacje danych mogą być prawdziwymi działami sztuki. Ta prezentacja zachwyciła samego Billa Gatesa. Chociaż nie opłaca mu się schylać po studolarowy banknot, poświęcił mu całe 4 minuty 48 sekund (prawie 20 mln dolarów):

Jak firmy i organizacje, które nie są profesjonalnymi wydawcami mediów mogą korzystać z data journalism?

Mogą inspirować dziennikarzy danymi. Budować za nich jeden albo więcej szczebli poniższej piramidy: gromadzić same dane, filtrować je, dobierać do nich kontekst, łączyć…

Inverted pyramid of data journalism Paul Bradshaw

…wreszcie udostępniać gotowe dzieła i komunikować się bezpośrednio. Liczyć na to, że podchwycą je nie tylko redakcje, ale przede wszystkim użytkownicy mediów społecznościowych. Tak, jak inne znamienne dzieło dziennikarstwa opartego na danych, mniej więcej miesiąc temu opanowało internet na całym świecie:

image

Dwa ostatnie przykłady (BBC4 i slaverfootprint.org) mogą onieśmielać. Rzeczywiście na razie tworzenie pełnych, imponujących dzieł data journalism jest stosunkowo czasochłonne. Ambitne, oryginalne projekty wymagają zaangażowania specjalistów (grafików, programistów, ba, aby powstało tak genialne dzieło, jak powyższe wideo BBC, trzeba było zaangażować osobowość pokroju Hansa Roslinga), jednak sytuacja zmienia się bardzo szybko.

Z każdym tygodniem pojawiają się nowe, często darmowe narzędzia, które z czasem ograniczą proces do pomysłu i kilku kwadransów. A kto lepiej zna się na danych niż osoby, które codziennie zawodowo na ich podstawie, z ich pomocą tworzą produkty i usługi? Tak, właśnie firmy, organizacje i ich pracownicy.

Bartek CiszewskiData journalism– dziennikarstwo oparte na danych
read more

Sondaż: lepsza wizyta w oddziale, czy bankowość w Internecie?

Oddział Deutsche Bank PBC w Biurowcu Focus

Już ponad 80 proc. Polaków deklaruje, że korzysta z usług banków. Mimo wciąż rosnącej liczby nowoczesnych rozwiązań bankowości elektronicznej i mobilnej, tradycyjna bankowość w oddziałach trzyma się nadal mocno. Jak pokazuje badanie przeprowadzone na zlecenie Deutsche Bank PBC przez Instytut Homo Homini, równie chętnie korzystamy z bankowości internetowej, jak odwiedzamy oddziały naszego banku.

Instytut Homo Homini zapytał Polaków, czy chętniej korzystają z usług swojego banku w oddziale, czy za pośrednictwem bankowości elektronicznej. Spośród respondentów, którzy zadeklarowali, że korzystają z usług banków, 55 proc. najchętniej korzysta z bankowości elektronicznej, ale niewiele mniej, bo prawie 54 proc. wskazało oddział banku, jako preferowaną formę kontaktu (respondenci mogli wybrać więcej niż jedną odpowiedź). Kontakt poprzez call center najchętniej wykorzystuje zaledwie co 10. badany (11 proc.). Ostatnie miejsce (z 4,4 proc. wskazań) zajęła bankowość mobilna, co jak na nowość rynkową jest dość dobrym wynikiem. Oddziały nieco chętniej odwiedzają kobiety (56 proc.), z kolei mężczyźni preferują bankowość elektroniczną (61 proc.). Panowie są również bardziej skłonni zadzwonić na na call center (14 proc. w porównaniu z 9 proc. w przypadku kobiet).

– Pomimo postępującej dynamicznie informatyzacji usług bankowych, nic nie wskazuje na to, aby w najbliższym czasie oddziały miały przejść do historii – mówi Leszek Niemycki, Prezes Zarządu Deutsche Bank PBC. – Równie szybko, jak popularność bankowości elektronicznej, rośnie też w Polsce grupa klientów wymagających profesjonalnej, dobrej obsługi doradczej. Dla nich Internet nie jest w stanie całkowicie zastąpić kontaktu osobistego z przedstawicielem banku w oddziale, szczególnie w zakresie bardziej skomplikowanych rozwiązań, czy tworzenia długofalowych strategii finansowych – dodaje.

Potencjał wzrostu w młodych i wymagających

W badaniu przeprowadzonym przez Instytut Homo Homini na reprezentatywnej grupie Polaków ponad 81 proc. respondentów zadeklarowało, że korzysta z usług banku. Najwięcej osób, które nie posiadają konta bankowego jest wśród osób najstarszych (45 proc. respondentów w wieku 65 + ) i najmłodszych (27 proc. osób w wieku 18-24 lata). – Znakomita większość spośród nieubankowionych raczej nie poczuje nagłej potrzeby skorzystania z usług banku – ocenia Marcin Jabłczyński. I przekonuje, że największy potencjał jest w klientach najmłodszych (nowi klienci banków to zazwyczaj wchodzące w dorosłe życie kolejne roczniki młodych osób) i najbardziej wymagających.

