Sierpień 2011

Czy warto już kupować akcje GPW za ułamek ceny?

roller coaster

Giełdowy kataklizm ostatnich tygodni może przerażać, jednak dla racjonalnego inwestora kupno spółek za połowę, a nawet jedną trzecią wartości księgowej, może być szansą na wielokrotne zyski. Okazję zauważyły już OFE, kupując w pierwszej połowie sierpnia rekordowe ilości akcji. – Wbrew panice, warto właśnie w takich momentach rozważać ruch pod prąd – przekonuje Jacek Krukar z Deutsche Bank PBC.

Po kilku dniach oddechu, gdy wydawało się, że spadki na giełdzie już się kończyły, światowe indeksy znowu runęły do najniższych notowanych w tym roku poziomów. Osoby, które wciąż posiadają w swoich portfelach akcje, stoją przed wyborem – albo już teraz pogodzą się ze stratami, albo spróbują przeczekać dekoniunkturę do czasu, aż wartość akcji znów odzyska dawne poziomy. Problem w tym, że nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak długo to potrwa.zmiana wartości WIG 20 marzec sierpien 2011

Jednak na giełdzie, jak w życiu: każdy kij ma dwa końce. O ile giełdowy krach jest wyjątkowo niewygodnym czasem dla pozbywania się akcji, może okazać się okazją do udanego wejścia na rynki finansowe. Obecnie ta druga opinia jest jeszcze mało popularna. Doniesienia o masowych wyprzedażach na światowych parkietach działają na wyobraźnię i można odnieść wrażenie, że najlepiej jest trzymać się od giełdy jak najdalej.

– W okresie bessy rośnie awersja inwestorów do ryzyka, ale ich logika ucieczki w bezpieczne instrumenty ma duże wady – mówi Jacek Krukar, dyrektor katowickiego Regionalnego Centrum Inwestycyjnego Deutsche Bank PBC. – Z jednej strony wszyscy wiemy, że mamy poważny kryzys długu publicznego, co w uproszczeniu oznacza, że niektóre państwa mogą okazać się niewypłacalne. To wywołuje nerwowość, a nawet panikę na rynku.  Pod jej wpływem inwestorzy sprzedają akcje prywatnych spółek, które nierzadko wypłacają co roku często sporo powyżej 5 proc. dywidendy, i zamieniają je na obligacje zadłużonych rządów oferujące kilka procent zysku rocznie. Pieniądze otrzymane ze sprzedaży akcji nisko zadłużonych firm ze zdrowych sektorów do tego z dobrymi wynikami finansowymi, przeznaczają na finansowanie długu państw, których kłopoty całą tę panikę wywołały – wyjaśnia Krukar.

wycena spolek wig20

Jak powinien się w tej sytuacji zachować racjonalny inwestor, który ma w portfelu akcje tracące na wartości po kilka procent dziennie? – Przede wszystkim powinien sprawdzić, czy nie ma wśród nich spółek, których działalność jest faktycznie, fundamentalnie zagrożona – radzi Jacek Krukar. – W kryzysie takie firmy są najbardziej niebezpieczne. Jeśli inwestor jest spokojny o biznes i finanse spółki, powinien poczekać. Jeśli uzna, że spółka może mieć kłopoty, powinien działać, bo akcje słabych firm mogą nie odrobić strat po krachu.

Mieszkania za jedną trzecią wartości

W wyniku paniki wywołanej problemami zadłużenia USA i niektórych państw UE, w ciągu kilku tygodni z warszawskiej giełdy wyparowało prawie 100 mld złotych. Ceny akcji są najniższe od ponad roku. Wiele spółek wycenianych jest już poniżej wartości księgowej.

– Obecnie coraz większe znaczenie dla bieżących cen akcji mają instrumenty pochodne i krótka sprzedaż, a to powoduje, że wycena giełdowa jest coraz bardziej oddalona od wartości rzeczywistej – tłumaczy Jacek Krukar. – Dlatego w czasach hossy spółki zwykle są znacznie przewartościowane, natomiast w okresie bessy, silnie niedoszacowane. – Inwestorzy bardzo łatwo przechodzą ze stanu euforii do paniki – dodaje.

W tej sytuacji najlepiej jest zapomnieć o gwałtownych wahaniach wartości indeksów i podejść do inwestycji w rozsądny sposób. – Na GPW jest szereg znanych, zyskownych spółek o przejrzystym biznesie, z bezpiecznym poziomem zadłużenia, które obecnie wyceniane są nawet poniżej 50 proc. wartości księgowej – mówi Jacek Krukar. Wyceny giełdowe niektórych spółek deweloperskich spadły poniżej jednej trzeciej majątku. – To kolejny paradoks. Inwestorzy sprzedają akcje deweloperów za jedną trzecią wartości, żeby kupić na rynku nieruchomość za 100 proc. ceny. Przecież do majątku tych firm należą realne grunty, mieszkania i domy – zauważa Krukar.

Jak kupić, żeby zarobić

Wielu inwestorów popełnia błąd koncentrując się w giełdowych inwestycjach wyłącznie na odpowiednim momencie zakupu, na szukaniu dna, które można trafić rzadko i jedynie przypadkowo.

wycena spolek mwig40

Historia wskazuje, że zwykle w czwartym kwartale rynki finansowe osiągają najlepsze wyniki. Jednak, jak zauważają analitycy, na współczesnych giełdach coraz rzadziej sprawdzają się dawne reguły.

Oprócz szukania najlepszego momentu na inwestycję, można rozważyć rozłożenie jej w czasie. Wtedy zmniejszymy ryzyko zbyt wczesnego albo zbyt późnego kupna akcji. Trzeba jednak pamiętać, że przy zastosowaniu takiej strategii uśredni się nie tylko ryzyko, ale i potencjalny zysk.