– W Polsce możemy wciąż obserwować stosunkowo niewielki udział w rynku bardziej zaawansowanych produktów bankowych, takich jak kredyty hipoteczne, fundusze, czy rozwiązania emerytalne. To właśnie w kategorii obszarze tych produktów widzę największy potencjał wzrostu – mówi Marcin Jabłczyński. – Dlatego też rola bankowości oddziałowej nie zmniejszy się drastycznie, ponieważ właśnie w tych kategoriach produktów niezbędny jest bezpośredni kontakt klienta z doradcą.

Z_jakiego_kanału_kontaktu_z_bankiem_korzystamy_najczęściej

Według Marcina Jabłczyńskiego z DB Securities Klient internetowy ceni przede wszystkim wygodę i przyzwyczaja się do danego interfejsu obsługi. – Dlatego pozostaje zazwyczaj lojalny wobec swojego banku – zaznacza ekspert DB Securities. I jest to klient młody. Wszyscy respondenci w wieku 18-24 lata, którzy korzystają z usług banku, wskazali jako preferowaną formę kontaktu Internet. Im jesteśmy starsi, tym mniejszy entuzjazm dla komunikowania się z bankiem online. Kontakt wirtualny wskazało jako swój preferowany jedynie 29 proc. osób w wieku 55-65 lat i tylko 23 proc. osób powyżej 65 roku życia. Osoby starsze wybierają też częściej kontakt telefoniczny. Domeną trzydziesto i czterdziestolatków jest bankowość mobilna (smartphone, za najlepsze narzędzie do komunikacji z bankiem uważa 9 proc. osób w wieku 35-44 lata i 6 proc. w wieku 25-34).

Oddział buduje relacje

Jak zaznacza Leszek Niemycki, Prezes Deutsche Bank PBC, o ile bankowość elektroniczna jest idealnym rozwiązaniem dla bankowości transakcyjnej, w momencie gdy mamy do czynienia z bardziej złożonymi rozwiązaniami, dużo lepiej sprawdza się osobisty kontakt z doradcą bankowym. – Osoby bardziej wymagające powinny mieć możliwość wizyty w oddziale i porozmawiania na temat swoich finansów. Z naszego doświadczenia wynika, że dla najbardziej wymagających klientów, oprócz oczywiście profesjonalizmu doradcy liczy się też lokalizacja i standard oddziału – mówi Leszek Niemycki.

Dlatego też wiele banków nie rezygnuje z otwierania nowych placówek. – Oddziały będą z czasem coraz rzadziej wykorzystywane do tradycyjnej bankowości transakcyjnej, którą z powodzeniem można prowadzić przez inne kanały komunikacji. W oddziałach główny nacisk będzie położony na sprzedaż i obsługę bardziej zaawansowanych produktów bankowych oraz budowanie osobistych relacji z najbardziej wymagającymi klientami. To właśnie budowanie relacji i dbanie o odpowiednie doświadczenia klienta w kluczowych dla niego momentach w kontaktach z bankiem, a nie wykonywanie przelewów, stanowi źródło przewagi konkurencyjnej  w nowoczesnej bankowości – podkreśla Marta Niemczyk, partner z firmy doradczej Goldenberry.

Bartek CiszewskiSondaż: lepsza wizyta w oddziale, czy bankowość w Internecie?
read more

Facebook comments–twoje komentki są już widoczne w Googlu

facebook

Facebook comments to prosta wtyczka zaprojektowana przez naszych kumpli z Palo Alto, która pozwala na komentowanie wpisów i artykułów na różnych stronach za pomocą naszego fejsowego profilu. Używa jej kilka znanych serwisów – m.in. TechCrunch i micromarketing.

Jeśli ktoś skomentuje wpis przez tę wtyczkę, jego uwaga, razem z linkiem do materiału, którego dotyczy pojawia się na jego tablicy (i timelinie i tickerze) i w ten sposób wzbudza zainteresowanie jego znajomych. Fajna rzecz dla właścicieli serwisu, bo zapewnia większy zasięg dla ich postów bez dodatkowego wysiłku z ich strony.

Do niedawna komentarze zostawione na zewnętrznych serwisach były, podobnie jak cała nasza działalność na samym facebooku, zupełnie niewidoczne dla wyszukiwarek. I właśnie się to zmieniło – Google zaczęło przeszukiwać i indeksować komentarze wrzucane przez wtyczkę facebook comments.

Czyli mój własny komentarz do wpisu, który na naszej stronie wygląda tak:

 

facebook comments

 

w Googlu pojawia się tak:

 

facebook comments w google

 

Ma to kilka konsekwencji:

– nasze słowa są teraz naprawdę łatwe do znalezienia i widoczne – umiarkowanie i takt w wygłaszaniu opinii w sieci będą chyba jeszcze ważniejsze niż do tej pory, jeśli chcemy uniknąć kłopotów

– biorąc pod uwagę fakt, że każdy wydawca może być według polskiego prawa odpowiedzialny za treści, jakie są publikowane także w komentarzach do jego postów – moderacja tych komentarzy będzie jeszcze bardziej istotna w przypadku serwisów, które facebook comments do tej pory chronił przez występowaniem w wyszukiwarkach

– za to dobrą wiadomością jest, że wybór komentarzy facebookowych już nie będzie wpływać negatywnie na pozycjonowanie twojej strony, jak to było do tej pory.

Podsumowując – uważajcie na słowa, Gugiel naprawdę widzi już prawie wszystko…

klu

fot. owenbrown, Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0)

,

Ola KluzekFacebook comments–twoje komentki są już widoczne w Googlu
read more