Jeśli rozważamy średnio lub długoterminowe inwestycje, najważniejszy jest dobór odpowiednich spółek. – Aby czuć się bezpiecznie ze swoimi akcjami w niepewnych czasach, inwestor powinien wybrać fundamentalnie dobre spółki – bez wysokiego zadłużenia, o regularnie powtarzalnych wynikach, a najlepiej jeszcze tanio wycenione, a więc powinien kupować w okresie spadków – radzi Krukar. – Z tak skonstruowanym portfelem możemy poczekać kilka – kilkanaście miesięcy, aż sytuacja się uspokoi i wyceny akcji zaczną wracać do normy. Przykładowo kupując w czasie poprzedniej bessy z lat 2008-2009 spółki z branży chemicznej, można było w 2 lata zarobić po 200 – 500 proc. Teraz podobny wynik może odnieść inna branża – przewiduje Jacek Krukar.

Kto ją wypatrzy, będzie dobrze wspominał „krwawy sierpień” 2011 roku.

Bartek CiszewskiCzy warto już kupować akcje GPW za ułamek ceny?
read more

Marketing szeptany: Naukowcy opracowują program, który pomoże wykryć sztuczne komentarze (albo nauczyć, jak pisać je lepiej)

ScreenShot288

Podszywanie się pod internautów na forach, porównywarkach cen czy sklepach internetowych przez wynajętych copywritterów jest dobrze znaną praktyką w polskim internecie. Jednocześnie jest też zmorą dla każdego internauty, który szuka rzetelnych informacji o produktach czy usługach.

Zwykle po dłuższym zastanowieniu i dokładniejszej obserwacji jesteśmy w stanie rozpoznać autentyczną wypowiedź. Najlepszymi detektywami są z pewnością moderatorzy dobrych forów konsumenckich zbierających od lat opinia np. o komputerach. Jednak, gdy nie mamy zbyt dużo czasu i jedynie skanujemy poszczególne recenzje, możemy łatwo dać się nabrać.

Jak łatwo można się domyślić, naukowcy i programiści starają się wykorzystać informacje, które pozwalają moderatorom forów rozdzielać “bany” marketerom, żeby zautomatyzować ten proces. Jeden z takich projektów opisał kilka dni temu “New York Times”.

Pracownicy z prywatnego Uniwersytetu Cornella zamówili za pośrednictwem “mechanicznego Turka” 400 pozytywnych ale nieprawdziwych recenzji kilku chicagowskich hoteli. Wymieszali je potem z 400 domniemanie rzeczywistymi recenzjami z serwisu TripAdvisor i poprosili trzy osoby, by rozdzieliła je z powrotem na prawdziwe i nieprawdziwe.

Na podstawie tych badań powstaje algorytm, który chętnie wykorzystają serwisy z recenzjami (jak Amazon.com czy TripAdvisor). Na pewno wykorzystają je co bardziej sprytne agencje oferujące marketing szeptany. Oto instrukcja, czego unikać podszywając się pod oceniających usługi klientów:

 

0820-web-review

Bartek CiszewskiMarketing szeptany: Naukowcy opracowują program, który pomoże wykryć sztuczne komentarze (albo nauczyć, jak pisać je lepiej)
read more

DB Research: Nadchodzi rewolucja w codziennych płatnościach?

mobile payments

Tijs Vrolix / flickr.com (CC BY-NC-SA 2.0)

Każda nowa forma płatności elektronicznej popada w pewien zaklęty krąg: handlowcy nie chcą w nią inwestować dopóki klienci nie będą jej powszechnie używać, a klienci są nowej technologii niechętni, bo większość sieci handlowych jej nie akceptuje. Sytuacja może być jednak nieco inna w przypadku zbliżeniowych płatności mobilnych. Wraz z rosnącą liczbą smartfonów w kieszeniach Europejczyków powiększa się armia potencjalnych użytkowników tej usługi – piszą w najnowszym raporcie analitycy Deutsche Bank Research. Potencjał ten dostrzegają już handlowcy.

Podbój rynku telefonicznego przez smartfony jest już niepodważalny. Ich udział w rynku rośnie w całej Europie – pokazują dane zebrane przez analityków Deutsche Bank Research. Według czerwcowego raportu firmy MEC Interaction już blisko 14 proc. Polaków posiada taki właśnie typ telefonu komórkowego. Coraz bardziej zaawansowane aplikacje (gry, dostęp do mediów społecznościowych, nawigacja GPS), niższe ceny telefonów i łatwiejszy dostęp do informacji online wzmacniają jeszcze tę tendencję.

Smatfony coraz bardziej popularne

Banki stawiają na szybkie płatności

W ciągu ostatnich 2 lat Polacy polubili płatności zbliżeniowe. Jesteśmy  drugim po Wielkiej Brytanii rynkiem kart płatniczych z tą funkcją. Polacy są posiadaczami ponad 4,5 mln ”zbliżeniówek” (3 mln Visa i 1,5 mln MasterCard). To dużo, zważywszy, że według szacunków Visa Europe do końca tego roku w Wielkiej Brytanii, która jest liderem tego rynku, będzie ich w użyciu 20 mln, a w pozostałej części Europy kolejne 10 mln. Niedawno niemieckie Sparkassen zapowiedziały, że do 2015 roku wydadzą 45 mln kart debetowych do transakcji zbliżeniowych.

Analitycy Deutsche Bank Research podkreślają, że transakcje zbliżeniowe mają szansę systematycznie wypierać codzienne płatności gotówkowe. Obecnie większość Europejczyków przy zakupie towarów o niskiej wartości (np. gazet, biletów, drobnych słodyczy) posługuje się bilonem lub banknotami. Karty z funkcją zbliżeniową, których głównym zadaniem jest maksymalne uproszczenie i przyspieszenie transakcji przy sklepowych kasach, mają zmienić to przyzwyczajenie. W Polsce płatności zbliżeniowe funkcjonują już w wielu placówkach handlowych i usługowych: w kawiarniach CoffeHeaven, restauracjach MCDonald’s, w sieci Empik, czy na stacjach Shell.

– Stosowana m.in. w kartach Deutsche Bank funkcja płatności zbliżeniowych PayPass to szybka i wygodna alternatywa dla płatności gotówkowych. Umożliwia realizację niewielkich płatności bez konieczności autoryzowania ich kodem PIN, czy też podpisem na potwierdzeniu transakcji. Nie trzeba także umieszczać karty z chipem w terminalu ani też – w przypadku kart bez mikroprocesora – podawać karty sprzedawcy, aby zeskanował pasek magnetyczny. Jedynym ograniczeniem karty jest kwota, do jakiej można przeprowadzić transakcję. Maksymalna wysokość operacji niewymagająca autoryzacji kodem PIN wynosi 50 PLN, w przypadku większych zakupów płatność przebiega zbliżeniowo, ale musi zostać potwierdzona PIN-em – wyjaśnia Emil Witan, ekspert Deutsche Bank PBC

Czym płacą Europejczycy w punktach sprzedaży

Smartfon narzędziem rewolucji w płatnościach zbliżeniowych?

Według analityków Deutsche Bank Research około 30 proc. handlowców w Niemczech i mniej więcej taki sam procent największych sieci handlowych w Stanach Zjednoczonych, ma już w planie umożliwienie klientom dokonywania płatności za pomocą kart zbliżeniowych. Równocześnie ci sami handlowcy wskazują, że chcieliby, aby bezdotykowe czytniki kart mogły obsługiwać transakcje dokonywane za pośrednictwem telefonów komórkowych.

Telefon komórkowy zmienia się w coraz bardziej wielofunkcyjne narzędzie płatnicze. Wyraźną przewagę ma tu smartfon, który umożliwia korzystanie z najbardziej różnorodnych sposobów dokonywania płatności. Staje się on portfelem pre-paid, kartą kredytową lub debetową, narzędziem obsługującym programy lojalnościowe, etc.

3 proc. płatności dokonywane jest za pomocą smartfonów

Zdaniem firmy doradczej KPMG do roku 2012 spodziewany jest 5-6. krotny wzrost liczby płatności mobilnych w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Sprzedaż smartfonów w Polsce stanowi już ok. 30 proc. nowej sprzedaży telefonów komórkowych. Z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że płatności mobilne są szansą na znaczne zwiększenie popularności płatniczych systemów zbliżeniowych. – Skoro coraz większa liczba konsumentów posługuje się na co dzień smartfonem, to wzrost popularności m-płatności zbliżeniowych będzie tego naturalną konsekwencją. Sieci handlowe szybko dostrzegą ten potencjał, inwestując w odpowiednie dla tych transakcji terminale – piszą analitycy Deutsche Bank Research.

Co to oznacza dla klientów?

Eksperci przyznają, że duża część konsumentów odnosi się do tego typu nowinek z dużą rezerwą. – M-płatności to póki co raczej technologiczna ciekawostka, niż rewolucja. Aby stały się naprawdę popularne, muszą być przede wszystkim szybkie, wygodne i przyjazne dla przeciętnego użytkownika. W przeciwnym razie będą używane jedynie przez  najbardziej zagorzałych fanów technologii – mówi Emil Witan z Deutsche Bank PBC.

Elementem krytycznym może być koszt. Zdaniem analityków Deutsche Bank Research pewne jest, że konsumenci nie będą chcieli dodatkowo płacić za możliwość korzystania z płatności mobilnych. Handlowcy z kolei woleliby uniknąć wyższych prowizji od dokonywanych w ten sposób transakcji.  – Wszystko wskazuje na to, że urządzenia mobilne będą łączyły w sobie różne systemy płatności z dodatkowymi usługami, jak reklama mobilna czy funkcje lojalnościowe, które pozwolą ograniczyć koszty wprowadzania tej technologii do powszechnego użytku – uważa Emil Witan.

Gotowość do płacenia za używanie tel. komórkowego jako karty

Tempo zmian będzie ustalane m.in. poprzez sieci handlowe, które w niektórych przypadkach będą zmuszone do modernizacji swoich terminali płatniczych, co z kolei wymaga znacznych inwestycji. Istotny wpływ na powodzenie tej inicjatywy ma również edukacja samych  sprzedawców, którzy często nie mają świadomości, że można u nich płacić „komórką” i w konsekwencji nie potrafią pomóc swoim klientom.

Pełna wersja raportu o płatnościach mobilnych dostępna jest na stronach Deutsche Bank Research.

Bartek CiszewskiDB Research: Nadchodzi rewolucja w codziennych płatnościach?
read more

Zatory płatnicze problemem polskich firm

Zatory płatnicze są przeszkodą w rozwoju polskich firm. W latach 2008-2009 terminowość zobowiązań spadła drastycznie z 47 do poniżej 30 proc. Polskie firmy należą niestety do najmniej sumiennych w Europie, co stanowi zagrożenie dla bieżącej działalności naszych przedsiębiorstw. Na rynku są jednak dostępne rozwiązania, które pomagają regulować płynność. Przedsiębiorstwa umiejętnie korzystające z kredytów lub faktoringu mogą zostawić konkurencję w tyle – podkreślają eksperci. 

Polskie firmy są wyjątkowo niepunktualne jeśli chodzi o realizację płatności – wynika z raportu wywiadowni gospodarczej DunTrade D&B. W ubiegłym roku tylko trzy na dziesięć faktur zostały opłacone w terminie. Aż 10 proc. płatności było opóźnionych o co najmniej 90 dni. Mniej terminowo w Europie zobowiązania realizują tylko firmy z Portugalii i Hiszpanii (odpowiednio 10,7 i 10,5 proc.), krajów, które w przeciwieństwie do „zielonej wyspy” nad Wisłą, pogrążone są w głębokim kryzysie.

odsetek_terminowych_platnosci

Polska w pierwszej trójce….płatności spóźnionych 

W Europie średnio 40 proc. płatności regulowanych jest w terminie. Najlepszą reputację pod tym względem mają rozwinięte kraje Zachodu. Prym wiedzie Szwajcaria, gdzie 68,2 proc. faktur regulowanych jest w terminie, w Niemczech 60,5 proc., a w Holandii 54, 6 proc.

odsetek_platnosci_opoznionych_ponad_90_dni

Polska jest jednym z trzech krajów, w których odnotowuje się najwięcej zaległych płatności powyżej 120 dni. Podczas, gdy średnia dla Europy w tym terminie wynosi 1,7 proc., w Polsce aż7,9 proc. faktur ma przeterminowanie powyżej czterech miesięcy.

Chociaż w porównaniu z 2009 rokiem odnotowano 2 proc. spadek przeterminowanych faktur powyżej 120 dni, nie zmienia to faktu, że gorzej jest tylko w Hiszpanii gdzie odsetek ten wynosi 8,3 proc. Trójkę krajów z przeterminowaniem powyżej 120 dni zamyka Portugalia z 6,8 proc. Sytuacja ta jest o tyle niepokojąca, że w krajach Półwyspu Iberyjskiego od dłuższego czasu odnotowuje się pogarszającą się sytuację ekonomiczną.

– Prognozy nie napawają optymizmem. Spora grupa przed­siębiorców nie płaci nie tylko dlatego, że nie ma pieniędzy. Część firm celo­wo zwleka z uregulowaniem zobowiązań wobec kontrahen­tów, żeby mieć do dyspozycji więcej środków – mówi Tomasz Starzyk z D&B Poland. – W taki sposób kredytują sobie bieżącą działalność. Dlatego też w przyszłości będziemy świadkami wydłużających się terminów spłat, nie tylko do 90 lecz nawet do 120 dni.

praktyki_platnicze_w_Polsce_w_ostatnich_latach

Najgorszymi płatnikami są firmy średnie, małe i mikro. Duże spółki częściej realizują zobowiązania w terminie, albo spóźniają się nie dłużej niż 30 dni (w sumie w ponad 90 proc. przypadków).

 Badanie: Nieterminowe płatności są główną barierą rozwoju

Zatory płatnicze były w drugim kwartale 2011 roku największą barierą rozwoju polskich firm – wynika z najnowszego badania laureatów konkursu „Gazele Biznesu”. Zapytane o to, co najbardziej hamuje ich rozwój,  co czwarta z tych najbardziej dynamicznie rozwijających się spółek wskazała, że jest to niemoc w ściąganiu zobowiązań. Kwartał wcześniej tę odpowiedź wskazało 14 proc. firm, a przed sześcioma miesiącami tylko 10 proc.

Jak wskazują autorzy badania zator płatniczy, do tej pory był dopiero trzecią bądź czwartą największą przeszkodą polskich firm. Na czele niechlubnego rankingu znalazł się po raz pierwszy w dwuletniej historii badania.

„Co ciekawe, problem narasta, mimo że teoretycznie sytuacja finansowa statystycznej firmy się poprawia. Depozyty przedsiębiorstw w bankach szybko rosną (w maju 2011 r. poszły w górę o 8,2 proc. r/r), a wskaźnik płynności (oszczędności wobec bieżących zobowiązań) wzrósł w pierwszym kwartale 2011 r. do rekordowego poziomu 38,9 proc. To znaczy, że raczej spada moralność płatnicza niż pogarsza się kondycja firm”, czytamy w podsumowaniu badania.

Jak radzić sobie z zatorami…

 Zazwyczaj firmy, które mają problem z płynnością finansową ratują się kredytem obrotowym. Na własne ryzyko pożyczają niezbędne do dalszej działalności pieniądze z banku, które oddadzą, gdy kontrahenci spłacą wierzytelności.

Innym rozwiązaniem pozwalającym finansowanie bieżącej działalności firmy jest faktoring.  W tej usłudze faktorant (klient) sprzedaje swojej wierzytelności faktorowi (bankowi lub firmie faktorowi) a w zamian otrzymuje zaliczki na poczet niezapłaconych jeszcze faktur. Jednak, jak wskazują eksperci, firmy sięgają po to rozwiązanie zbyt późno.

– Świadome zarządzanie płynnością finansową powinno być standardem w każdej firmie. Tymczasem w Polsce obserwujemy paradoks. Usługa, która dla każdej firmy jest szansą na szybki rozwój, w obiegowej opinii traktowana jest jak koło ratunkowe – mówi Dariusz Filipek, Kierownik Zespołu Obsługi Faktoringu Deutsche Bank PBC. – Firmy sięgają po faktoring w ostateczności, choć wielu problemów z płynnością finansową mogłyby uniknąć, gdyby z tej usługi skorzystały wcześniej – dodaje.

Na co dzień faktoring ułatwia planowanie przepływu gotówki i pozwala uniknąć kłopotów finansowych związanych z brakiem płynności firmy. Stosowany jako stały element strategii finansowej w przedsiębiorstwie pozwala na pozbycie się tzw. luki finansowej, która jest zjawiskiem coraz powszechniej występującym w przedsiębiorstwach zmuszonych przez rynek do wydłużania terminów płatności swoim kontrahentom.

– Faktoring nie jest też panaceum, które rozwiązuje problemy z nierzetelnymi płatnikami, ale ma istotne zalety – zastrzega Dariusz Filipek.  – Najważniejszą wartością dodaną poza finansowaniem są tu dodatkowe usługi: inkaso, monitoring i ewentualnie przejęcie ryzyka niewypłacalności dłużnika. Zwyczajowo przyjmuje się, że gdy w umowie znajdą się co najmniej dwie z nich, mamy do czynienia z faktoringiem – dodaje.

Zaznacza też, że spośród tych czterech usług niezwykle ważne jest inkaso. Ponieważ faktor, który jest właścicielem wierzytelności (bezwarunkowym lub częściej warunkowym), dokonuje inkasa nabytych wierzytelności, wyręczając w ten sposób faktoranta. – Dzięki temu nasz klient nie musi już występować w roli „złego windykatora” , robi to za niego bank, który ma lepszą pozycję negocjacyjną – tłumaczy Dariusz Filipek. – Poza tym dłużnik zwykle nie chce psuć sobie relacji z dużą instytucją finansową, dlatego w zdecydowanej większości przypadków  kontakt ze strony banku wystarczy by zmobilizować go do spłaty. W stosunkowo niewielkiej liczbie przypadków podejmowane są inne bardziej stanowcze działania– dodaje.

Wreszcie, co w Polsce, gdzie aż 8 proc. faktur pozostaje niezapłaconych ponad 120 dni po terminie,  jest wyjątkowo ważne, faktor może przejąć ryzyko niewypłacalności kontrahentów krajowych i zagranicznych. Jednak rozważając ofertę faktora, warto mieć oczy szeroko otwarte, bo w praktyce na polskim rynku takie rozwiązania są rzadkością. – Dominuje faktoring z regresem (warunkowy), oferowany często z dodatkowym ubezpieczeniem – wyjaśnia Dariusz Filipek. – Oznacza to, że przejecie ryzyka niewypłacalności dłużnika gwarantuje umowa między faktorem a ubezpieczycielem lub bezpośrednio polisa zawarta przez faktoranta z ubezpieczycielem. Jednak w przypadku odmowy wypłaty odszkodowania przez towarzystwo ubezpieczeniowe, może to doprowadzić do sytuacji w której faktorant będzie musiał zwrócić wcześniej otrzymaną od faktora zaliczkę – dodaje.  Inaczej jest w przypadku pełnego faktoringu (bezwarunkowego). Tutaj faktor przejmuje w pełni ryzyko niewypłacalności dłużnika.

… i poprawić reputację firmy

Faktorant może natychmiast zamienić należność na gotówkę i dzięki temu łatwiej planować cash flow. W rezultacie prowadzi to do poprawy ważnych dla wiarygodności firmy wskaźników płynności ułatwiających negocjacje z inwestorami czy instytucjami finansowymi.

Dzięki faktoringowi firmy mogą oferować odbiorcom swoich towarów albo usług lepsze warunki płatności, a  dostawcom płacić przed terminem, co poprawia ich przewagę konkurencyjną i pozwala korzystać z rabatów.

Dodatkowo dla eksporterów i importerów faktoring minimalizuje ryzyko kursowe. Pełni też rolę mediatora w opóźnionych transakcjach. Jak przekonują eksperci Polskiego Związku Faktorów, często sama obecność trzeciego podmiotu między wierzycielem, a dłużnikiem przyspiesza spłatę długu. Ich zdaniem najkorzystniejszy, z punktu widzenia przedsiębiorcy, jest faktoring łączący finansowanie, prowadzenie kont rozliczeniowych oraz egzekwowanie należności.

– W obecnym otoczeniu biznesowym, gdzie opóźnianie płatności jest już nie tylko rezultatem braku gotówki, ale zwyczajem handlowym, firmy umiejętnie korzystające z usług faktoringu mogą wiele zyskać – mówi Dariusz Filipek z Deutsche Bank PBC. – We współczesnym świecie informacje przepływają coraz szybciej, dlatego reputacja może okazać się kluczową przewagą konkurencyjną – dodaje.

Bartek CiszewskiZatory płatnicze problemem polskich firm
read more

Polscy przedsiębiorcy prowadzą codziennie grę z ryzykiem

Dice on a craps table

Kurs złotego w stosunku do euro czy dolara jest kluczowy dla działalności ogromnej liczby polskich firm. Jednocześnie to jedne z bardziej zmiennych par walutowych. Podczas, gdy światowa gospodarka na dobre wkracza w kolejny okres poważnych zawirowań, przedsiębiorcy prowadzą codziennie grę z ryzykiem kursowym, która może ich słono kosztować – przestrzegają eksperci rynków walutowych. Jak zabezpieczyć firmę przed tym ryzykiem i ochronić swoje zyski?

Bardzo wiele polskich firm planując działalność musi brać pod uwagę zmienny rynek walutowy. To duże wyzwanie, bo jego zachowanie jest trudne do przewidzenia nawet dla zawodowych analityków.

Tymczasem eksport do krajów UE rozliczany w euro czy import tanich materiałów i towarów z Azji rozliczany w dolarach to podstawa egzystencji coraz większej liczby przedsiębiorstw. Zjawisko najlepiej obrazują  oficjalne statystyki. Według danych NBP, w maju 2011 eksport polskich towarów wzrósł o 21 procent rok do roku. Jeszcze szybciej – aż o 22 proc. – wzrósł import. W sumie w ciągu ostatnich 12 miesięcy na zagraniczne rynki trafiły polskie towary o wartości 131 mln euro. Do kraju sprowadzono towary o wartości 141 mln euro.

Jednocześnie Polska jest drugą, po Wielkiej Brytanii, największą gospodarką Unii Europejskiej z własną walutą. Jej posiadanie ma swoje zalety, ale jedną dużą wadę. Polscy importerzy i eksporterzy muszą liczyć się z ryzykiem kursowym. A w przypadku złotego jest ono wyjątkowo wysokie. Dlaczego?

zmiennosc-zlotego

Widać to po analizie kursów najważniejszych dla polskich firm walut dolara i euro. Wśród inwestorów grających na międzynarodowym rynku pieniężnym Forex pary EUR/PLN i USD/PLN cieszą się niesłabnącą popularnością. Przyczyna? Dzięki dużej zmienności, na spadkach i wzrostach złotego można zarobić w krótkim czasie niemałe pieniądze. W aktualizowanym na bieżąco rankingu najbardziej zmiennych w ostatnich 30 dniach par walutowych, udostępnianych przez serwis badający Forex oanda.com, para USD/PLN często znajduje się na czołowych pozycjach.

Problem w tym, że co podoba się inwestorom grającym na forex, nie zawsze sprzyja przedsiębiorcom i menedżerom, którzy na co dzień muszą zmagać się z ryzykiem walutowym i wynikającymi z niego trudnościami z realizacją zleceń i projektów. – Wiele firm bagatelizuje to ryzyko i nie stosuje w ogóle zabezpieczeń. To tak, jakbyśmy znając zagrożenie związane z ruchem drogowym zupełnie zrezygnowali  z jazdy w zapiętych pasach  czy z ubezpieczenia samochodu – komentuje Tomasz Danelski, dyrektor w Departamencie Rynków Finansowych Deutsche Bank PBC. – Na świecie powszechnie stosuje się produkty finansowe, które zdejmują z firm odpowiedzialność za ryzyko kursowe ich działalności – dodaje.

FX forward i opcje walutowe – podstawowe ubezpieczenie przedsiębiorcy

Najmniej skomplikowanym i najpopularniejszym sposobem zabezpieczenia się przed ryzykiem kursowym są transakcje FX forward. Korzystająca z nich firma zawiera z bankiem kontrakt, który zobowiązuje obie strony do wymiany w przyszłości określonej kwoty po ustalonym kursie..Wartość „kursów forwardowych” ustala się na podstawie kursów bieżących, z uwzględnieniem „punktów swapowych”, które w zależności od różnic w stopach procentowych ustalanych przez banki centralne emitujące dane waluty mogą być dodatnie lub ujemne.

Transakcje FX forward umożliwiają eksporterom rozliczającym się z kontrahentami np. w euro zabezpieczenie się na wypadek sytuacji, w której w dniu dokonania płatności kurs złotego będzie niższy od obecnego. Importerzy chronią się przed stratami w przypadku osłabienia się naszej waluty. Co ważne, walutę po korzystnym dla firmy kursie można kupić nie mając w danej chwili środków na jej opłacenie. Klient przelewa do banku równowartość transakcji w dniu jej rozliczenia.

– Korzystanie z FX forward to forma ubezpieczenia, która pozwala zabezpieczyć kurs transakcji na z góry określonym poziomie. Warto jednak pamiętać, że transakcje typu forward z jednej strony ograniczają ryzyko kursowe, z drugiej strony mogą wiązać się z rezygnacją z potencjalnych zysków ze zmian kursów korzystnych dla importera lub eksportera – tłumaczy Tomasz Danelski z Deutsche Bank PBC. – W przypadku firm rynek walutowy to jednak nie miejsce na spekulacje. Poważni przedsiębiorcy realizując kontrakty generują przychody biznesowe w oparciu o marżę ze swojej głównej działalności, a nie grę na wzmocnienie lub spadek kursu walut. Takie podejście gwarantuje firmie bezpieczeństwo, czyli to, czemu służy produkt FX forward – dodaje.

Alternatywą dla transakcji FX Forward są opcje walutowe. Ten produkt działa jak ubezpieczenie od wahań kursów. Firma z góry płaci składkę (prowizję), a w przypadku zajścia niekorzystnego zdarzenia czyli negatywnej zmiany kursu waluty, bank niczym towarzystwo ubezpieczeniowe, wypłaci „odszkodowanie”. Jak to wygląda w praktyce?

Klient ustala z bankiem przyszły kurs, po którym będzie mógł w wymienić określoną kwotę. Dla przykładu, eksporter skorzysta z opcji walutowej, jeśli za miesiąc zapisany w niej kurs złotego będzie niższy od obecnego. Jeśli polska waluta wzmocni się, nie będzie musiał skorzystać z wykupionej „polisy” i wymieni euro lub dolary na rynku, po korzystnym dla siebie kursie. Jeśli nastąpi osłabienie złotówki, wymieni ją po określonym w ramach opcji kursie.

Cena opcji walutowej waha się od ułamka procenta do kilku procent wartości transakcji. Zależy od atrakcyjności kursu, po którym bank zgadza się w przyszłości wymienić walutę, jego historycznej zmienności oraz od okresu zabezpieczenia – im dłuższy, tym większe ryzyko i wyższa cena. Podobnie jak w przypadku składki ubezpieczenia, prowizję za opcję walutową klient płaci z góry.

Niebezpieczna gra z rynkiem walutowym

A co w przypadku, gdy importer bądź eksporter przystępuje do przetargu, w którym wyceniając ofertę musi wziąć pod uwagę ryzyko zmiany kursu? Jeśli zawrze transakcję FX forward, a nie otrzyma zlecenia, będzie musiał mimo to wymienić pieniądze po ustalonym z góry kursie, bez względu na to, czy będzie on dla niego korzystny, czy nie. Jeśli wykupi opcję walutową, zapłaci pełną prowizję, czyli poniesie cały koszt zabezpieczenia z góry, przy braku  pewności co do wygranej przetargu. Co w tej sytuacji robią firmy? – Niestety, chociaż na rynku dostępne są produkty przeznaczone właśnie dla firm biorących udział w przetargach, wiele polskich przedsiębiorstw bierze ryzyko walutowe na siebie i próbuje samodzielnie zmierzyć się z nieprzewidywalnym rynkiem – mówi Tomasz Danelski z Deutsche Bank PBC. – To ryzykowna gra – przestrzega.

Jak bardzo, postaramy się pokazać na przykładzie hipotetycznej firmy X. Załóżmy, że w połowie stycznia 2011 zgłosiła się do dużego przetargu wartego 3 mln złotych. Ważnym elementem wyceny był koszt zakupu w Niemczech najnowszego sprzętu medycznego wartego 600 tys. euro. Problem w tym, że zamówienie miało zostać zrealizowane dopiero za dwa miesiące. W tym czasie kurs euro  uległ znaczącej zmianie.

Firmie bardzo zależało na wygraniu kontraktu. Aby móc nadal zaproponować atrakcyjną cenę, ale jednocześnie zabezpieczyć się przed ryzykiem, przyjęła w ofercie, że w ciągu dwóch miesięcy euro może osłabić się względem złotego maksymalnie o 2 proc. Oznaczało to, że zamiast 3,85 w dniu zgłoszenia się do przetargu, firma mogła kupić maszyny po kursie 3,93 zł za euro, czyli za 2 mln 358 tys. złotych (600 tys. euro x 3,93zł). To był najbardziej pesymistyczny scenariusz, przy którym zysk spółki byłby niewielki. Ustalając swoją marżę  firma liczyła na dalsze osłabienie euro, nawet o dalsze 2 proc. (do wartości 3,77 zł za euro). Wtedy maszyny kosztowałyby ją 2 mln 262 tys. złote, co oznaczałoby zysk wyższy aż o 96 tysięcy złotych.

kurs-euro-pln-2011

Wycena okazała się atrakcyjna i firmie X udało się wygrać przetarg. Na własne nieszczęście, bo rzeczywistość przerosła najczarniejszy scenariusz. Do połowy marca euro umocniło się do 4,09 złotych. Zakup niemieckiego sprzętu kosztował więc 2 mln 454 tys. złotych i właściciele polskiej firmy musieli dokładać do zlecenia.

„Opcje przetargowe” – jak firma X mogła uchronić się przed stratą

Tej sytuacji można było uniknąć korzystając z dostępnych od niedawna na polskim rynku produktów typu compound options. Firmy, które nie chcą  nie znając wyniku przetargu ponosić z góry pełnej prowizji za wykupienie klasycznej opcji walutowej albo zdecydować się na transakcje typu  , która zobowiąże je do wymiany pieniędzy, nawet jeśli w przypadku przegranej w przetargu nie będą im one potrzebne, mogą wykupić tzw. „opcje przetargowe”  czy „opcje na opcje”. To produkty, które pozwalają Klientowi nabyć od banku prawo do skorzystania z opcji walutowej w  przypadku wygrania przetargu. Działa to tak: firma kupuje „opcję matkę”, która daje prawo do realizacji „opcji córki” na określonych z góry warunkach i w określonym w przyszłości momencie. Jakie zalety ma to rozwiązanie? Pierwsza część produktu („opcja matka”) jest kilkakrotnie tańsza niż tradycyjna opcja walutowa. Dlatego odstąpienie od transakcji, np. w przypadku niewygrania przetargu, jest mniej kosztowne.

Szacunkowa wartość opcji przetargowej za okres dwóch miesięcy przy kursie 3,85 złotego za euro wyniosłaby 1 proc. dla „opcji matki” oraz dodatkowe 2,5 proc. w przypadku skorzystania także z „opcji córki”. Oznacza to, że omawiana wyżej firma X przystępując do przetargu, w którym zakładała zakup sprzętu o wartości 600 tys. euro, czyli po ówczesnym kursie 2,31 mln zł , wykupiłaby na dwa miesiące „polisę” za cenę 23,1 tys. złotych (czyli 1 proc.). To koszt zabezpieczenia w przypadku, jeśli nie otrzymałaby zlecenia lub otrzymała je, ale kurs euro w dniu zakupu niemieckiego sprzętu byłby niższy od zakładanego, czyli bardziej korzystny dla firmy X.

Jednak w sytuacji zmian kursu, jakie miały miejsce od stycznia do marca, „opcja przetargowa” okazałaby się dla firmy X zbawienna. Realizując zlecenie po zapisanym w opcji walutowej kursie, zapłaciłaby za sprzęt medyczny 2 mln 310 tys. złotych. To aż o 144 tys. złotych mniej niż zapłaciła w naszym przykładzie wymieniając euro po rynkowym kursie z marca 2011. Dodatkowym kosztem byłaby prowizja za pełną opcję przetargową („matkę” i „córkę”), która wyniosłaby około 70 tys. złotych.  W przybliżeniu można więc powiedzieć, że w tym przypadku korzystając z odpowiedniego produktu firma X zyskałaby ok. 74 tys. złotych.

– Większość polskich firm funkcjonuje w konkurencyjnym środowisku, gdzie marże są stosunkowo niskie. Próbując walczyć o zlecenia często ryzykują zbyt dużo, licząc na to, że niekorzystny scenariusz na rynkach walutowych nie wystąpi – mówi Tomasz Danelski z Deutsche Bank PBC. – Tymczasem korzystanie z „polisy ubezpieczeniowej”, jaką są opcje przetargowe, pozwoli nie tylko uniknąć konsekwencji takich wydarzeń, ale też lepiej dostosować ofertę uzależnioną od przyszłego kursu euro czy dolara. Firma starająca się o kontrakt może z góry oszacować koszt zabezpieczenia transakcji, nie musi brać dużego „zapasu” na różnice kursowe, dzięki czemu może zaproponować bardziej konkurencyjną cenę i zwiększyć swoje szanse na wygraną.

Materiały Prasowe

fot. alex / flickr.com (CC BY-NC 2.0)

Bartek CiszewskiPolscy przedsiębiorcy prowadzą codziennie grę z ryzykiem
read more

DB Research: Najbogatsze kraje z długiem ponad 120 proc. PKB! Scenariusze na 2020 rok

Gdyby nie porozumienie z Kongresem rząd USA już jutro nie miałby pieniędzy na regulowanie bieżących należności – przyznał Biały Dom w weekend. Problem dotyczy nie tylko Ameryki. Zadłużenie najbogatszych krajów może  wzrosnąć do 126 proc. PKB w 2020 roku – wyliczyli ekonomiści Deutsche Bank Research. Jeszcze cztery lata temu zobowiązania gospodarek rozwiniętych nie przekraczały 77 proc. PKB. Groźny trend jest konsekwencją kryzysu finansowego, ale też lekkomyślnej polityki rządów.

Od kilku miesięcy rynki finansowe na całym świecie pędzą jak roller coaster. Pozytywna wiadomość z Brukseli dotycząca planu pomocowego dla Grecji podbiła giełdowe indeksy, by za chwilę złe wieści z Wasznyngtonu, gdzie ważą się losy wypłacalności gospodarki USA, zrzuciły ją na sam dół. Dokąd zawiezie nas ta kolejka? Według ekonomistów  Deutsche Bank Research góra długu publicznego będzie przez najbliższą dekadę narastać w niepokojącym tempie.

zadluzenie-krajow-rozwinietych-rosnie

Ekonomiści think-tanku Deutsche Bank w oparciu o bieżące prognozy wzrostu gospodarczego, inflacji czy przyszłych stóp procentowych opracowali trzy możliwe scenariusze ewolucji długu publicznego w wybranych 17 krajach rozwiniętych.

Według najbardziej prawdopodobnego wyniesie on średnio w 2020 roku aż 126 proc. PKB, podczas gdy obecnie sięga 104 proc. Eksperci przestrzegają jednak, że jeśli rządy nie podejmą odpowiednich działań, zadłużenie publiczne równie dobrze może wzrosnąć do 150 proc. I nie jest to najczarniejszy scenariusz. Dodatkowe negatywne zjawiska, m.in. niższy od oczekiwanego wzrost gospodarczy mogą podnieść ten współczynnik nawet do 155 proc. PKB.

Oznacza to, że dług najpotężniejszych krajów świata będzie o połowę większy niż suma wszystkich dóbr wytwarzanych przez ich obywateli w ciągu roku. Jeszcze kilka lat temu taka wizja wydawałaby się katastroficzna.

Najwięksi gapowicze świata

Choroba, która przez większość XX w. była wstydliwym problemem krajów rozwijających się, dzisiaj dotyka nawet najbogatszych. Zadłużenie publiczne w gospodarkach rozwiniętych wzrosło w ciągu trzech lat o ponad jedną czwartą z 77 procent PKB w 2007 do 104 proc. w 2010 roku – wynika dogłębnego raportu think-tanku Deutsche Bank Research.

dlug-publiczny-2020-scenariusze

Stało się jasne, że finanse publiczne mogą być już niestabilne nie tylko w prowincjonalnych gospodarkach rozwijających się, ale też w krajach rozwiniętych, takich jak Stany Zjednoczone czy Japonia. Paradoksalnie to właśnie najpotężniejsze gospodarczo państwa przespały moment, w którym mogły najskuteczniej reformować swoje finanse.

Gdy wybuchł kryzys, rynek szybko wymusił reformy na mniejszych graczach. Tymczasem najwięksi, ciesząc się tradycyjnym zaufaniem inwestorów w burzliwych czasach, przejechali kilka lat „na gapę”. W ostatnim czasie, podczas gdy kraje peryferyjne strefy euro pod presją rynków finansowych rozpoczęły już konsolidację zadłużenia, Stany Zjednoczone czy Japonia kontynuują ekspansywną politykę fiskalną mającą na celu pobudzenie wzrostu a także złagodzenie skutków kryzysu dla poszczególnych grup społecznych. Mimo coraz większej liczby niepokojących znaków. Stany Zjednoczone już drugi rok z rzędu odnotowały deficyt przekraczający 10 proc. PKB, a zadłużenie USA może przekroczyć barierę 100 procent PKB.

kryzys-pogarsza-finanse-panstwa

Coraz trudniejsze reformy

Zdaniem ekspertów Deutsche Bank Research, obniżenie bieżących deficytów do poziomu sprzed kryzysu finansowego będzie wymagało długotrwałych działań i ogromnego poparcia politycznego.

Co powinny zrobić rządy? Po pierwsze, ustabilizować proporcję zadłużenia względem PKB na poziomie z 2010 roku. Może być to względnie łatwe. Państwa takie jak Japonia, Szwecja czy Słowacja ze względu na korzystny stosunek stóp procentowych do wzrostu gospodarczego mogą osiągnąć ten cel nawet przy umiarkowanym deficycie. Natomiast Włochy czy Irlandia musiałyby osiągnąć nadwyżkę budżetową rzędu 1,2 proc. PKB. W przypadku Grecji konieczna byłaby nadwyżka rzędu 4,9 proc. PKB.

W drugiej kolejności, obniżyć stosunek zadłużenia do PKB do poziomu sprzed kryzysu. Dopiero, gdy to uda się osiągnąć, można myśleć o obniżeniu go do benchmarków, o których dzisiaj mało kto pamięta. Jeszcze przed krachem rynków finansowych w 2008 roku zaledwie 8 z 17 gospodarek przebadanych w raporcie Deutsche Bank Research mogło się pochwalić długiem publicznym niższym niż 60 proc. PKB. W 2010 już tylko pięć: Australia, Szwajcaria, Słowacja, Szwecja i Dania.

Jeśli rząd i parlament Stanów Zjednoczonych nie zdobędą się na głębsze reformy niż przewiduje podstawowy scenariusz Deutsche Bank Research, zadłużenie kraju może sięgnąć 134 proc. PKB w 2020 roku (z 93,6 proc. w 2010 i tylko 62 proc. w 2007 roku). W rezultacie koszty odsetek mogą poważnie zaciążyć na zdolności kredytowej USA.

 

Już dzisiaj największe agencje ratingowe rozważają obniżenie wiarygodności największego mocarstwa gospodarczego świata. Szacuje się, że taki krok kosztowałby Stany Zjednoczone miliardy dolarów ze względu na wyższe oprocentowanie, jakie będzie musiał zapłacić Waszyngton za kolejne pożyczki.

Pełna treść raportu dostępna na stronach Deutsche Bank Research.

Bartek CiszewskiDB Research: Najbogatsze kraje z długiem ponad 120 proc. PKB! Scenariusze na 2020 rok
read more